Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Horo. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2014

Horo sam w domu - świąteczny oneshot (gościnnie z Ginny Kurogane)

Yohao: Witam wszystkich w tym wyjątkowym, świątecznym dniu. Jak już wspominałam wcześniej na swoim blogu o X-laws, przynoszę dzisiaj świąteczny dodatek specjalny w postaci opowiadania. Jest tu dzisiaj ze mną również Ginny, która zgodziła się napisać to opowiadanie wraz ze mną.
Ginny: "Witam wszystkich cieplutko" *uśmiecha się szeroko*
Yohao: Pomysł na to opowiadanie pojawił się w mojej głowie już właściwie w zeszłym roku i niektórym zdążyłam do tej pory go zdradzić. Przyznam jednak szczerze, że wyszło zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Ale to chyba dobrze. Całe szczęście, że była ze mną Ginny, bo bez jej motywacji byłabym zapewne wciąż na poziomie pierwszego akapitu  :D
Ginny: O tak, prawdopodobobnie by tak było... Wracając do one -shota, jak sam tytuł wskazuje, Horo Horo zostaje sam w domu. Straszne, nie? Niestety, razem z Yohao postanowiłyśmy uprzykrzyć jeszcze bardziej życie szamanowi z Hokkaido... W jaki sposób? Tego już dowiecie się czytając naszego one-shota!
Yohao: Znając mnie, bez pewnych mundurowych bohaterów obejść by się nie mogło... Ale dość już o opowiadaniu. Zanim jednak zaczniecie czytać, chciałabym złożyć wszystkim serdeczne życzenia: wesołych, radosnych, szamańskich Świąt, mnóstwa prezentów pod choinką, wspaniałego Sylwestra i - co najważniejsze - dużo mandarynek!"
Ginny: W sumie, ja też nie mam nic do dodania... Tak więc, życzę wszystkim wesołych, radosnych i niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia, mnóstwa prezentów, wielkich worków pełnych mandarynek i szampańskiego Sylwestra."
Yohao: Ach, i jeszcze jedno. To miała być komedia, więc... nie bierzcie tego zbytnio na poważnie xD


***
Horo sam w domu

Chociaż w Japonii też spędza się święta, nie da się tam poczuć tej wyjątkowej atmosfery, która towarzyszy Bożemu Narodzeniu w krajach chrześcijańskich. Nawet jeśli wiele rodzin odchodzi od tradycji, a wszystko ulega komercjalizacji, nadal pozostają tacy, którzy pielęgnują prawdziwą istotę Gwiazdki. 
                Dom przy Davidson Street, pomimo gęstego śniegu, już z daleka widać było dzięki starannie dobranym dekoracjom świątecznym. Wokół dachu obwieszone były kolorowe lampki, a z balkonu machał do wszystkich kopytkiem uśmiechnięty szeroko renifer. Na drzwiach wisiał uroczyście wieniec z ostrokrzewu, ozdobiony czerwoną wstążką. Dwa niewysokie świerki rosnące w ogrodzie obwieszone były małymi dzwoneczkami, które odzywały się cicho, poruszane przez zimowy wiatr.
                Dwaj ciemnowłosi bracia idący na czele dość sporej grupy nastolatków weszli na ganek, a jeden z nich wcisnął dzwonek do drzwi. Chłopcy uśmiechnęli się do siebie, słysząc ze środka melodyjkę „We wish you a merry Christmas”. Zaledwie moment później w drzwiach pojawiła się młoda blondynka w fartuszku w aniołki i mikołajowej czapce, trzymająca kuchennymi rękawicami tacę z gorącymi piernikami.
- Jesteście wreszcie! – zawołała Meene z radością. – Już się baliśmy, że zatrzymała was śnieżyca! Zerwało nawet linie telefoniczne, więc nie moglibyśmy się z wami skontaktować…
- Nigdy nie przegapilibyśmy świąt w waszym towarzystwie. – Na przód gromadki wysunął się Ryu, kłaniając się nisko pani domu.
                Tymczasem w korytarzu za nią pojawiły się kolejne znane postaci. John, w swetrze w renifery, stanął za swoją żoną, odbierając od niej tacę z ciastkami, by ta mogła przywitać się z gośćmi. Zaledwie moment później po schodach zbiegł do nich także Lyserg, niosący na rękach dwuletniego synka gospodarzy.
- Wesołych świąt! – zdążył tylko zawołać i odłożyć małego chłopca na ziemię, zanim Ryu zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
                Powitania trwały długo, jednak Yoh ciągle miał wrażenie, że czegoś brakuje. Perspektywa spędzenia Bożego Narodzenia w gronie przyjaciół była wspaniała, a atmosfera w domu Johna i Meene miała w sobie jakąś magię, lecz nadal coś było nie tak. Mogło co prawda chodzić o duchy stróże, które z okazji świąt postanowiły urządzić obchody we własnym gronie i tymczasowo opuściły swoich szamanów. Ale przecież Amidamaru i pozostali pożegnali się z nimi jeszcze poprzedniego dnia… Pozostał z nimi tylko Duch Ognia, jednak on grzecznie unosił się obok Hao.
                Yoh spojrzał na brata, rozmawiającego o czymś z Anną i Mantą, potem na Ryu nagabującego biednego Lyserga, aż w końcu na dyskutujących o czymś Johna z Faustem i Rena wyżywającego się na Choco za nieśmieszny żart o reniferach. I wtedy zrozumiał. Ktoś pozostał w domu, w Japonii. I to całkiem sam.

***

Trochę wcześniej tego dnia       
Z głośnym westchnieniem ulgi wyszedł z łazienki, od razu uprzedzając wszystkich, żeby dla własnego dobra nie próbowali wchodzić do środka.
- Połączenie Kurisumasu Keeki i cheeseburgerów to jednak nienajlepszy pomysł… - dodał, dziwiąc się trochę, kiedy nie usłyszał od nikogo wyrzutów za zajmowanie toalety przez dwie godziny.
                W ogóle, w domu było jakoś dziwnie cicho. Z sypialni nie słychać było brazylijskich telenoweli Anny, nikt nie krzątał się w kuchni ani nie krzyczał na Choco za nieśmieszne żarty. Zupełnie jakby…
- Hej, jest tu kto? – spytał niebieskowłosy, rozglądając się po tokijskiej posiadłości przyjaciół. Odpowiedziała mu tylko cisza.
                Nawet duch staruszka mieszkający w muszli klozetowej się nie odzywał, choć to akurat mógł być skutek długiego „posiedzenia” Horo Horo.
- No bez jaj, zostawili mnie! – zawołał, wyrzucając ręce w górę w teatralnym geście.
                Przez chwilę pozostawał bez ruchu, zastanawiając się, co zrobić. W końcu jednak wzruszył ramionami i udał się do kuchni, gdzie znajdował się telefon. Wygrzebał w notatniku numer do Johna i Meene i zadzwonił. Niemal od razu w słuchawce odezwał się damski głos:
„Abonent czasowo niedostępny, proszę zadzwonić później.”
                Niezadowolony, odrzucił słuchawkę i spojrzał za okno. Spadające z nieba płatki śniegu w niczym nie przypominały mu rodzinnych stron, gdzie coś, co w Tokio nazwaliby zamiecią, w jego wiosce było tylko lekkim prószeniem.
                Odezwał się za to jego brzuch, wyraźnie domagając się pożywienia. Horo skierował się więc do lodówki, w poszukiwaniu ulubionego wielorybiego tłuszczu.  

***

Tymczasem w gęstych krzakach rosnących nieopodal posiadłości Asakurów, kryło się trzech mężczyzn. Jeden z nich był błękitnookim blondynem, noszącym odrobinę za duże okulary, przez co wiecznie musiał je poprawiać. Był szamanem, lecz z pewnością nie należał do grona przyjaciół bliźniaków Asakura. Wręcz przeciwnie, życzył im – a w szczególności starszemu – śmierci. Co gorsza, sam starał się do niej doprowadzić. A robił to na wiele sposobów. Niestety, ilekroć chciał pozbawić „klony” życia, tylekroć ponosił sromotną porażkę. Aczkolwiek nie poddawał się, wciąż mając wielką nadzieję, iż kiedyś dopnie swego.
I właśnie dzisiaj, w Wigilię, on, wielki przywódca X-laws Marco Lasso, miał tego dokonać. Zabić Hao Asakurę, demona w ciele nastoletniego chłopaka! Tutaj mogłoby zrodzić się następujące pytanie: co zrobi z jego bliźniakiem, Yoh oraz resztą ich przyjaciół? No cóż, chciał ich oszczędzić, ale tylko pod warunkiem, że nie będą próbować ochraniać Hao. A biorąc pod uwagę fakt, iż to „zło wcielone” bardzo wiele znaczy zarówno dla Yoh jak i jego przyjaciół, to raczej bez krwawej walki się nie obejdzie...
- Marco? – Z rozmyślań wyrwał go głos jednego z jego towarzyszy, Chrisa Venstara. Był to wysoki, ciemnoskóry mężczyzna o słusznej budowie ciała. Pochodził z USA.
- Ta? – wycedził przez zęby, nawet nie zaszczycając Amerykanina spojrzeniem.
- Nie, żeby coś... Ale czy oni nigdzie nie wyjechali? Patrz, w domu nie pali się żadne światło... – wyjąkał żołnierz z trudem.
Marco zgrzytnął zębami. Szczerze? Chciał udusić Venstara. Dlaczego w jego pustej łepetynie musiała zagościć taka myśl? To niemożliwe, że wyjechali! Hao Asakura na pewno jest w domu i śpi sobie smacznie, nie wiedząc, że za parę minut straci życie.
- Nie pali się światło, bo wszyscy śpią, skończony kretynie. – warknął w odpowiedzi.
- Aha. – mruknął Amerykanin. – Hej, nie jestem „kretynem”, a przynajmniej nie „skończonym” – burknął urażony, gdy tylko dotarł do niego sens słów blondyna. Po chwili nadął policzki oraz skrzyżował ręce na piersi, co znaczyło mniej więcej tyle: „Mam focha i to wcale nie 5-minutowego”.
Przywódca X-laws nie wytrzymał. Przejechał ręką po twarzy w geście kompletnego, życiowego załamania. Za jakie grzechy musiał współpracować z tym debilem?
- Nie wyczuwam żadnych duchów. – stwierdził kucający obok Venstara Larch Dirac, drugi z X‑lawsowskich idiotów.
Na czole Marco pojawiła się pulsująca żyłka. Przecież przed przybyciem na posesję Asakurów, tłumaczył im, że duchy-stróże ich wrogów zniknęły na doroczne świętowanie dzień wcześniej, tak samo jak ich Arcyduchy. Jak mogli o tym zapomnieć w ciągu zaledwie dwóch godzin? Najwyraźniej ich mózgi były o wiele mniej pojemne niż sądził...
- Poleciały na Hawaje. – odpowiedział, mając cichą nadzieję, że Larch wyłapie sarkazm. Niestety, grubo się pomylił, gdyż po chwili z ust mężczyzny padło krótkie pytanie „Samolotem?”.
- Nie, na jednorożcach.
- Naprawdę?
- Chodźmy już. – warknął blondyn, chcąc jak najszybciej zakończyć tę – według niego – żenującą konwersację.

***

Stanęli przed drzwiami. Marco dość szybko rozpracował zamek, przy czym przeszkodę oświetlał latarką Larch. „Chociaż tego nie spaprał” – pomyślał okularnik, przekraczając próg domostwa Asakurów jako pierwszy. Za niczym, niczym cienie, weszli jego towarzysze. Nagle, ni stąd ni zowąd, usłyszeli czyjeś kroki. Dochodziły one z głębi domu i, ku przerażeniu Diraca oraz Venstara, zbliżały się. Ktoś ewidentnie szedł w ich stronę. „To na pewno Hao!” – krzyknął w myślach podekscytowany Marco. Instynktownie zacisnął palce na rękojeściach Świętych Nożyc Sprawiedliwości. Było to narzędzie, którym obcina się żywopłot, lecz Lasso przerobił je na broń mającą odebrać starszemu Asakurze życie. Oczywiście, nadał mu oryginalny wygląd. Jego rękojeści pomalował na biało i doczepił do nich czerwone bombki. Na jednym z ostrzy wygrawerował wielki znak „X”.
O tak, niemal widział jak po jednym ciachnięciu nożyc, głowa tego demona upada na podłogę. Uśmiechnął się, niczym szaleniec, na myśl o szeroko otwartych, brązowych oczach, w których będzie mógł dostrzec jedynie bezgraniczny szok. Aczkolwiek to nic w porównaniu z tym, co go spotka po zabiciu Hao Asakury.
Tymczasem na korytarzu zapaliło się światło. I tutaj Marco spotkał ogromny zawód, ponieważ w ich stronę wcale nie szedł władca płomieni, tylko jeden z jego przyjaciół. Jak on się nazywał? Chyba Boro Boro...
Lasso zamrugał zaskoczony, jednakże po chwili zdał sobie sprawę ze swojego pecha. A tak bardzo chciał sprawić panience Jeanne radość na święta! Co z tego, że przy okazji niewinny szaman straciłby życie? Marco o to nie dbał. Dla niego liczyły się dwie sprawy: wywołać u ich wspaniałej przywódczyni szeroki uśmiech i zemścić się na Hao za wszystko, co go spotkało z jego strony. Niestety, jak zawsze, złośliwy los pokrzyżował mu plany.
„O nie, przyniosę jej głowę Asakury na tacy! I nikt mnie przed tym nie powstrzyma, a już z pewnością nie ten cały Boro Boro!” – krzyknął w myślach.
- Jeśli będę musiał, zabiję również tego szamana! – krzyknął na głos, co sprawiło, że Larch oraz Chris podskoczyli ze strachu. Z kolei, chłopak, mylnie nazwany przez Lasso „Boro Boro”, ani drgnął. Po prostu stał w miejscu, patrząc na trzech nieproszonych gości z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dopiero kilka minut później odwrócił się na pięcie i poszedł w sobie tylko znaną stronę, mrucząc coś o wielorybim tłuszczu.
Członkowie X-laws, wykorzystując okazję, postanowili ukryć się w łazience. Kto wie czy ten niebieskowłosy zaraz nie wróci w towarzystwie Hao, który bez problemu skopałby im tyłki?  Niestety, trójka rycerzy sprawiedliwości po otworzeniu drzwi prowadzących do łazienki, szybko zrozumiała, że właśnie popełnili największy błąd w swoim życiu. Aczkolwiek, cóż oni mogli poradzić? Musieli się gdzieś ukryć... A to, że musieli to zrobić akurat w pomieszczeniu, spowitym żółto-zielono-brązową mgłą, śmierdzącą zgniłymi jajami oraz kiszoną kapustą... No cóż, był to zwykły wypadek przy pracy.
O ile Marco i Venstar wytrzymali okropny odór, o tyle Larch minutę po wejściu do „komory śmierci” nie wytrzymał i zemdlał. Dwójka, która pozostała przy świadomości, już miała wrażenie, że straciła towarzysza na zawsze, gdy ten nagle zaczął się cały trząść. „To pewnie tylko drgawki pośmiertne”, stwierdził w myślach Chris, obserwując jak ciałem Diraca wstrząsają konwulsje.
                Z kolei, Lasso nie był zainteresowany, co się dzieje z Larchem, ponieważ całą swoją uwagę poświęcił nasłuchiwaniu. Szczerze? Miał wielką nadzieję, że Boro Boro nie wróci, gdyż zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu zagazowanego pomieszczenia. „Kto tu załatwiał swoją potrzebę? Człowiek czy jakieś wielkie zwierzę?!” – pomyślał, gdy poczuł, iż niedługo on również straci świadomość.
Nagle ponownie usłyszał kroki. Przeklął szpetnie. Czemu jego własne życie tak go nienawidzi? Jednakże złość mu przeszła, kiedy na korytarzu zapanowała martwa cisza. „Co jest?” – spytał sam siebie, mocniej przyciskając ucho do drewnianej powierzchni obok klamki.
- Eh, pewnie dopadły mnie omamy przez niedobór wielorybiego tłuszczyku, bo to przecież niemożliwe, żeby po domu grasowali X-laws. Hej, chwila! Wiem, gdzie go schowałem! – usłyszał minutę później głos chłopaka.
Chwilę potem do uszu Marco po raz trzeci dobiegły kroki, które zniknęły po upływie paru sekund. Lasso wrzasnął w myślach „Wreszcie!” i szybkim ruchem otworzył drzwi. Zaczął łapczywie nabierać powietrza do płuc. Chris, który wybiegł z łazienki zaraz za nim, robił dokładnie to samo. Obydwoje nie zwracali uwagi na to, iż zachowują się niczym wyrzucone na brzeg ryby. Liczyło się dla nich jedno: odzyskanie oddechu. Szkoda tylko, że Larch nie miał takiej możliwości...
- Zabiję go! – warknął blondyn, gdy już wypełnił swoje płuca świeżym powietrzem.
- Nie chciałeś przypadkiem zabić Hao Asakury? – spytał „inteligentnie” Venstar.
-  A widzisz go gdzieś tutaj?! – krzyknął w odpowiedzi blondyn z pulsującą żyłką na czole.
Chris pokręcił przecząco głową. Marco tylko wywrócił oczami, poprawiając okulary, które w łazience zaparowały na lekko żółty kolor. „O bogowie, za jakie grzechy mnie tak karzecie?”, pomyślał zrozpaczony, wbijając wzrok w sufit. Niestety, nikt nie udzielił mu odpowiedzi.

***

Weszli powoli na piętro. Na szczęście, droga była czysta. Tak im się przynajmniej wydawało... Podeszli niemalże na paluszkach do pierwszych, lepszych drzwi. Marco bez namysłu je otworzył. Światło w pokoju, który znajdował się za nimi, było zapalone. Blondyn zlustrował pomieszczenie wzrokiem. Niemal od razu w oczy rzuciła mu się gęsta, niebieska czupryna. Jej właściciel gorączkowo czegoś szukał w, stojącej obok okna, szafie. Chris, wiedząc, iż jego szef chce zamordować chłopaka, postanowił go w tym wyręczyć. Zaczął iść w stronę szamana, gdy nagle stracił widoczność. Sprawcą nagłego oślepnięcia Venstara była czyjaś koszulka. Aczkolwiek, na tym jego cierpienie się nie skończyło. Nie minęła sekunda, a na głowie mężczyzny wylądowało coś ciężkiego. Chris, zamroczony bliskim spotkaniem z nieokreślonym przedmiotem latającym, który do lekkich nie należał, nieświadomie zrobił kilka kroków do tyłu. Tym samym wpadając na Marco i przewracając go...
- Zejdź ze mnie, ty nic niewarta kupo mięsa! – krzyknął zirytowany blondyn, czując na sobie wcale niemały ciężar Amerykanina.
Niestety, Venstar nie spełnił jego prośby, ponieważ był nieprzytomny, czego Lasso jeszcze nie wiedział. Okularnik przeklął, gdy zrozumiał, że podczas upadku upuścił nożyce. Z trudem zepchnął z siebie Chrisa i usiadł na podłodze, po raz kolejny łapiąc łapczywie powietrze do ust. Popatrzył w stronę szafy. Niestety, nie zobaczył przy niej Boro Boro...
- Musiał zejść na dół – mruknął, sięgając po „broń”.
Szczerze? Miał już serdecznie dość tej chorej sytuacji! Ale nie mógł się tak łatwo poddać. Nie, nie ze względu na zemstę na Hao... Marco w ciągu tych kilkunastu minut zdążył obrać sobie nowy cel: zabicie niebieskowłosego. Przez tego idiotę musiał schować się w łazience, w której śmierdziało gorzej niż w oborniku. Nie mówiąc już o tym, że skrzywdził jego „pomocników”. Co z tego, iż zrobił to nieświadomie? I tak musiał za to zapłacić!
Z tą myślą Marco zerwał się na równe nogi, po czym, nie zaszczycając nieprzytomnego Chrisa ani jednym spojrzeniem, podbiegł do schodów. O mały włos z nich nie spadł. Na szczęście, w porę odzyskał równowagę i odległość dzielącą go od parteru pokonał bez większego uszczerbku na zdrowiu. Przynajmniej fizycznym, bo na głowę to on był już chory od dawna. Aczkolwiek nie przyznawał się do tego ani publicznie, ani sam przed sobą...
Na parterze usłyszał głośne, choć urywane jęki. „Najwyraźniej Larch powoli wraca do żywych” – przemknęło mu przez myśl.
Nagle z głębi domu do jego uszu dotarł dźwięk tłuczącego się szkła. Szatański uśmieszek zagościł na twarzy przywódcy X-laws, ponieważ doskonale wiedział, kto narobił niepotrzebnego hałasu. Pod wpływem chwili, po raz pierwszy odkąd wszedł do domostwa Asakurów, użył Świętych Nożyc Sprawiedliwości. Na szczęście, ich ofiarą padło jedynie powietrze, gdyż jedynym, co chciał zrobić w tym momencie, było sprawdzenie, czy zawiasy się nie zacinają.
Z nieschodzącym uśmiechem zaczął iść w stronę, z której dobiegł hałas. Kilka minut później stał w czymś rodzaju schowka. Taki wniosek wyciągnął, kiedy zobaczył wyposażenie pomieszczenia; znajdowały się w nim detergenty oraz narzędzia do walki z brudem, takie jak mopy, kilka szmatek czy miotły.
Na środku niewielkiego pokoiku zobaczył różową kałużę. Leżała w niej zakrętka, a wokół plamy rozsypane były różnej wielkości szkła. Najwyraźniej Boro Boro musiał rozbić słoik z jakimś detergentem. Samego chłopaka w schowku już jednak nie było. Niespodziewanie do uszu Marco dotarł ten sam dźwięk, co kilka minut wcześniej.
***
Po nieudanych poszukiwaniach w schowku, Horo postanowił udać się do salonu. Przypomniał sobie, że widział kiedyś Annę niosącą kilka puszek wielorybiego tłuszczu gdzieś w tamtym kierunku. Kojarzył nawet skrzypienie parkietu, więc przypuszczał, że gdzieś w podłodze może być ukryty schowek.
Potrzebował tego tłuszczu coraz bardziej, bo czuł, że zaczyna mieć omamy. Widzieć X-laws w Wigilię w domu swoich przyjaciół? Nie, to głupie. Zbyt głupie, żeby było prawdziwe. Zwłaszcza, że X-laws nigdy nie byliby takimi idiotami, by rzucać się na wielkiego, groźnego Hao Asakurę z sekatorem… Prawda?
Zaczął od poszukiwań w miejscu, gdzie najłatwiej było odsunąć dywan. Sam zdziwił się, i to bardzo, kiedy rzeczywiście natrafił na klapę w podłodze. Cóż, głupi ma zawsze szczęście.
Albo i niekoniecznie. Kiedy otworzył schowek, znalazł w środku tylko kolejną porcję środków czyszczących i jakiś smar w szklanym słoiku. Zdenerwowany, wyrzucił go za siebie, słysząc tylko odgłos stłuczonego szkła.
Schowek okazał się głębszy niż mu się wydawało początkowo. Aby sięgnąć dna, musiał mocno się pochylić. Skupiony na swoim zadaniu, z szumem w uszach od braku ukochanego jedzenia, nie usłyszał nawet, jak pewien wysoki blondyn zaciekle walczy z grawitacją.

***

Marco wybiegł ze schowka, zupełnie zapominając o różowej plamie. Stanął prosto w nią, przez co jeden z jego butów pokrył się śliską substancją. W pewnym momencie stracił równowagę i, chcąc za wszelką cenę utrzymać się na nogach, zaczął machać rękami niczym zepsuty wiatrak, przy okazji upuszczając nożyce. Niestety, biedak nie wiedział, że to tylko początek jego bliskiego spotkania z panią choinką.
Wciąż walcząc o utrzymanie się na nogach, wpadł, a właściwie wjechał na śliskich butach do salonu. Stała tam żywa choinka obwieszona różnymi ozdobami: bombkami, kolorowymi łańcuchami, koralikami, gwiazdkami i lampkami. Gdzieniegdzie wisiały też papierowe aniołki, mikołaje i płatki śniegu zrobione przez Pirikę oraz Tamao. Na czubku świątecznego drzewa dumnie sterczała pięcioramienna gwiazda. Niestety, Marco nie zauważył choinki. Dlaczego? Cóż, nadal zaciekle walczył o utrzymanie równowagi. Czemu nie patrzył pod nogi? Albo chociaż nie szedł powoli, tylko biegł?!  Teraz miał słono zapłacić za swoją głupotę...
Blondyn przegrał walkę z grawitacją. Upadł na podłogę. Niestety, w trakcie swojego krótkiego lotu chwycił się rozpaczliwie za lampki i pociągnął choinkę ze sobą. Z początku nic się nie działo; tylko lampki spadły z gałęzi, bo doniczka dzielnie opierała się ciężarowi mężczyzny. Dopiero minutę po tym jak Marco zaliczył glebę, świąteczne drzewo „wspaniałomyślnie” postanowiło go dobić. I to dosłownie! Nie minęła sekunda, kiedy Lasso został bezceremonialnie przygnieciony stertą, ostrych niczym szpilki, igieł.
- Nienawidzę świąt – warknął, gdy usłyszał cichy trzask. Marco doskonale wiedział, co właśnie zaszło – jego okularki podzieliły los tych bombek, które miały nieszczęście stłuc się przy bliskim spotkaniu choinki z podłogą.

***

                Mieli szczęście, że Duch Ognia nie dołączył do pozostałych stróżów i nie musieli dzięki temu kłopotać się z biletami na samolot. Praktycznie od razu, gdy Yoh zorientował się, że brakuje wśród nich szamana z Hokkaido, wskoczyli na grzbiet ognistego potwora i polecieli z powrotem do Japonii.
                Pierwszą rzeczą, która rzuciła im się w oczy po przybyciu do tokijskiej posiadłości, był wyłamany zamek. Bracia spojrzeli po sobie niepewnie i z podwójną ostrożnością, powoli nacisnęli klamkę.  W korytarzu było ciemno i pozornie, wszystko wydawało się być w porządku.
                Z daleka widzieli światło pochodzące z salonu. Na palcach przeszli wzdłuż holu, szerokim łukiem omijając łazienkę, której drzwi z jakiegoś powodu pozostawały otwarte. Ze środka wydobywał się zapach tak obrzydliwy, że Hao zastanawiał się, czy to przypadkiem domowe duchy nie wyłamały zamka, chcąc się wydostać na zewnątrz.
                Przechodząc obok, Yoh z roztargnieniem zerknął do łazienki. Przeszedł dalej, początkowo nie zauważając leżącego na ziemi nieprzytomnego Larcha. Po dwóch krokach zdał sobie jednak sprawę, że coś było nie tak i zawrócił, ciągnąc ze sobą brata.
- Chcesz mnie udusić tym odorem?! – syknął Hao, opierając się. Nie chciał zbliżać się do tej komory gazowej.
- Cicho. Patrz. – Yoh wskazał na leżącego na podłodze członka X-laws.
                Hao miał na twarzy wyraz totalnego obrzydzenia pomieszanego z zaskoczeniem.
- Myślisz, że nie żyje? – spytał brata, nie spuszczając wzroku z niespodziewanego gościa.
- Obawiam się, że nikt nie przeżyłby tego smrodu dłużej niż przez kilka sekund. – Yoh pochylił głowę, chcąc uczcić pamięć zmarłego. W tym jednak momencie Larch wydał z siebie dziwny dźwięk i poruszył się lekko.
                Hao podszedł bliżej, zatykając nos, i niezbyt delikatnie kopnął Strażnika Sprawiedliwości w brzuch. Ten jęknął, ale się nie obudził.
- Wytrzymały gość – stwierdził, po czym szybkim krokiem opuścił łazienkę. – Zajmiemy się nim później, bo zaraz sam padnę.
                Yoh skinął głową, zgadzając się na tę opcję. Przeszli dalej, wciąż dosyć niepewni, co zastaną w salonie.
Czegokolwiek jednak się spodziewali, na pewno nie był tym Horo siedzący pod ścianą i z błogością na twarzy zajadający się wielorybim tłuszczem, który wyciągnął ze skrytki pod choinką. A propos choinki, leżała ona na ziemi, otoczona przez kawałki szkła z rozbitych bombek.
- Yy… Horo? To tu się stało? – spytał Hao, wciąż w lekkim szoku spoglądając na salon.
- I czemu w naszej łazience leży nieprzytomny członek X-laws? – dodał od razu Yoh.
                Niebieskowłosy podniósł wzrok na bliźniaków i podbiegł do nich z uśmiechem. Cała jego twarz umorusana była ulubioną przekąską, a pełny brzuch wystawał spod zbyt krótkiej koszulki.
- Hej, chcecie trochę? – Podsunął im puszkę z tłuszczem pod nos. Kiedy bliźniacy jednocześnie odmówili, Usui zastanowił się nad pytaniem młodszego Asakury. – Chwila… Jaki członek X-laws?
          Nie zdążyli mu odpowiedzieć, gdyż w tym momencie spod choinki dał się słyszeć przytłumiony jęk. Bliźniacy spojrzeli po sobie niepewnie i podeszli do drzewka, aby je podnieść.
              Trudno opisać ich zdziwienie, kiedy pod gałęziami ujrzeli „rozpłaszczonego” Marco, którego biały uniform cały ponabijany był igłami. Jego zwykle uczesane włosy wyglądały, jakby przebiegło po nich stado wiewiórek ściganych przez wściekłego koguta. Okulary leżały potłuczone kilkanaście centymetrów od jego twarzy. Obok ręki leżał wielki, biały sekator, do którego przywiązane były (obecnie potłuczone) bombki.
            Przywódca X-laws podniósł wzrok, mrużąc oczy i próbując rozpoznać stojące nad nim postaci. Hao zastanawiał się, jak duża była jego wada wzroku. W końcu Włoch wstał i otrzepał się, starając się zachowywać normalnie, co zdecydowanie mu się nie udało, bo raczej ciężko wyglądać normalnie będąc całym w igłach i kolorowych szkiełkach z ozdób świątecznych. Nie wspominając o tym, że moment wcześniej leżało się przygniecionym przez choinkę.
- Ej, a on tu skąd? – spytał po chwili Horo, wciąż nie przestając zajadać się tłuszczem.
                Bliźniacy spojrzeli na niego jak na idiotę.
- Chcieliśmy cię spytać o to samo – powiedział Yoh, nie spuszczając wzroku z Marco.
           Ten z kolei zerkał od jednego Asakury do drugiego, starając się bez okularów rozpoznać, który jest tym właściwym. W końcu położył jedną rękę na ramieniu Yoh i pochylił się nad nim, palcem drugiej celując prosto między ciemne oczy nastolatka.
- Ty… Ty już od dawna powinieneś nie żyć. Twoja głowa miała być prezentem na święta dla naszej Świętej Panienki Jeanne. Ty…
              Nie dokończył, ponieważ Hao zdzielił go drewnianym Mikołajem w potylicę.
- I po problemie. – Ognisty szaman wzruszył ramionami. – To teraz opowiadaj, Horo, co tu się działo.
- Właściwie…
             Zanim zdołał powiedzieć coś więcej, do salonu wszedł Chris. Jego krok był bardzo niepewny i jedną ręką ciemnoskóry członek X-laws musiał się podeprzeć o framugę. Drugą trzymał się za głowę, na której wyrósł wielki guz.
- Więcej was tu matka nie miała!? – zdenerwował się Hao.
- O, cześć – przywitał się dość nieprzytomnie żołnierz i pomachał do nich z głupkowatym uśmiechem. – Wesołych…ten, tego… Świąt. Albo walentynek… Cokolwiek.
                Yoh obrzucił spojrzeniem najpierw Chrisa, potem nieprzytomnego Marco aż w końcu Horo i Hao, którzy wydawali się równie zdezorientowani całą sytuacją jak on.
- Chyba trzeba będzie zadzwonić do Jeanne, żeby wzięła stąd tych swoich psycholi – stwierdził.
            Początkowo planowali przeszukać Marco w poszukiwaniu jakiegoś identyfikatora, na którym  mógłby znajdować się numer telefonu. Z pomocą przyszedł im jednak Horo, który najnormalniej w świecie podszedł do Chrisa, który usiadł sobie na kanapie i spytał go:
- Znasz może telefon do Jeanne?
           Ku zdumieniu bliźniaków, członek X-laws wyrecytował numer z pamięci. Cały czas uśmiechał się przy tym jak idiota. Bracia zaczęli się zastanawiać, co mu się właściwie przytrafiło. Horo wzruszył tylko ramionami.
             Niedługo później, Hao dzwonił już do głównej siedziby Strażników Sprawiedliwości.
- Żelazna Dama Jeanne, słucham.
- Hej, tu Hao. Słuchaj, mam taką sprawę. Są Święta i chyba każdy ma prawo do chwili spokoju, nie? Mieliśmy chyba jakąś niepisaną umowę, żeby się nie zabijać w Boże Narodzenie. A twoi pozbawieni mózgów debile wpadli do nas do domu z sekatorem i tak trochę zepsuli nastrój. Mogłabyś coś z nimi zrobić?
            Tuż po jego słowach, dziewczyna się rozłączyła.

***

            Zaledwie kilkanaście minut później, bliźniacy siedzieli z Horo na kanapie i spoglądali na Jeanne, która ze skruszoną miną stała przed nimi. Jej trzej sługusi ustawili się za nią: Chris nadal w dość osobliwym stanie, Larch śmierdzący gorzej niż skarpetki Horo i Marco, który najchętniej zapadłby się pod ziemię. Poza nimi wraz z liderką przybyli Cebin i Porf, jednak ci dwaj pełnili tylko coś w rodzaju tylnej straży i nie odezwali się nawet słowem.
- Ja… bardzo, bardzo was przepraszam, że moi chłopcy zrobili coś takiego. Ja… nie wiem, co ich napadło. Święta to Święta, niezależnie, czy jest się złym czy nie. Wszyscy zasługują na trochę świątecznej radości… - powiedziała liderka X-laws smutno. – Przepraszam.
            Bliźniacy wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Po chwili ciszy, która miała stworzyć lekkie napięcie u nieproszonych gości, odezwał się Hao.
- Czekam na przeprosiny z ich strony. – To mówiąc, wskazał na trzech winowajców.
                Marco obrzucił go spojrzeniem wypełnionym najszczerszą nienawiścią. Jednocześnie Chris uśmiechnął się i powiedział swobodnie:
- Sorry, nie chcieliśmy.
              Po chwili przeprosił również Larch. Marco nadal stał niewzruszony, nie chcąc zniżyć się do poziomu proszenia o wybaczenie Największego Zła Tego Świata. Jeanne zacisnęła zęby i głową pokazała mu, żeby się pospieszył.
              Początkowo, blondyn bardzo się opierał, jednak kiedy liderka podeszła do niego i stanęła mu na stopę butem na obcasie, zmienił zdanie i wydukał:
- Przepraszam… - Miał przy tym minę skazańca, ale Hao to wystarczyło.
- Przeprosiny przyjęte. – Jego ton tak bardzo przypominał ton urażonej księżniczki, że Yoh omal nie wybuchł śmiechem.
             Widać było, jak Jeanne nieco się rozluźniła. Na jej buzi pojawił się nawet delikatny uśmiech.
- Dziękuję. – To były najbardziej szczere, sympatyczne słowa, jakie kiedykolwiek od niej usłyszeli. – To my… już pójdziemy. Przepraszam, że zepsuliśmy wam Święta…
             Hao z satysfakcją przyglądał się, jak skruszeni X-laws wychodzą z ich salonu. Jego brat nie podzielał jednak jego nastroju i podbiegł do Jeanne, kiedy stała już w drzwiach.
- A wy… Macie gdzie spędzić te Święta?
              Dziewczynka spojrzała na niego z zaskoczeniem malującym się w czerwonych oczach.

***

        Zaledwie godzinę później, wszyscy zebrali się w domu Meene i Johna, tym razem już w komplecie. A nawet mieli więcej niż komplet. Do stołu dostawiło się dodatkowe sześć krzeseł dla wciąż dość onieśmielonych członków X-laws.
           Pomimo początkowej niezręcznej atmosfery, z czasem rozmowy stały się coraz swobodniejsze i po kolacji wszyscy zachowywali się jak najlepsi przyjaciele. No, może poza Marco, który dąsał się cały wieczór i nie odwracał wzroku od ich cudownej liderki. Później miał opowiadać, jak to „Ich kochana Jeanne wspaniałomyślnie oszczędziła Hao Asakurę w Święta”, ale i tak nikt go nie słuchał. Niektórzy się niestety nie zmieniają.
          Hao i Yoh siedzieli razem na kanapie, spoglądając na przyjaciół. Doskonale wiedzieli, że już jutro wszystko powróci do normalności, ale i tak cieszyli się z obecnej sytuacji. Ren i Lyserg dyskutowali o czymś z Cebinem, Ryu i John rozmawiali z Larchem o żelu do włosów, dziewczęta zachwycały się jedwabistością włosów Jeanne i obgadywały chłopaków, Chris śmiał się do rozpuku z żarów Choco, któremu Ren i Horo wspaniałomyślnie nie grozili śmiercią. Pozostali zajadali się ciasteczkami Meene albo brali udział w świątecznym karaoke.
- Nadal nie wierzę, że zaprosiłeś ich na Święta – powiedział Hao z uśmiechem. Początkowo był bardzo przeciwny pomysłowi brata, ale teraz już zdołał się do niego przekonać. – Nie chce się wierzyć, że mogę być z nimi w jednym pokoju bez obaw, że zaraz ktoś zaraz wyceluje we mnie z pistoletu.
- Właściwie to nie do końca… - zaśmiał się Yoh, gdyż przed nimi stanął mały synek Johna z plastikową strzelbą w ręce.
- Pif paf! – zawołał chłopczyk i kiedy Hao udał, że został trafiony, roześmiał się szczerze i pobiegł pochwalić się tacie.
- No dobrze, ale technicznie to była strzelba! – bronił się starszy bliźniak. Młodszy tylko poczochrał mu włosy. – Chyba zacznę wierzyć w cuda. – Wrócił do poprzedniego tematu, wskazując na Marco, któremu Choco nałożył rogi renifera.
- Boże Narodzenie to okres cudów, nie ma się czemu dziwić – powiedział z uśmiechem Yoh. Hao przytulił go mocno i wyszeptał:
- Masz rację. Wesołych świąt, Yoh.
- Wesołych świąt, Hao.

             To były najprzyjemniejsze Święta w ich życiu.


piątek, 2 sierpnia 2013

40. Miłostki na szlacheckim dworze

Witajcie :)
Tak, wiem.. Tytuł jak z kiepskiej komedii romantycznej... Ale... w sumie, ten rozdział nie zasługuje na nic więcej. Źle mi się go pisało, czekał długo na powrót weny i się chyba nie doczekał... Chociaż zdaję sobie sprawę, że i tak nie napisałabym nic ciekawszego... 
Zgodnie z zamówieniami, na koniec obrazki z Horo Horo i Damuko. Wszystkich, którzy nie wiedzą, kim jest ta urocza dziewuszka, zapraszam do przeczytania mangi :)
Chcę jeszcze tylko podziękować za dwadzieścia tysięcy wejść :D Jesteście kochani!

EDIT (25.10.2014): Ten rozdział nie jest już oficjalną kontynuacją bloga, który zakończył się wraz z 37 rozdziałem.

40. Miłostki na szlacheckim dworze

I znowu pukanie do drzwi. Który to już raz? Pięćdziesiąty?
- Kolejne dokumenty do podpisania, wasza książęca mość. – Głos Karima rozległ się po wielkiej komnacie służącej za biuro. Yoh, który słyszał takie zdania niemalże bez przerwy od kilku godzin, miał ochotę cisnąć w Indianina gęsim piórem, albo najlepiej ciężkim, kryształowym kałamarzem. Tak, ten Yoh, ten wiecznie wyluzowany szaman, po prostu tracił nad sobą panowanie. Kto by się mu jednak dziwił?
           Od samego rana siedział w tej wypełnionej przepychem sali i podpisywał najróżniejsze dokumenty, które znosili mu członkowie Patch Tribe. Dotyczyły one różnych spraw: od kronik turniejowych, które należało wypełnić, aż po kartki i zdjęcia, które przesyłali fani, prosząc o autograf. Z początku chłopak starał się robić dobrą minę do złej gry, udając, że nie słyszy, jak jego przyjaciele wygłupiają się na zewnątrz. Jednak, kiedy stosik papierzysk na biurku przekroczył metr wysokości, zaczął się powoli załamywać.
- Dziękuję, Karimie… - wycedził przez zęby, usiłując przywołać na twarz swój zwykły uśmiech. O dziwo, nie przychodziło mu to zbyt łatwo. – Nie wiesz przypadkiem, co się dzieje z moim niewydarzonym braciszkiem? Miał mi pomóc…
- Nie widziałem księcia Hao od rana, wasza wysokość – odpowiedział właściciel restauracji, udając, że nie usłyszał epitetu, którym Asakura obdarzył swojego bliźniaka. Skłonił się lekko i wyszedł z pomieszczenia.
           Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, Yoh padł twarzą na biurko, łkając żałośnie:
- Ja już nie chcę… Mamo, ratuj…
- Pomógłbym ci, ale nie mam prawa do podpisywania królewskich dekretów. - Obok niego pojawił się Amidamaru.
           Młody szaman chyba po raz setny przeklął się w myślach za to, że zgodził się zająć dokumentami. Trzeba jednak przyznać, że Silva trochę przesadził mówiąc, że „to tylko kilka papierków”. Kilka papierków! Już sobie popamięta te kilka papierków!
- Nie chcę cię poganiać, Yoh, ale pamiętasz, że jeśli nie skończysz tego do południa, to Anna zada ci pięć razy większy trening?
           Właściciel pomarańczowych słuchawek jęknął po raz kolejny, przypominając sobie swoją poranną rozmowę z narzeczoną, która dała mu jasno do zrozumienia, że nie interesuje jej, czy Turniej się skończył, bo on i tak ma dalej trenować, by nie spaść z formy i nauczyć się kontrolować swoją nową moc. Tylko przybycie Silvy z dokumentami pozwoliło Asakurze wymigać się od ćwiczeń. Wtedy, Yoh miał ochotę ucałować członka Rady. Teraz jednak myślał sobie, że chyba lepiej byłoby biegać na zewnątrz niż kisić się w tej wielkiej, wypełnionej złotem i srebrem, komnacie, gdzie przepych wydawał się wręcz przytłaczający.
           Już chyba po raz trzeci tego dnia, Yoh upadł twarzą na biurko ze zrezygnowania. W przeciwieństwie jednak do dwóch poprzednich, w ten zostało włożone dużo więcej siły. Blat zadrżał lekko, a sterta papierów zwaliła się prosto na głowę szatyna, zakrywając go niemal całkowicie.
           W tym momencie, do sali bezceremonialnie wszedł Hao. Z początku musiał mieć wrażenie, że zastał pomieszczenie pustym, gdyż włosy brata były ledwo widoczne spomiędzy papierzysk.
- No, no, no! Nieładnie to tak leniuchować w pracy! – zawołał ognisty szaman z wrednym uśmiechem. Kiedy tylko bliźniak usłyszał jego głos, podniósł gwałtownie głowę, wynurzając się spod dokumentów, niczym potwór z jeziora Loch Ness; wstał; a następnie zbliżył się do długowłosego z żądzą mordu w oczach.
           Na krótki moment Hao zawahał się. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem jego braciszek wyglądał tak, jakby chciał go uderzyć. Pozory jednak mylą. Wściekłość w mgnieniu oka wyparowała z wielbiciela cheeseburgerów, a ten tylko przytulił się do władcy płomieni.
- Hao… Błagam, zabierz mnie stąd… Ja już nie chcę…
           Zaskoczony ognisty szaman tylko pogłaskał go po głowie. Zaraz potem odsunął się od niego z zagadkowym uśmiechem.
- Yoh, Yoh, Yoh… Zapomniałeś już, jaką masz teraz moc?
           W tym momencie jedno z wielkich okien komnaty otworzyło się gwałtownie w wyniku porywistego wiatru. Powiew sprawił, że wszystkie papiery z biurka poleciały prosto do kominka. W tej samej chwili na palenisku pojawił się płomień, który od razu zabrał się za dokumenty, spalając je doszczętnie.
- Ups, co za pech – powiedział Hao, starając się brzmieć naturalnie.
- Jesteś wielki! – zawołał Yoh, a na jego twarzy po raz pierwszy od rana pojawił się prawdziwy, niewymuszony uśmiech. Dopiero w tym momencie młody Asakura zdał sobie sprawę z dość niecodziennego ubioru brata.
           Długowłosy miał bowiem na sobie ciemne jeansy oraz białą koszulę na którą zarzucił czarną marynarkę. Było to trochę dziwne, gdyż zwykle ograniczał się do zwykłej, jasnej koszuli, rozpiętej do połowy. 
- Coś się tak wystroił? – spytał młodszy z bliźniaków ze znaczącym uśmieszkiem.
- Wiesz, idę na spacer z Anabelle… - Na twarzy władcy płomieni pojawił się lekki rumieniec. - Zobaczymy, jak zareagują fanki…
           Wielbiciel cheeseburgerów tylko westchnął. Niezbyt podobał mu się pomysł z udawaniem związku. Nie był też zbyt zadowolony, że Hao zabronił mu komukolwiek o tym mówić. To miała być tajemnica, którą znają tylko oni dwaj oraz członkinie dawnej „The oak leaf team”.
- Rób co chcesz. Znasz moje zdanie na ten temat.
           Po tych słowach, Yoh opuścił komnatę, zostawiając brata z dość sporym mentlikiem w głowie.

♥♥♥

Anno 1740

- Dziwna sprawa z tym pałacem, nie? – powiedziała Anabelle, przyglądając się napisowi, wyrytemu nad głównym wejściem. – Zaczęto go budować w osiemnastym wieku, po czym, kiedy go ukończono, Król Duchów sprawił, że zniknął…
- Też do końca tego nie rozumiem. Jakby nie mógł go najnormalniej w świecie zostawić w spokoju… - powiedział Hao, który był, delikatnie mówiąc, zszokowany, kiedy po raz pierwszy członkowie Patch Tribe powiedzieli im, że zamieszkają w zamku. Wcale nie uśmiechało im się to całe królewskie życie, jednak nie mieli za bardzo wyboru. „Trzeba było nie wygrywać” – powiedział wtedy Radim, a ognisty szaman miał za to ochotę złamać jego rzeźbiony mikrofon na pół.
- No nic, idziemy? – zapytała dziewczyna, delikatnie, aczkolwiek stanowczo, ciągnąc przyjaciela za rękaw marynarki.
- Co? Och, jasne – uśmiechnął się Hao, po czym razem ze zwiadowczynią udali się w stronę centrum Patch.
           Mimo, że do zniknięcia miasteczka pozostało tylko pięć dni, na ulicach wciąż można było spotkać mnóstwo szamanów. Wszyscy zdawali się korzystać z festynu, który trwał nieprzerwanie od czasu koronacji. Kolejki po jabłka w karmelu czy hot-dogi, miewały nawet kilkanaście metrów długości.
           Anabelle w duchu dziękowała instynktowi, który nakazał jej założyć płaszcz z kapturem. Nie lubiła przebywać w centrum uwagi, a teraz prawie wszyscy odprowadzali ją zaciekawionym spojrzeniem.
           Na Hao, rzecz jasna, od razu rzuciły się fanki. Piszczały i skandowały jego imię, tak jakby myślały, że może im to pomóc w zdobyciu jego serca.
- Hao, zostaniesz moim chłopakiem? – zapytała jedna z dziewcząt, której udało się podejść wystarczająco blisko. Na oko mogła mieć nie więcej niż trzynaście lat. Jej długie, blond włosy, ufarbowane na końcówkach na neonoworóżowy kolor, były ozdobione niezliczoną ilością błyszczących spinek i kokardek.
- Przykro mi, jednak już mam dziewczynę – powiedział książę z pewnym siebie uśmiechem. Wszystkie fanki nagle ucichły. Mogło się zdawać, że ktoś rzucił na nie zaklęcie zamrożenia.
           Tymczasem Asakura, niezatrzymywany przez nikogo, podszedł do stojącej z boku Nowozelandki i chwycił ją za rękę. Ta, z początku zaskoczona, przysunęła się bliżej niego, nadal jednak nie pozbywając się kaptura.
           Sekundy mijały, a fanki wciąż stały bez ruchu, niczym figury woskowe. Tymczasem, Hao i Anabelle odwrócili się i oddalili spokojnym krokiem. Kiedy mieli już pewność, że żadna z dziewcząt ich nie usłyszy, wybuchli głośnym śmiechem.
- Widziałaś ich miny?
- Tak, to było świetne! Albo ta blondyneczka, która pytała, czy będziesz jej chłopakiem! – Szatynka nie mogła powstrzymać chichotu na wspomnienie zszokowanej twarzy fanki.
           Nadal trzęsąc się ze śmiechu, przeszli dalej wzdłuż ulicy, ściągając na siebie spojrzenia zaciekawionych przechodniów. Udało im się uspokoić dopiero po kilkunastu minutach, kiedy to ktoś nagle wpadł na Anabelle, omal nie strącając jej z nóg.
- Chiedo scusa! Mi dispiace…(wł. Przepraszam, przykro mi) - zaczęła się szybko tłumaczyć mała, ciemnooka dziewczynka. Na oko mogła mieć jakieś sześć-siedem lat. Jej kruczoczarne włosy były związane w dwa warkocze, ozdobione dodatkowo pomarańczowymi kokardkami. W rączkach trzymała jakąś niebieską książeczkę, ściskając ją niczym najdroższy skarb.
- Non fa niente (wł. Nic nie szkodzi)– odpowiedział Hao, przerywając potok słów dziecka. Anabelle spojrzała na towarzysza zaskoczona.
- Znasz hiszpański? – spytała.
- Akurat to jest włoski – zaśmiał się chłopak. – Nie powiem, że znam bardzo dobrze… Tylko kilka podstawowych zwrotów – dodał, po czym pochylił się nieco i spytał o coś brunetkę, która nadal stała przed nimi i wpatrywała się w młodego księcia z uwielbieniem. Odpowiedziała mu szybko, przy okazji pokazując trzymaną książeczkę.
           Na okładce znajdował się krajobraz Patch Village z Królem Duchów w tle. Złote litery układały się w napis:
Turniej Szamanów: album kolekcjonerski
           Hao po raz kolejny zadał dziewczynce pytanie, a ta, zadowolona z możliwości rozmawiania z kimś w ojczystym języku, zaczęła szybko tłumaczyć, przy okazji przewracając kolejne kartki książeczki, na których znajdowały się informacje o Turnieju, Członkach Rady, znanych obiektach w Patch oraz zawodnikach. Prawie przy każdym opisie wklejono naklejkę z daną postacią lub miejscem.
           Nowozelandce przypomniało się, jak w dzieciństwie posiadała podobny album na naklejki z Disney’a. Pamiętała jeszcze radość, jaką sprawiało jej wymienianie się obrazkami z innymi. „Ech, do dziś nie zdobyłam Królewny Śnieżki…” – pomyślała z goryczą.
           Tymczasem, jej towarzysz nadal słuchał, jak dziecko opowiada o swojej kolekcji. Okazał się być bardzo dobrym rozmówcą. Albo rzeczywiście interesowało go zbieranie nalepek, albo posiadał niebywałe zdolności aktorskie. Co jakiś czas zadawał pytania, a także mówił coś śmiesznego (a przynajmniej tak dało się wnioskować z reakcji dziewczynki). Wtem, rozmowę przerwało przybycie jakiejś wysokiej kobiety o identycznych oczach jak mała Włoszka.
- Lucia! Basta! (wł. Lucia! Dość!)
           Dziewczynka aż podskoczyła. Najwidoczniej była to jej matka. Nie czekając na nic, mała podbiegła do rodzicielki, szczebiocząc coś po włosku.
- Przepraszam za nią, wasza wysokość – powiedziała kobieta, głaszcząc córkę po głowie. – Czasami buzia jej się nie zamyka.
- Nic się nie stało – odparł ognisty szaman. – Bardzo miło nam się rozmawiało.
- Peccato, che lei deve già andare via... A presto! (wł. Szkoda, że musi pan już iść. Do zobaczenia!) – Lucia pomachała mu rączką, po czym pozwoliła matce wziąć się na ręce. Zaraz potem obie odeszły w swoją stronę.
           Tymczasem Anabelle i jej towarzysz spojrzeli po sobie i ruszyli dalej, niezatrzymywani przez nikogo. Starali się prowadzić normalną rozmowę, jednak obojgu coś nie pasowało. Czuli na sobie czyjś wzrok i nie chodziło tu bynajmniej o zainteresowanych przechodniów. Ktoś ich śledził. X-laws? Niemożliwe, oni wyjechali z Patch już pierwszego dnia, nieżegnani przez nikogo. Ktoś z Rady? Nie, przecież gdyby potrzebowali pomocy księcia, nie ukrywaliby się.
- Też to czujesz, Hao? – spytała dziewczyna, wykorzystując zwiadowczą zdolność rozglądania się bez znaczniejszego poruszania głową. Uścisk dłoni chłopaka, w której znajdowała się jej własna, stał się mocniejszy.
- Tak – odparł krótko, zdając się na reishi. Nic jednak nie usłyszał. Nie dało się też wyczuć konkretnej aury szamańskiej, gdyż w okolicy było ich zbyt wiele. To tak jakby szukać butelki z trucizną pośród pięćdziesięciu flakoników z wodą. Wszystkie wyglądają tak samo, lecz tylko jedna potrafi zabić. A o tym dowiadujesz się zwykle po fakcie.
           Mimo wyczucia w pobliżu czyjejś obecności, ani na moment nie zwolnili. Nie mogli dać po sobie poznać, że zdają sobie sprawę z zagrożenia. O ile w ogóle było to jakieś zagrożenie.
- Anabelle… - szepnął ognisty szaman, przyspieszając nieco i stając twarzą do Nowozelandki. – Nie podoba mi się to. Przytul się do mnie, tak, żeby wyglądało to naturalnie. Dzięki temu będę mógł zobaczyć, czy ktoś nas śledzi.
           Dziewczyna od razu zrozumiała, o co chodzi. W jej profesji działanie niepostrzeżenie miało zawsze kluczowe znaczenie. Śmiejąc się cicho i okręcając jeden z brązowych loków wokół palca, zbliżyła się do szatyna, pozwalając mu oprzeć głowę na swoim ramieniu. Głupio było jej to przyznać, ale obejmowanie władcy płomieni okazało się naprawdę przyjemne. Czuła się przy nim bezpiecznie. Kiedyś nawet nie myślała, że mogłaby zaprzyjaźnić się z chłopakiem. No, nie licząc może jej ducha stróża.
           Tymczasem, Hao ostrożnie spoglądał na ulicę przed sobą. Starając się, by nie wyglądało to nienaturalnie, przeleciał wzrokiem od budynków po prawej do wąskiej uliczki z lewej. Nie zauważył jednak nikogo dziwnego poza grupką dziewcząt… Aż za dobrze mu znanych.
- Fanki – szepnął, a w jego głosie dało się wyczuć wahanie.- Nie zdziwiłbym się, gdyby sprawdzały, czy nasza…eee… randka to podstęp.
           Zwiadowczyni odsunęła się i chwyciła dłoń chłopaka. Z daleka wyglądałoby to po prostu jak typowy gest zakochanej pary. Jednak jej oczy, ledwie widoczne w cieniu kaptura, ani na moment nie traciły czujności.
- Myślisz, że są na tyle inteligentne? – spytała z powątpiewaniem.
- Nie wiem – odparł chłopak, ustawiając się ponownie obok towarzyszki. – Wiem tylko tyle, że nie poprzestaną na tym. Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa, wykorzystają ją.
- Aż tak wierzysz w swój urok osobisty…? – W tonie Nowozelandki dało się wyczuć rozbawienie. Długowłosy nie odpowiedział, jednak na jego twarzy pojawił się rumieniec. Szatynka zaśmiała się w duchu, po czym pociągnęła przyjaciela do przodu. – Nie wiem, jak ty, ale zaczynam się robić trochę zmęczona. Może cię to zdziwi, jednak spacerujemy od dwóch godzin.
           „Dwóch godzin!?” – Hao nie mógł wyjść ze zdziwienia. Wcale nie czuł upływu czasu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że słońce zaczęło się już dawno chylić ku zachodowi, a niebo przybierało coraz ciemniejszą barwę.  Na szczęście, pałac znajdował się niedaleko. W trakcie przechadzki zatoczyli dość spore koło i już stąd widać było wysoką wieżę zamku, w której mieściła się biblioteka.
           Doszli do złotego ogrodzenia rezydencji w zadziwiająco krótkim czasie. Mimo to, ani na moment nie pozbyli się wrażenia, że ktoś ich obserwuje. Zatrzymali się na chwilę przed bramą, a Hao kątem oka dostrzegł, że grupka jego wielbicielek wciąż znajduje się w podobnej odległości, co przedtem. Teraz miał już pewność, że chcą go sprawdzić. Chcą się dowiedzieć, czy rzeczywiście chodzi z Anabelle. Jedynym sposobem, aby tego dowieść było…
           Stanął jak sparaliżowany. Z szeroko otwartymi oczami patrzył, jak dziewczyna wyciąga rękę, by nacisnąć zdobioną klamkę. W mgnieniu oka podjął decyzję i chwycił ją za nadgarstek, delikatnie odwracając w swoją stronę. Zaskoczona szatynka podniosła na niego spojrzenie swoich dużych, ciemnozielonych oczu.
- One na nas patrzą – powiedział niemalże bezgłośnie. – Wciąż nie wierzą. Potrzebują dowodu.
- Dowodu? – zdziwiła się dziewczyna. – Jakiego?
           W tym momencie, ognisty szaman chwycił jedną dłonią kaptur jej płaszcza, odrzucając go do tyłu. Drugą zaś położył na jej policzku i nachylił się, aby złożyć na jej ustach delikatny pocałunek.

♥♥♥
          
           Jak co wieczór, z kuchni pałacowej wydobywały się nieziemskie zapachy, które mąciły w głowach wszystkim obecnym w promieniu kilkudziesięciu metrów. Ryu, z pomocą kilku wynajętych kucharzy, przyrządzał właśnie homara w sosie pomidorowym. Możliwości, jakie dawały zamkowe zapasy, były wręcz nieograniczone. Owoce morza, przyprawy, warzywa ze wszystkich stron świata… Nie dało się znaleźć składnika, który nie znajdowałby się w spiżarniach. Piątka pomocników również znała się na swoim fachu. Potrafili szatkować i kroić w zastraszającym tempie. Tamao, która odwiedziła kolegę przy pracy, nie mogła wyjść z podziwu. W rękach Gabriela, młodego kuchcika, tasak zdawał się poruszać z prędkością światła, a Jenny, specjalistka od sosów, potrafiła jedną ręką odmierzać składniki, a drugą kroić w kostkę marchewki, w tym samym czasie rozmawiając z Ryu o motocyklach. 
           Zack, mistrz cukiernictwa, wyciągał właśnie z pieca piątą blachę swoich słynnych ciasteczek cynamonowych. Był w trakcie posypywania ich specjalnie dobraną mieszanką tajemniczych przypraw, gdy do kuchni jak strzała wpadł Choco, uciekając przed wściekłym Renem.
- To był twój ostatni żart, McDonnel! – krzyknął Chińczyk, przeskakując zręcznie nad kuchennym blatem. Jego guan-dao jarzyło się złotym blaskiem.
           Amerykanin wydał z siebie tylko nieartykułowany dźwięk i wskoczył pod stół, na którym Ryu właśnie męczył się z żywym homarem. Nagłe poruszenie sprawiło, że skorupiak upadł na podłogę, kierując się od razu w stronę zaskoczonego komika. Ten, bardziej obawiając się szczypiec niż wściekłego Tao, wyleciał jak oparzony i wskoczył fioletowowłosemu na ręce.
           Tymczasem zwierzę, które miało być tego dnia podane na kolację, wpełzło dokładnie pod lodówkę, odmawiając wyjścia. Kiedy motocyklista włożył rękę w szparę, skończyło się dla niego to mocnym uszczypnięciem w palec. Brunet aż podskoczył, omal nie uderzając głową o sufit.
- Co tu się dzieje?! – Do pomieszczenia nagle wpadła Anna. Tuż za nią pojawił się Yoh, najwidoczniej nieco zaskoczony zastałym widokiem. Pięciu wynajętych kucharzy natychmiast ustawiło się w szeregu, Ryu machał zranionym palcem jak oszalały, Tamao wyglądała nieśmiało zza pieca, a Ren wciąż trzymał na rękach wystraszonego Choco.
- A mnie to nikt nie zaprosi do zabawy! – Horo, który wbiegł tuż po Asakurze, skrzyżował ręce niezadowolony.
- Nic takiego, pani Anno… - wyjąkał Gabriel, salutując.
- Wasza piątka – Kyoyama zwróciła się do wynajętych kucharzy – niech kontynuuje pracę. Ryu, kolacja ma być gotowa za dwadzieścia minut! I nie przyjmuję żadnych sprzeciwów. Zaś pozostali… - W jej głosie zabrzmiała groźna nuta. – Żebyście się nie nudzili, posprzątacie wszystkie łazienki w pałacu.
- Tak jest, pani Anno! – zawołali wszyscy chórem, bez narzekania zabierając się za swoje zajęcia. Wiedzieli, że i tak nie miałoby to żadnego sensu, a mogło jedynie zwiększyć gniew przyszłej Księżnej Szamanów.
           Tymczasem, sama para książęca powróciła do jadalni i przysiadła na krańcu stołu. Dotychczas, choć może się to wydać dziwne, oboje byli zajęci wkładaniem zdjęć do albumu. W trakcie całego turnieju uzbierało się ich naprawdę sporo, a blondynka postanowiła wykorzystać przywileje swojego stanowiska i wydrukować je za darmo w Patch.
           Podniosła właśnie fotografię przedstawiającą walkę Yoh i Rena, jeszcze z pierwszej rundy. Od tego czasu minął niemalże rok. Nigdy by nie przypuszczała, że w ciągu tych kilku miesięcy mogłoby wydarzyć się tak wiele. Kiedy przyjechała do Tokio, jej stosunki z Asakurą nie były tak bliskie jak teraz. On… był wtedy zupełnie innym szamanem. Dopiero zaczynał swoją współpracę z Amidamaru, jego jedynym prawdziwym przyjacielem był Manta… Wtedy dopiero zaczął się naprawdę uśmiechać… Potem poznał Horo, Rena, Ryu, Fausta, Lyserga, Choco… oraz Hao.
           Niesamowite, ile się zmieniło. Ilu wrogów stało się dla nich przyjaciółmi. Jeszcze kilkanaście tygodni temu, nikt by chyba nie pomyślał, że będą siedzieć z członkami X-laws oraz Wielkim i Groźnym Hao Asakurą przy jednym stole…
- Mogę włożyć to zdjęcie, Anno? – spytał Yoh, delikatnie wyjmując obrazek z ręki narzeczonej. Ta szybko wyrwała się z zamyślenia, spoglądając na siedzącego obok chłopaka.
- Jasne, bierz… - odparła szybko, chwytając kolejną fotografię. Niemalże od razu na jej policzkach pojawił się rumieniec. Ten moment… Lubiła go wspominać, chociaż zawsze miała wtedy poczucie winy.
           Obrazek przedstawiał ich dwoje, tuż po walce Hao i Yoh, kiedy to ognisty szaman został zabrany przez X-laws. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o więzi, która nawiązała się między bliźniakami. Wszyscy cieszyli się z remisu, gratulując młodemu Asakurze, jednak jemu wcale nie było wesoło. Mimo to, pocałował ją wtedy… I właśnie ten moment został uwieczniony na zdjęciu.
- Tyle od tego czasu się wydarzyło, prawda? – zagadnął książę, spoglądając na zdjęcie w rękach dziewczyny.
- Prawda… Uratowałeś Hao, pokonaliście drużynę Euro, dotarliście do finału… I wygraliście.
- Mam nadzieję, że cię nie zawiodłem – powiedział nagle Asakura, a w jego głosie dało się wyczuć napięcie. – Wiem, że chciałaś być królową szamanów, a w tym wypadku będziesz księżną…
- Yoh – przerwała mu blondynka. Na moment zapanowała cisza, kiedy wpatrywali się w swoje czarne tęczówki. – Ja… Wiem, że ci tego nie mówiłam, jednak… Jestem z ciebie naprawdę bardzo dumna. Tylko prawdziwy władca byłby gotów targować się o najbliższych z samym Królem Duchów. I… ten tytuł w zupełności mi wystarczy… O ile tylko zechcesz mnie nim obdarować.
           Szatyn spojrzał na narzeczoną zaskoczony. Dotychczas Anna nie wspominała zbyt wiele o ich małżeństwie, które od dawna było dla nich czymś oczywistym. A teraz… Czy uważała, że przez to, iż został księciem, mógłby chcieć znaleźć inną dziewczynę?
- Anno… Wiesz przecież, że dla mnie nie istnieje żadna inna oprócz ciebie – w tym momencie położył delikatnie dłoń na jej policzku. – Kochałem cię, odkąd poznaliśmy się w Osorezan i kocham nadal. I nigdy tego nie zmienię. – Ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, a jego twarz znajdowała się tylko kilka centymetrów od twarzy blondynki. Nagle, w jego dłoni pojawiła się czerwona róża. – Tak więc, Anno… Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją królową? Bo dla mnie zawsze nią będziesz, niezależnie od pozycji.
- T-tak… - odpowiedziała dziewczyna niemal bezgłośnie. Nie trzeba było już więcej słów, kiedy oboje złączyli się w miłosnym uścisku.
          
♥♥♥
          
         W jednej z pałacowych komnat, na niewysokich fotelach siedziały dwie dziewczyny. Pierwsza z nich, niewysoka blondynka, ze znudzeniem opowiadała coś swojej, lekko zbulwersowanej, ciemnowłosej towarzyszce.
- …i po tym, jak już ją pocałował, wrócili oboje do pałacu. Rozstali się na korytarzu, a kiedy on już poszedł, to Anabelle gdzieś pobiegła. Nie szłam już za nią, no bo po co?
         Cassandra tylko westchnęła, krzyżując ręce na piersi.
- Temu, że ich śledziłaś, to się nawet nie dziwię… Nie wiesz jednak, dokąd pobiegła Ann? – W jej głosie dało się wyczuć troskę o przyjaciółkę. Takie zachowanie nie było podobne do Nowozelandki.
- A co mnie to obchodzi? – Niebieskooka wzruszyła ramionami. – Jak chce to niech sobie ucieka z płaczem… Sama sobie tego piwa nawarzyła.
- Z płaczem? – spytała zaskoczona Belgijka. Ta cała sytuacja zaczynała jej się coraz mniej podobać.
- Noo… Tak. Znaczy, tak mi się wydawało… Poleciała gdzieś w kierunku tylnego wyjścia, ale nie wiem, gdzie jest teraz.
         Szatynka nagle wstała, omal nie przewracając małego stoliczka, na którym stała cała sterta jej książek. Spojrzała na towarzyszkę z nietypowym wyrazem twarzy, po czym pociągnęła ją za rękę, zmuszając do wstania.
- Ej!? Co ty robisz!? – oburzyła się Natalie.
- Musimy ją znaleźć. Znasz ją, czasami potrafi zrobić coś naprawdę głupiego.
         Panna Russo mruknęła coś pod nosem, wyrywając się koleżance.
- Ja tam nigdzie nie idę.
- Idziesz, Nat! Ann to w końcu twoja przyjaciółka!
         I, nie czekając już na odpowiedź, Cassandra pociągnęła zdenerwowaną Natalie w stronę drzwi, przy okazji wołając jeszcze do chimery-swojego ducha stróża:

- Church! Wiesz, co masz robić.


Nie będę się wypowiadać... Przedstawiam zestaw obrazków z Horo Horo i Damuko: