Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lyserg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lyserg. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2013

39. "Co się ukrywa za zamkniętymi drzwiami?"

Witam wszystkich w.. pochmurny, burzowy, aczkolwiek nadal wakacyjny dzień! Mam nadzieję, że Ci, którzy nadal są w wieku szkolnym otrzymali swoje wymarzone świadectwa :) 
Dzisiaj krótko, nie martwcie się :D  Obiecałam, że wyrobię się przed wyjazdem do Włoch i udało się ^^. Uprzedzam z góry, że nie będzie mnie do 14 lipca i raczej będę nieosiągalna :) Byłoby miło, gdybym po powrocie zastała trochę komentarzy.. Nawet krótkich. Chcę po prostu wiedzieć, czy są jeszcze osoby, dla których warto pisać :) 
Co do samego rozdziału, pisany był pod wpływem lawendowego pyłu z kuwety xD Ci, którzy mnie znają wiedzą dobrze, co to oznacza :D 
Dedykacja dla Natishy i Kasumi (której, tak na marginesie, ogromnie dziękuję za tytuł :D) Mam nadzieję, że nie zawiodę Was w.. wiadomej kwestii ^^
Na koniec obrazki z Tamao... i kimś jeszcze :D


EDIT (25.10.2014): Ten rozdział nie jest już oficjalną kontynuacją bloga, który zakończył się wraz z 37 rozdziałem.

39. "Co się ukrywa za zamkniętymi drzwiami?"


Pogoda była wręcz absurdalnie ładna. Ognisty szaman szedł sobie wzdłuż strumyczka, w całości wypełnionego krystalicznie przejrzystą wodą o lekko różowym zabarwieniu. Puchate, białe króliczki kicały sobie po łączce, bawiąc się z tęczowymi motylkami. Niebo przecinała cudowna tęcza, nieprzysłonięta nawet jedną chmurką.
           Yoh, który spacerował obok zdawał się nie zauważać nic dziwnego w tym, że jest ubrany w długą, białą togę, przewiązaną w pasie złotym sznurkiem. Rozglądał się dokoła z szerokim uśmiechem na ustach i podjadał jabłkowe chipsy z koszyka, który jakimś magicznym sposobem pojawił się w jego rękach. Hao zatrzymał się i spojrzał w dół. Miał na sobie dziwny kostium, przypominający ubiór rzymskiego legionisty. Trzymał też krótki, obosieczny miecz, identyczny jak te, których obrazki można spotkać w podręcznikach do historii. Zaraz, jaką on miał nazwę? Gladius, tak gladius. A tak właściwie, to dlaczego się nad tym zastanawiał? Nie powinno go raczej interesować dziwne, niepokojąco tęczowe otoczenie? 
           Jak na zawołanie, z drzewa obok sfrunęła wrona i usiadła chłopakowi na ramieniu. Ten, chciał ją zrzucić, lecz pazury trzymały się go mocno, wbijając w skórę. Długowłosy zauważył, że po jego ręce spływa stróżka krwi. On jednak nie poczuł żadnego bólu. Zdumiony tym odkryciem, przeniósł wzrok na brata, jednak ten zdawał się zupełnie nic nie zauważać.
           Tymczasem ptak zakrakał głośno i zamachał skrzydłami, uderzając Hao parokrotnie w twarz.
- Ej, przestań! Złaź ze mnie! – mruknął wściekle ognisty szaman, próbując strząsnąć wredne stworzenie.
- Nie, dopóki mnie nie pocałujesz – zaskrzeczał ptak dziwnie ludzkim głosem.
           Zanim Asakura zdołał pomyśleć nad dziwnym znaczeniem słów wrony, został otoczony przez najróżniejsze zwierzęta: puchate króliczki, które nagle nabrały dziwnie przerażającego wyglądu, wiewiórki o pazurach ostrych jak brzytwa, a także mnóstwo ptaków i owadów, które latały wokół niego skandując:
- Hao! Wybierz mnie, kocham cię!
           Chłopak był otoczony. Rozejrzał się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Chciał zawołać brata, jednak ten zniknął mu z oczu. Tymczasem stworzenia zbliżały się do niego, przybierając coraz bardziej ludzkie kształty, które młody książę znał już bardzo dobrze. Fanki.
- Z-zostawcie mnie! – krzyknął, jednak jego głos zanikł wśród pisków fanek, które wciąż powtarzały jego imię…
- Hao!
- Hao, kocham cię!
- Hao, obudź się!
- Uwielbiamy cię!
- Hao, idioto, wstawaj!
           Ostatni głos należał do Yoh. Starszy z braci otworzył zaspane oczy i powoli podniósł się na rękach. Rozejrzał się z zaciekawieniem, z początku nie rozpoznając pomieszczenia, w którym się znalazł.
           Była to duża komnata królewska, której ściany wyłożono zdobionymi jasnymi panelami o złotych, roślinnych ornamentach. Między płaskorzeźby, stanowiące imitacje kolumn, wkomponowano obrazy, przedstawiające walki szamańskie oraz krajobrazy z najróżniejszych stron świata. Plafon, czyli sufit ozdobiony sztukaterią i freskami, wyglądał niemalże jak niebo. Kimkolwiek był artysta, który go wykonał, musiał dobrze znać się na swojej sztuce. Pomimo nietypowego sklepienia, całe pomieszczenie utrzymano w aranżacji bieli, czerwieni i złota.
           Hao leżał na wielkim łożu z baldachimem, a nad nim pochylał się brat, jak zwykle z nieodłącznym uśmiechem na ustach. Zdawał się jednak zupełnie nie pasować do królewskiego wystroju pomieszczenia. Miał na sobie zwykłą, białą koszulkę i ulubione oliwkowe spodnie. Głowę zdobiły oczywiście pomarańczowe słuchawki.
- W końcu raczyłeś się obudzić! Już się bałem, że będę musiał sprowadzić Annę! – zaśmiał się Yoh, jednak zaraz potem na jego twarzy pojawiła się troska. – Czy stało się coś złego? Krzyczałeś przez sen…
- Nic się nie stało – odburknął Hao, wygrzebując się z satynowej pościeli. – Po prostu zły sen.
- O czym? – dopytywał się jego bliźniak.
- O niczym…
- No powiedz… - Aby dodać swojej wypowiedzi bardziej błagalnego tonu, właściciel pomarańczowych słuchawek specjalnie przeciągał samogłoski.
- Nie.
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Ni… Zostaw mnie!
           Po trzecim z kolei zaprzeczeniu, młodszy z braci nie wytrzymał i rzucił się na Hao, jeszcze bardziej niszcząc jego, i tak już rozczochraną, fryzurę. Męczył biednego śpiocha przez kilka minut, aż w końcu ten położył się na plecach z rękami w górze w geście kapitulacji.
- Ha! Wygrałem! – Yoh ukląkł na poduszce obok brata z dłońmi wciąż przygotowanymi do dalszych „tortur”. - To co ci się śniło?
- Tęczowa polanka, białe króliczki, ty w stroju greckich bóstw… - zaczął wyliczać Hao.
- Ja? I to uważasz za zły sen? – zapytał jego brat z udawaną złością.
- Wiesz, potem zostawiłeś mnie samego na pastwę królików, wiewiórek i wron, które zamieniły się w moje fanki!
- Ech… Mówiłem ci, żebyś ściął włosy, bo wtedy cię nie rozpoznają, ale ty się nie zgodziłeś…
           Hao zmierzył brata morderczym wzrokiem. Mimo, że leżał rozwalony na łóżku, a jego włosy wyglądały gorzej niż po przejściu tornada, sprawiał dość groźne wrażenie. Oczywiście jego bliźniak wcale się tym nie przejął.
- Już omawialiśmy tę kwestię – powiedział beznamiętnym tonem władca płomieni.
- Wiem, wiem… Ja chcę tylko pomóc… - Yoh zrobił skruszoną minkę, która wystarczyła, by gniew brata zupełnie wyparował.
           W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Krótkowłosy wyskoczył z łóżka jak oparzony, a jego brat zakrył się kołdrą aż pod samą brodę, jedną ręką wygładzając fryzurę.
- Proszę… - powiedział niepewnie, kiedy uznał, że już nic więcej nie poradzi na stylizację „Made by Yoh”.
           Do pokoju przez wielkie drzwi wsunęła się drobna postać o długich, czarnych włosach i typowo indiańskim stroju z wizerunkiem kosmity na piersi. Jej wysokie, jasne buty, ozdobione frędzelkami zdawały się nie wydawać żadnych dźwięków na podłodze pokrytej czerwoną wykładziną.
- Rutherford? – zdziwił się Yoh. – Co cię tu sprowadza?
           W czasie kilku ostatnich dni, bliźniacy mieli naprawdę sporo na głowie. Musieli zaznajomić się ze wszystkimi kwestiami odnośnie rządzenia, a także nauczyć się funkcjonować w ogromnym pałacu, który dla nich zbudowano. Kilku członków rady, w tym właśnie mała wielbicielka kosmosu, mieli za zadanie opiekować się królewską rezydencją, a także przekazywać książętom wieści z Patch.
- P-pani Anna szuka w-waszej wysokości… - wyjąkała dziewczyna, czerwieniąc się jak piwonia. Mimo, że była o dwa lata starsza od bliźniaków, jej drobna postura sprawiała, że wyglądała niemalże jak rówieśniczka Tamao.
- Zgaduję, że chodzi tu raczej o mnie? – zagadnął wesoło Yoh. Hao zakopał się głębiej w pościeli.
- T-tak, wasza…
- Hej, przecież mówiliśmy już, żebyś mówiła do nas po imieniu – przerwał jej właściciel pomarańczowych słuchawek. Brunetka uśmiechnęła się nieśmiało.
- O-oczywiście… Yoh… – Imię chłopaka wypowiedziała bardzo cicho, ale zawsze to jakiś początek. Asakura zbliżył się trochę do niej, zatrzymując się mniej więcej w połowie pomieszczenia.
- Gdzie teraz jest Anna? – spytał.
- W jadalni, razem z przyjaciółmi wasz… - Urwała, gdy książę pogroził jej żartobliwie palcem – …z waszymi przyjaciółmi – poprawiła się szybko. – Obiad zaraz będzie gotowy.
- Obiad?! – Hao odezwał się pierwszy raz od przyjścia brunetki. Dziewczyna aż podskoczyła. Prawdopodobnie zapomniała o obecności drugiego Asakury w, bądź co bądź, jego własnej komnacie.
- Tak, Hao. Obiad. Posiłek, który spożywa się między śniadaniem, a deserem – wytłumaczył spokojnie Yoh. – Nie wiem, czy wiesz, ale jest pierwsza po południu.
           Ognisty szaman wydawał się, delikatnie mówiąc, zaskoczony. Kołdra wypadła mu z rąk, odsłaniając umięśniony tors, na który chłopak miał zarzuconą białą koszulę z delikatnego, prześwitującego materiału. Na ten widok Rutherford spłoniła się jeszcze bardziej i szybko odwróciła wzrok.
- Przekażesz Annie, że zaraz zejdziemy? – poprosił krótkowłosy, a członkini Rady gorliwie pokiwała głową i niemalże wybiegła przez wielkie drzwi, w ostatniej chwili powstrzymując je przed głośnym trzaśnięciem. Wyglądała na bardzo zadowoloną, że ma powód do wyjścia.
- Zrobiłem coś nie tak? – spytał zdumiony Hao.
-  Nie. Wystarczy, że jesteś – zaśmiał się jego brat. – A Rutherford jest zakłopotana, bo od pewnego czasu… ekhem… przyjaźni się z Tallimem.
- Przyjaźni…? – Hao nie dał się tak łatwo zbić z tropu. – Ty plotkarzu!
           Yoh nic na to nie odpowiedział, tylko pokazał bliźniakowi język i pobiegł do drzwi. W progu odwrócił się jeszcze i zawołał:
- Za dwie minuty widzimy się na obiedzie!

♥♥♥

           Królewska jadalnia była jedną z największych sal w pałacu. Jej ściany, podobnie jak w innych pomieszczeniach, wyłożono jasnymi, zdobionymi panelami. W odróżnieniu jednak od sypialni, w wolnych przestrzeniach zamiast obrazów zawieszono lustra, optycznie nadając komnacie większych rozmiarów. W centralnym punkcie stał oczywiście podłużny stół, przy którym mogłoby spokojnie zasiadać nawet kilkadziesiąt osób. Jego nogi i rama wykonane były z ciemnego drewna, natomiast blat z pięknego, misternie zdobionego szkła.
           W chwili, kiedy zdyszany Hao wpadł do pomieszczenia, mniej więcej jedną trzecią miejsc zajmowali jego przyjaciele i rodzina. Przed nimi stało mnóstwo waz i półmisków z najróżniejszymi potrawami. Z tych, które jako pierwsze rzuciły się ognistemu szamanowi w oczy, można było wyróżnić łososia w jakimś jasnym sosie, sushi, gęsty gulasz z papryką oraz risotto z czymś, co chłopakowi przypominało maleńkie ośmiorniczki. Długowłosy przysiągł sobie solennie, że będzie się od owego półmiska trzymał z daleka. Słyszał, co prawda, że owoce morza są bardzo smaczne, jednak nie potrafił wyobrazić sobie dotyku maleńkich macek w gardle.
           Z początku wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na jego przybycie. Ci, którzy siedzieli najbliżej drzwi, zaledwie odwrócili głowy. Każdy był jednak zajęty swoimi sprawami. Ren i Horo jak zwykle dręczyli biednego Choco, który próbował być zabawny, porównując jeżowce w sosie do fryzury Chińczyka. Jun dyskutowała z Anną na temat wydania płyty z programem treningowym. Ryu i Manta zastanawiali się nad składnikami jednego z dań. Faust, jak to on, wpatrywał się w Elizę, nie interesując się specjalnie tym, że na jego talerzu ktoś położył ślimaki ze szpinakiem, a on sam zjadał je łącznie ze skorupkami. Pirika nakłaniała Tamao do noszenia spódnic. John szeptał coś Meene do ucha, tak że na jej policzkach pojawił się uroczy rumieniec. Keiko, Mikihisa oraz dziadkowie z lekkim powątpiewaniem spoglądali na stos cheeseburgerów, który ich młodszy wnuk nałożył sobie na talerz, kiedy Anna nie patrzyła. Natalie z irytacją spoglądała, jak Cassie, oparta głową o ramię Lyserga, czyta jakąś książkę, a Anglik uśmiecha się lekko, trzymając jej dłoń. Nigdzie jednak nie było widać Anabelle.
           Hao aż sam się zdziwił, że zauważył brak dziewczyny. Jakby nie patrzeć, miał przed sobą jakieś dwadzieścia osób. Wzruszył jednak ramionami i udał się w stronę miejsca obok brata. Ten wydawał się czymś bardzo zaaferowany.
- Hao! Mam sposób na twoje fanki! – zawołał, gdy tylko ognisty szaman usadowił się na swoim tronie.
- Jaki? – W sercu długowłosego wzrosła nadzieja.
- Cóż, mógłbyś się za kogoś przebrać. Myślałem na przykład o strażaku. Wiesz, jakbyś miał na sobie maskę gazową to nikt by cię nie rozpoznał! – oznajmił jego bliźniak.
-To co to za sposób? – Hao zachowywał się, jakby zupełnie nie usłyszał ostatniej wypowiedzi brata.
- Znajdź sobie dziewczynę – mruknął Yoh, całkowicie tracąc zainteresowanie problemami brata. Jak ten nie chce słuchać jego genialnych pomysłów, niech radzi sobie sam.
- Proszę…? – Hao aż podskoczył. – Ja?
- A widzisz tu jakichś innych piromanów z tabunem fanek na karku?
- No… nie. Ale… ja? – spytał ognisty szaman, popijając sok z kryształowego kieliszka.
- A co? Nie interesują cię dziewczyny? – Ton młodszego z braci był tak poważny, że Hao aż zakrztusił się napojem. Przez chwilę nie potrafił złapać oddechu i dopiero mocne uderzenie w plecy przez Ryu nieco mu pomogło.
- Interesują, jasne, że interesują! – zawołał szybko, kątem oka sprawdzając, czy wypowiedzi jego bliźniaka nie usłyszała rodzina lub któraś z dziewcząt.
- Więc…?
- No, ale nie interesuje mnie żadna konkretna…
           Krótkowłosy tylko westchnął. Jego brat ewidentnie nie chce, żeby mu pomóc. Odwrócił się ponownie w stronę swojego talerza, chcąc powrócić do cheeseburgerów, kiedy zobaczył przed sobą tylko czyste naczynie z karteczką „Masz spalić te kalorie w brzuszkach do północy. Jeśli tego nie zrobisz, nadrabiasz w okrążeniach przez najbliższe dwa miesiące. Ucałowania od Anny”. Chłopakowi aż zjeżyły się włosy na karku. Kiedy jednak przeczytał liścik jeszcze raz, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Jego ukochana jak zwykle zaskakiwała. Szkoda, że Hao nie mógł tego poczuć na własnej skórze…
           Tymczasem długowłosy niemrawo grzebał w swoim spaghetti, zastanawiając się nad propozycją brata. Miałby znaleźć sobie dziewczynę…? Jego wzrok powędrował od Fausta wpatrującego się z uwielbieniem w Elizę, przez Johna i Meene, ze śmiechem organizujących zawody w układaniu zwierzątek z jedzenia (Meene powbijała koreczki do bułki, tworząc jeżyka, a John wykorzystał kiełbaski do ułożenia ośmiorniczki), Yoh, wciąż zarumienionego po przeczytaniu liściku od Anny, aż do Lyserga, który plótł Cassie warkoczyki. Wszyscy wyglądali na tak szczęśliwych… I nikt się ich nie czepiał…
           W tym momencie drzwi wejściowe rozchyliły się na całą szerokość, a do jadalni wpadła Anabelle. Jej szarozielony płaszcz powiewał za nią niczym skrzydła motyla. Kiedy się zatrzymała, kaptur opadł jej aż na oczy. Dziewczyna zdjęła go niecierpliwym gestem, odsłaniając burzę długich, brązowych loków.
- Przepraszam za spóźnienie, ale miałam drobne starcie z kucharzem – wyjaśniła z rozbrajającą miną. Łuk, który miała przewieszony przez ramię, nadal był otoczony zieloną poświatą z foryoku.
- Coś zrobiłaś biednemu Karimowi? – spytał Yoh z udawanym strachem.
- Nic specjalnego… Nauczyłam go tylko jak się przyrządza kawę z miodem. – W tonie dziewczyny słychać było pewną zadziorną nutę. Zielone oczy Nowozelandki błysnęły łobuzersko.
           Zaraz potem dziewczyna wzruszyła ramionami i z szerokim uśmiechem udała się na swoje miejsce pomiędzy Natalie a Faustem. Nieświadomie Hao odprowadzał ją wzrokiem. Myślami jednak wciąż był przy pomyśle brata.
           „A gdyby tak…? Właściwie, co szkodzi zapytać…” – pomyślał, po czym wstał i nieśmiało podszedł do szatynki, która nakładała sobie właśnie na talerz potrawkę z kurczaka. Kiedy zauważyła, że ktoś nad nią stoi, odwróciła głowę, niechcący smagając Natalie włosami po twarzy.
- Ej! – oburzyła się blondynka. – Mogłabyś je chociaż spiąć!
- Przepraszam, Nat… Ale wiesz, że nigdy ich nie zepnę. – Ton zielonookiej łudząco przypominał Hao, kiedy tłumaczył bratu, co sądzi o ścinaniu włosów.
- Phi! – Angielka odwróciła się od przyjaciółki i uniosła wysoko głowę informując „Mam focha na cały świat”. Anabelle nie przejęła się tym zbytnio i wzruszyła tylko ramionami. Zaraz potem odwróciła się znów w stronę Hao.
- Podać Ci coś? Może szaszłyki? – spytała z rozbrajającym uśmiechem.
- Eee… Nie, dzięki… Ja tylko… - zaczął się jąkać długowłosy. To dziwne, przecież nigdy mu się to nie zdarzało! W końcu panna Wilson prowadziła jego treningi zamiast Anny…
- Tylko co…? – dopytywała się dziewczyna.
- Nic specjalnego… Przyszłabyś do mojego pokoju po obiedzie? Mam… pewną sprawę… – Hao postanowił improwizować. Prawdopodobnie łatwiej będzie im się dogadać bez obecności tych wszystkich świadków.
           Szatynka wzruszyła ramionami i tylko pokiwała głową z uśmiechem.
- To… Do zobaczenia – powiedział ognisty szaman i szybko oddalił się od stołu. Po drodze Yoh rzucił mu zagadkowe spojrzenie.
- Co ten wariat znowu kombinuje…? – spytał sam siebie właściciel pomarańczowych słuchawek. Nie doczekał się jednak żadnej odpowiedzi.

♥♥♥

           Po szybko zjedzonym obiedzie, Anabelle udała się wzdłuż bogato zdobionego korytarza w kierunku apartamentów książęcych. Nadal chciało jej się śmiać z ludzi, który najnormalniej w świecie zaczęli mówić do Yoh i Hao „wasza wysokość”. Dobrze wiedziała, że bliźniacy nie przepadali za tym określeniem i wcale nie chcieli być traktowani po królewsku. Niestety, bycie władcą ma też swoje wady…
           Panna Wilson rozejrzała się. Ściany w korytarzu różniły się od tych w jadalni czy  sali balowej. W przeciwieństwie do nich, nie posiadały złotych ornamentów, a panele, które je pokrywały, miały kolor ciepłej, pastelowej zieleni. Zdobienia, podobnie jak i sufit, wykonano tu z ciemnego drewna. Dzięki myśliwskim trofeom, których pochodzenia dziewczyna wolała się nie domyślać, miejsce to przywoływało na myśl las.
           Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zwiadowczyni zaczęła nucić jedną ze swoich ulubionych piosenek. Miała bardzo ładny i czysty głos, jednak do tej pory nie chciała występować na scenie. Śpiewała, lecz tylko przy rodzinie, na przykład na grillach czy przyjęciach. Westchnęła. Turniej Szamanów był dla niej niesamowitą przygodą. Poznała tylu wspaniałych przyjaciół, wśród nich znaleźli się nawet sami książęta. Spędziła mnóstwo czasu z Cassie i Natalie, które znała tak naprawdę od niecałego roku. Patrząc na nie mogłaby się wydawać, że ich przyjaźń trwa od wieków.
           Mimo to tęskniła za domem. Za mamą, która co wieczór wracała do domu przynosząc najniezwyklejsze rośliny z uczelni, gdzie pracowała… Za ojcem, dla którego archeologia była czymś więcej niż tylko pracą… Za duchami średniowiecznych  postaci, które zawsze opowiadały jej niezwykłe historie o zamkach i rycerzach… Za dziadkiem, od którego dziewczyna zaraziła się miłością do strzelania z łuku… Jedynym, czego jej zdecydowanie nie brakowało, była szkoła. Mimo, że miała tam wielu znajomych, nikogo nie potrafiła nazwać przyjacielem.
           Zatopiona we własnych myślach, nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się przed drzwiami do apartamentów Hao i Yoh. Na początku obaj władcy otrzymali całe skrzydło pałacowe dla siebie, jednak uznali, że w zupełności wystarczą im dwie sypialnie, łazienka i niewielki salonik. Członkowie Rady Szamanów, odpowiedzialni za rezydencję, nie byli z tego powodu zbyt szczęśliwi, uważając, że uwłacza to godności zajmowanego przez Asakurów stanowiska. Oczywiście bliźniacy wcale się tym nie przejęli.
           Anabelle uniosła rękę, by zapukać, kiedy nagle w drzwiach tuż przed nią wyrósł Hao.
- Hej, nie strasz! – zawołała ze śmiechem. Chłopak nic na to nie odpowiedział, tylko odsunął się w przejściu i niczym lokaj wpuścił szatynkę do środka. Kątem oka dziewczyna dostrzegła, że starszy z braci rozejrzał się uważnie po korytarzu zanim zamknął pomieszczenie. Na klucz.
           Pannie Wilson od razu przyszły do głowy sceny z książek, które pożyczała od Cassie. Zwykle, kiedy ktoś zamykał tam drzwi na klucz, okazywał się być wrogiem głównego bohatera. Jednak, w przeciwieństwie do czarnych charakterów w powieściach, na twarzy Hao znajdował się zwykły, może nawet lekko zakłopotany uśmiech.
- Po co takie środki ostrożności? – spytała Anabelle, starając się brzmieć naturalnie. „Głupia!” – zganiła się w myślach. – „Uważasz się za bohaterkę książki? Przecież to tylko Hao!”. Mimo to nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać: – Chyba nie chcesz…?
- Nie! – Szatyn przerwał jej, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej. – Ja po prostu… Wiesz, to sprawa osobista…
           Nowozelandka aż przekrzywiła głowę ze zdziwienia. Hao zachowywał się… dziwnie. Dlaczego akurat z nią chciał porozmawiać o osobistych kwestiach? Czy nie miał od tego Yoh, Manty… Któregokolwiek z przyjaciół?
- To znaczy?
- Usiądź proszę.  – Hao wskazał na dwa fotele pod oknem, pomiędzy którymi stał stolik z charakterystyczną wazą potpourri. Spod pokrywki naczynia wydzielał się przyjemny, lawendowy zapach.
           Kiedy szatynka spełniła prośbę, chłopak usadowił się obok. Nic nie mówiąc, spojrzał przez okno na pustynię. Anabelle przez chwilę poczuła się jak zwykła ozdoba. Chłopak zdawał się zupełnie ją ignorować!
- Ekhem… To o co chodzi? – spytała, a w jej tonie słychać było zniecierpliwienie. Najpierw Hao zamyka ją na klucz, przyprawiając o gęsią skórkę, a teraz najnormalniej w świecie nie zwraca na nią uwagi? Tak być nie może!
- Widzisz je? – Książę odpowiedział pytaniem na pytanie.
           Zwiadowczyni zerknęła przez okno, próbując odgadnąć, co miał na myśli jej rozmówca. Nie było to zbyt trudne. Pod pałacykiem zebrał się cały tłum dziewcząt od dziesięciu lat wzwyż, z transparentami, czapkami i najróżniejszymi innymi przedmiotami z wizerunkiem młodego władcy. Teraz, kiedy dziewczyna bardziej się skupiła, potrafiła usłyszeć stłumione skandowanie fanek: „Hao, wyjdź do nas! Hao, wyjdź do nas!”. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
- Widzę. Trudno przeoczyć – odparła wesoło.
- Nie dają mi spokoju… Nawet teraz dostałem chyba z dwadzieścia laurek… I nawet śpiewającego misia… - Ognisty szaman wskazał na stosik różowych kartek pod jedną ze ścian. Na szafce obok stało też coś, co wyglądało na resztki po maskotce.
- Cóż, skoro Yoh jest zajęty, pozostałeś tylko ty. Nic dziwnego, że uwzięły się na ciebie.
           W tym momencie Hao odwrócił wzrok od okna i spojrzał prosto w zielone oczy towarzyszki. W jego spojrzeniu było coś... nietypowego. Tak jakby błagał ją bez użycia słów. Anabelle przez chwilę żałowała, że zamiast niej nie ma tu Yoh. On na pewno zrozumiałby, co oznacza to spojrzenie.
- Wiesz… Właśnie o to mi chodzi… Yoh ma dziewczynę i fanki nie wchodzą mu na głowę…  - powiedział powoli, a widząc zdziwiony wzrok przyjaciółki, wyjaśnił: - Bo to jasne, że ma fanki. Jakby nie patrzeć jest tak samo przystojny jak ja. No, prawie. Podobno długie włosy mają swój niepowtarzalny urok… - Mówiąc to, Hao odgarnął kilka kosmyków z twarzy niczym aktorki w filmach.
           Szatynka nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć. Trudno było zaprzeczyć, a zarazem głupio zabrzmiałaby mówiąc, że absolutnie się z nim zgadza. Tak to mogłyby się zachować dziewczęta, które stały na zewnątrz i wykrzykiwały imię ognistego szamana. A ona nie miała zamiaru się do nich upodabniać.
- Wracając jednak do sedna sprawy… Wydaje mi się, że fanki przestałyby mnie tak atakować, gdyby wiedziały, że już kogoś mam… I tak sobie pomyślałem… - Na twarzy chłopaka pojawił się lekki rumieniec. - Anabelle, zgodziłabyś się udawać moją dziewczynę?
          
♥♥♥

- I ty się zgodziłaś!? – Głos Natalie odbił się echem po ścianach komnaty, którą dzieliły członkinie dawnej „The Oak Leaf Team”. W odróżnieniu od innych, jej ściany zostały pomalowane na bladoniebieski kolor, a ornamenty wykonano ze srebra.
- No… Wiesz…
- Jak możesz być taka głupia!? – krzyknęła blondynka, o mały włos nie strącając ręką porcelanowej figurki z szafki.
           Anabelle, która siedziała na łóżku jak skarcona uczennica, aż się wzdrygnęła. Nie spodziewała się tak… wybuchowej reakcji przyjaciółki. Kiedy skończyła opowiadać o spotkaniu z Hao, miała wrażenie, że zamiast najlepszej koleżanki ma obok siebie tykającą bombę, która może w każdej chwili wybuchnąć. I to chyba właśnie się stało.
- Wiesz, Nat chce powiedzieć, że… - zaczęła Cassie, która do tej pory nie odzywała się ani słowem.
- Że on tylko cię wykorzysta! – dokończyła za nią Angielka. Przeszła szybko z jednego końca pokoju w drugi, nie przestając gestykulować. Zatrzymała się przy niewysokim stoliku, na którym stało ozdobne lusterko w ramce.
- Chciałam powiedzieć „musisz uważać”, ale w sumie na jedno wychodzi… - Humor Cassie zdecydowanie się pogorszył. Nie lubiła kłótni, które niestety dość często wybuchały między jej dwiema towarzyszkami. Zawsze pełniła w nich funkcję mediatora. Co prawda, zwykle kończyły się równie szybko, jak zaczynały, ale tym razem nie wyglądało to na codzienną, niegroźną sprzeczkę.
- Przecież wiem… - powiedziała cicho Anabelle. - Ale nie wypadało mi odmówić… Wiecie przecież, przez co on teraz przechodzi…
- Niech sam sobie z tym radzi! – Blondynka uderzyła pięścią w stolik, aż podskoczyły stojące na nim przedmioty. - Jest, jakby nie patrzeć, najpotężniejszym szamanem! – Natalie nie rezygnowała z podniesionego głosu.
- Na równi z Yoh. – Poprawianie przyjaciółki było w przypadku Nowozelandki czymś tak oczywistym, że już sama nie zwracała na to uwagi.
- I co z tego?! Najpotężniejszy to najpotężniejszy! Zdajesz sobie sprawę z tego, ile czasu będziesz teraz z nim spędzać?!
- Sporo… Wiem o tym…
- Całe dnie! Będziesz musiała z nim chodzić na te wszystkie nudne rady i spotkania… Bo inaczej ludzie nie uwierzą, że jesteście razem. A pomyślałaś może o nas? O mnie!? – Krzycząca dziewczyna podbiegła do zwiadowczyni i chwyciła ją za ramiona, potrząsając nią. – Cassie też teraz ciągle nie ma, bo się spotyka z tym swoim zielonowłosym detektywem od siedmiu boleści…
- Nat, nie musisz obrażać Lyserga – powiedziała Belgijka stanowczym, aczkolwiek nadal spokojnym tonem. – To, że się z nim czasami spotykam, nie oznacza, że przestałaś być moją przyjaciółką.
           Panna Russo odkaszlnęła, jednak zabrzmiało to mniej więcej jak „Taa… Czasami…”.
- Nat, wiesz przecież, że to tylko tymczasowe… - Zwiadowczyni próbowała załagodzić gniew przyjaciółki, jednak bezskutecznie. Nat już usiadła przy toaletce i ruchami pełnymi urażonej godności zaczęła poprawiać sobie fryzurę, co, tak na marginesie, było w jej przypadku dosyć nietypowe.
           Zrezygnowana Anabelle westchnęła i położyła się w ubraniu na łóżku, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sufit.

           Cassandra tylko westchnęła. Zdała sobie sprawę, że właśnie zaczęły się dla jej przyjaciółek „ciche dni”. Już miała wziąć z powrotem swoją książkę, którą odłożyła, gdy przyszła zwiadowczyni, jednak w tym momencie jej telefon oznajmił, że otrzymała sms’a. Już pierwsze słowa wiadomości od Lyserga sprawiły, że na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec. 


Taak, tym razem dość dużo o związkach :D Zakładam też, że jestem jedyną szamanką, która zeswatała ze sobą Rutherford i Thallima xD Jednak na swoją obronę dodam, że są między nimi tylko 3 lata różnicy, w przeciwieństwie do Nichroma, który jest od Rutherford o 7 lat młodszy!

Sorry, nie mogłam się powstrzymać xD











Do zobaczenia w następnej notce :D 

czwartek, 14 marca 2013

Spis Blogów!

Siemka, z góry przepraszam, ale tym razem to nie jest ani rozdział, ani notka :(
Chciałabym w imieniu swoim i całej ekipy poinformować o otwarciu Spisu Blogów SK ^^ 



Mam nadzieję, że wszyscy zaangażujecie się w spis, aby nowi szamani nie mieli już teraz kłopotów z odnajdywaniem opowiadań o naszym ukochanym anime :)

Ach, i jeśli byście mogli.. *słodkie oczka* Zanim zaczniecie zadawać tryliardy pytań, zapoznajcie się z regulaminem, dobzie? 
A żeby nie było tak nudno, to dodam kilka obrazków :D 
Przypominam, kliknij, by powiększyć ^^







Za ten obrazek wielkie podziękowania dla Spokoyoh <3 Wszystkie te heteliowo-szamańskie obrazki są nieziemskie, kochana! :D


Do zobaczenia w spisie :D

sobota, 26 stycznia 2013

30. Pianta Medicinale

 Witam ^^
Z początku chciałabym, póki jeszcze pamiętam powiedzieć...
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MEENE!! :D 
Tak, nasza kochana panna Montgomery ma dzisiaj urodzinki :D Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe, jak dodam też obrazek z nią...? 
A skoro jesteśmy już przy obrazkach, tym razem będą Ren i Horo. Mieli podobną liczbę głosów, więc uznałam, że tak będzie najlepiej ^^.
Nie przeciągając, notka długa. Dość sporo dialogów, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Dedyk dla Natishy i Kasumi.. One już wiedzą, dlaczego ;>

30. Pianta Medicinale


Słońce powoli zaczynało kierować się ku spoczynkowi, barwiąc niebo na wspaniały, różowobrzoskwiniowy kolor. Pojedyncze chmury przyozdabiały ten niesamowity widok dodając mu jeszcze pewnego rodzaju magii. Każdy chyba zakochałby się w tej niebiańskiej scenerii, dającej uczucie, iż jest się częścią niesamowitego świata, pełnego tajemnic i czarów. Zapewne niejedna osoba marzyłaby, aby polecieć w stronę tej ognistej kuli i żyć wśród tego malowniczego krajobrazu już zawsze. Tak, zachód słońca był, jest i będzie pięknym zjawiskiem pozwalającym oderwać się od rzeczywistości.
         Były jednak osoby, które nie dały się ponieść urokowi chwili i kierowały się w przeciwną stronę, na wschód. Wiatr rozwiewał ich włosy, gdy z ogromną prędkością przemierzały przestworza na grzbiecie wielkiego, czerwonego potwora.
- Dziękuję ci jeszcze raz, Duchu Ognia, że zgodziłeś się zabrać nas do Włoch – powiedział z wdzięcznością Yoh, pełniący tymczasowo rolę pilota.
- Nie ma sprawy – odpowiedział SoF (Spirit of Fire dla niezorientowanych) swoim przypominającym trzaskanie płomieni głosem. – Bardziej pomogę Hao w ten sposób, niż czuwając przy nim bezczynnie.
- Gdzie właściwie mamy znaleźć tę roślinę, o której mówił Faust? – spytał Manta, podchodząc ostrożnie do siedzącego przyjaciela.
- Z tego, co wiem, to jedynym miejscem, gdzie możemy ją znaleźć jest wyspa Capri, a konkretnie okolice drogi nazywanej Via Krupp.
         Niewysoki szaman spojrzał na towarzysza. Widział w jego oczach ogromny smutek, ale także determinację. Pianta medicinale była ich jedyną nadzieją. Dla Asakury nie istniało w tej chwili pytanie „A co, jeśli jej tam nie będzie?”. Musiała być. W tej chwili przed zupełnym zatraceniem się w rzeczywistości podtrzymywała go tylko nikła nadzieja na cud. Oyamada wolał nawet nie myśleć, co by się mogło stać, gdyby nie znaleźli rośliny lub też nie przybyli na czas.
- Yoh? – odezwał się w pewnej chwili.
- Tak? – odparł szatyn nieco nieobecnym głosem.
- Włochy są pod nami…
- Co?! Och, tak… Rzeczywiście – przyznał mu rację nieco zmieszany, a na jego twarzy na chwilkę pojawił się ten dobrze wszystkim znany zakłopotany uśmiech. – Duchu Ognia! Lądujemy!
        
♥♥♥

                   Obudził się nagle z płytkiego snu bez marzeń. To, co zobaczył, porządnie go zdziwiło. Nie wiadomo, jakim sposobem znalazł się wewnątrz czyjegoś domu. Spojrzał na swoją rękę, niedawno jeszcze krwawiącą dość obficie z zadanej nożem rany. Zaskoczony stwierdził, iż została ona ładnie opatrzona. Mimo wszystko jednak trucizna pozostawała w jego krwi. Można to było poznać choćby po nienaturalnie żółtawym kolorze skóry i lekkim zdrętwieniu palców.
         Uniósł się nieco, aby dokładniej obejrzeć pomieszczenie. Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Obok leżało jeszcze kilka tatami, pod ścianą stała niewielka komoda, a na parapecie stała doniczka z jakąś rośliną o dużych, ciemnozielonych liściach. Spoglądając przez okno, widać było tylko fragment nieba. W sumie nic dziwnego, gdy patrzy się z jego obecnej perspektywy. Chciał właśnie wstać, gdy usłyszał spokojny, melancholijny głos.
- Wybierasz się dokądś? – spytał Faust, stojąc w drzwiach ze swoją nieodłączną torbą lekarską.
- C-co? – zdziwił się Antonio. – Co ja tu robię? Więzicie mnie?! – dodał nieco ostrzejszym tonem. Nie miał zamiaru pokazywać, że zgadza się na obecny stan rzeczy.
- Nie więzimy, tylko przechowujemy – rozległ się młodzieńczy głos i po chwili obok nekromanty pojawił się Ren.
- Mistrz Yoh kazał się tobą zaopiekować, do czasu aż wróci z lekarstwem.
         Pessimo zaniemówił. Spojrzał tylko niezadowolony na przyjaciół Asakury. Chciał coś powiedzieć, jednak żadne inteligentne zdania nie przychodziły mu do głowy. W końcu o czymś sobie przypomniał.
- Co z moją drużyną? – spytał.
         Niemiec i Chińczyk tylko popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami. Faust widząc, że jego pacjent nie potrzebuje na razie opieki, powoli wyszedł z pomieszczenia. Ren nakazał Włochowi nigdzie się nie ruszać, po czym dołączył do towarzysza.
         Gdy odeszli, Antonio chciał z początku wstać z łóżka i wymknąć się. Jednak, gdy próbował się podnieść, spotkał się z ogromnym bólem nóg. „No jasne – trucizna.” - pomyślał i bezwładnie opadł z powrotem na poduszkę. Zastanowił się, co też stało się z innymi członkami drużyny „Euro”. Czemu nie chcieli się nim zająć? Dlaczego zostawili go samego i nie zareagowali, gdy Yoh zmuszał go do wydania nazwy trucizny? Znał odpowiedzi na te pytania. Mimo wszystko, nie chciał ich przyjąć do wiadomości.
         „Fernando… Wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi… To znaczy… Ja sam zapewne w razie niebezpieczeństwa byłbym gotów go zostawić. Ale po nim tego się nie spodziewałem. Sądziłem, że jednak trochę mu na naszej przyjaźni zależy… Björn… On zawsze był dla wszystkich oziębły i raczej z nikim się nie spoufalał. Nie myślałem jednak, że tak po prostu mnie zostawi. Po tym wszystkim, co przeżyliśmy szukając kryształów. A pozostali? Martin, Leonidas, Agnes… No nawet ta wariatka Helga! Myślałem, że są inni. Nikomu nie można ufać. Byli ze mną do czasu, aż przegraliśmy. A teraz odwrócili się plecami…”
         Czuł jak z każdą myślą jego przygnębienie rośnie, a on sam traci siły. Nie, nie ma sensu teraz o tym myśleć. Później się z nimi rozprawi. Później, to znaczy…
         W tym momencie zdał sobie sprawę, że jego „później” zależy w tej chwili już tylko od jednego, czternastoletniego szamana, który w tej chwili właśnie zbliżał się do pewnej wyspy na Morzu Tyrreńskim…

♥♥♥

- Witamy na Capri – powiedział Duch Ognia sadzając trójkę nastolatków na skalnym wybrzeżu.
- Jeszcze raz bardzo dziękujemy – odparł Yoh i zwrócił się w stronę bardzo stromego zbocza, na którym znajdowała się droga Via Krupp.
         To był niesamowity widok. Wbudowana niemalże w skalną ścianę ścieżka, obecnie oświetlona tylko blaskiem księżyca robiła ogromne wrażenie. Łączyła ona tzw. „mały port” Marina Piccola z ogrodami Augusta znajdującymi się około stu metrów wyżej. Wybrukowana dróżka wiła się serpentynowo przez dwa kilometry.
- Czeka nas długi spacerek – mruknął Yoh, po czym przeskoczył przez betonową barierkę by znaleźć się na uliczce. Chwilę potem dołączyli do niego Anna i Manta. Z początku szli dość szybkim marszem, pokonując w ciszy pierwszą połowę trasy. Niestety, mimo iż był środek nocy, temperatura jak na złość nie chciała zejść poniżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza. Z czasem tempo naszych przyjaciół zmalało. Na samą górę dotarli dopiero godzinę później. Zmęczeni ciepłem oraz brakiem jakiegokolwiek orzeźwiającego podmuchu usiedli na niewielkiej ławeczce. W tym momencie usłyszeli z oddali jak dzwon na jakimś kościele wybija godzinę czwartą nad ranem.
- Minęło już piętnaście godzin… - powiedział Yoh z nieobecnym wzrokiem.
         Manta i Anna popatrzyli po sobie. Mimo iż oboje byli ogromnie smutni z powodu ciężkiego stanu Hao, ich uczucia nie mogły równać się z bólem, którego doświadczał Asakura. Świadomość, że jego brat może umrzeć i to z jego winy, nie dawała mu spokoju.
- Chodźmy – powiedziała nagle blondynka, chcąc wyrwać ukochanego z nieprzyjemnych myśli. – Ogrody Augusta są już blisko.
         Szatyn posłusznie wstał, po czym cała trójka udała się w stronę wspaniale prezentującego się parku. Po jakimś czasie stanęli przed nieco wyblakłą tablicą informacyjną. Niestety, z powodu ciemności trudno było cokolwiek z niej odczytać.
- Nie macie przypadkiem latarki? – spytał Manta, jednak jego towarzysze tylko przecząco pokręcili głowami. Yoh nie miał zamiaru się poddawać. Brak latarki nie przeszkodzi mu w zdobyciu, bądź co bądź, ważnych informacji.
- Amidamaru, zbliż się – polecił swojemu duchowi. – Posłużysz nam za latarkę.
         Duch, niezbyt szczęśliwy z powodu zdegradowania jego roli do zwykłej lampy, z niezadowoloną miną podleciał nieco bliżej, rzucając światło na litery układające się w napis „Ogrody Augusta”. Słuchawkowy szaman zaczął czytać odruchowo przejeżdżając palcem po tekście.
- Ogrody Augusta… Historia… Cośtamcośtam… Flora… Blablabla… Ogrody słyną też z bardzo trującej rośliny o nazwie pianta velenosa… blabla… A także leczniczego kwiatu zwanego pianta medicinale! To tutaj! – ucieszył się chłopak, mając teraz pewność, że znaleźli się w odpowiednim miejscu.
- Jest też rysunek – powiedziała Anna, pokazując na obrazek przedstawiający kwiat o dużych jasnozielonych liściach i ciemnoróżowych płatkach.
- Rozdzielmy się i poszukajmy. Musi gdzieś być… - zaproponował Manta, co spotkało się z aprobatą pozostałych.
         Każdy ruszył w inną stronę. W ciemnościach zadanie nie było zbyt proste, zwłaszcza, że gęste korony drzew nie przepuszczały blasku księżyca. Z początku wypatrywali kwiatu idąc po wyznaczonych ścieżkach, jednak widząc, że nie daje to zbytniego efektu, przeszli na trawę przekraczając niewysoki „murek” z krzewów.
- Hmm…  Tu coś jest… - mruknął do siebie Asakura zaglądając pod jeden z krzaków. – Gdyby tylko nie było tu tak ciemno…
         W tym momencie, jak na zawołanie miejsce przed nim zostało oświetlone przez latarkę.
- O, teraz lep… - zaczął, po czym zamilkł sparaliżowany. Powoli odwrócił głowę, aby zobaczyć, co było źródłem światła.
- Stop! Che cosa stai cercando? – spytał wysoki mężczyzna w szarozielonym mundurze.
- Ja… Nie znam włoskiego… - Yoh nie wiedział za bardzo, co powiedzieć.
- Dość tego. Idziesz ze mną – rozkazał strażnik i chwytając szatyna za ramię, poprowadził go do niewielkiego budynku.
         Było to właściwie jedno pomieszczenie, którego główne wyposażenie stanowiły biurko, komputer, dwa krzesła oraz mnóstwo zdjęć przedstawiających miejsca w Ogrodach. Krótko mówiąc – biuro strażników parku.
- Ponawiam pytanie. Czego tu szukasz? – odezwał się mężczyzna, nakazując chłopakowi, by usiadł na krześle.
         Yoh uznał, że nie ma sensu wymyślać niestworzonych historii, które mogłyby wytłumaczyć jego pobyt w tym miejscu o tak nietypowej porze.
- Mój brat zatruł się sokiem z pianta velenosa… Przybyliśmy tu, aby odnaleźć pianta medicinale… Z tego, co wiem to jedyna odtrutka.
- Cóż, to prawda. Jednak muszę cię zmartwić. Pianta medicinale to roślina chroniona i nikt nie może jej zabrać.
- Ale tu chodzi o życie mojego brata! – powiedział Yoh, niemalże krzycząc.
- Przykro mi. Pomógłbym ci, gdybym mógł. Ba! Pewnie dałbym ci ten kwiat, nawet skoro jest chroniony… Wierz mi, moja młodsza siostra też kiedyś się zatruła. Znam doskonale twój ból.
- To dlaczego…? – zaczął nastolatek, ale strażnik znakiem ręki nakazał mi milczenie.
- Ponieważ pianta medicinale nie rośnie tu od jakichś trzech lat.
- Co…? – Asakura nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Jeszcze przed czterema laty, ciemnoróżowe kwiaty można było zobaczyć niemalże wszędzie. Nikt nie myślał wtedy o ich ochronie. Pamiętam nawet turystkę, która zabrała je w doniczce do domu. Jednak zaledwie rok później mieliśmy tutaj wypadek. Zamiast nawozu, ktoś rozpylił nad roślinami trutkę na chwasty, przez co ogród wyglądał przez kilka miesięcy jak pobojowisko. Udało nam się uratować część gatunków roślin, jednak pianta medicinale zniknęła na zawsze.
- To znaczy, że nigdzie już jej nie ma? – głos wielbiciela cheeseburgerów zadrżał.
- Pewnie jest. Ale tylko w doniczce u tej turystki sprzed czterech lat. Ale raczej nie wierzę, by udało jej się utrzymać swoje kwiaty w dobrym stanie przez ten czas. Naprawdę, ogromnie mi przykro, ale nie mogę pomóc.
         Szatyn nie mógł uwierzyć, w to co usłyszał. Przez chwilę wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą. W tym momencie, do budynku weszli Anna z Mantą, którzy widzieli jak Yoh jest prowadzony przez mężczyznę w mundurze.
- Co się stało? – spytał Manta, widząc w jakim stanie jest jego przyjaciel.
- Pianta medicinale wyginęła – powiedział beznamiętnie chłopak.
         To był cios także dla jego przyjaciół. Do tej pory wierzyli szczerze, że odnajdą odtrutkę, podadzą ją Hao i wszystko skończy się dobrze. A teraz… Cała ich nadzieja stracona. Oyamada chciał w jakiś sposób pocieszyć Asakurę, jednak gdy się do niego zbliżył, ten wstał i nic nie mówiąc wyszedł z pomieszczenia. Kyoyama wymieniła krótkie spojrzenie ze strażnikiem, po czym razem z niewysokim szamanem pobiegła za ukochanym.
         Kiedy ich oczy ponownie przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyli, że Asakura jest już przy Via Krupp i zaczyna dość szybkim krokiem iść z powrotem w kierunku brzegu. Podążyli za nim, jednak, mimo iż biegli, ciężko było im go dogonić. Gdy znaleźli się na ostatnim zakręcie, zdali sobie sprawę, że Yoh gdzieś zniknął. A przynajmniej tak się wydawało. Powoli wschodzące słońce oświetliło niewielką postać siedzącą na skale i patrzącą na uderzające o brzeg fale. Chłopak podkurczył nogi i oparł głowę o kolana. Gdy blondynka podeszła bliżej, usłyszała ciche łkanie.
- Yoh… - szepnęła siadając obok. Ukochany zwrócił w jej stronę zaszklone oczy.
- Anno… On może umrzeć… I to wszystko moja wina… Jak mogłem być tak głupi i zaufać jakiemuś duchowi zamiast własnemu bratu? – Z jego oczu popłynęło kilka łez. Kyoyama pocałowała go delikatnie w czoło, po czym pozwoliła, by szatyn się do niej przytulił.  Siedzieli tak przez dość czas, aż w końcu oboje zmorzył sen.
Gdy się obudzili, słońce zdążyło już zupełnie wstać nad horyzont. Kilkadziesiąt metrów od brzegu przepłynął pierwszy statek wycieczkowy.  
- Która godzina? – spytał w końcu Asakura unosząc nieco głowę.
- Jest dziewiąta – odpowiedział mu Manta, który nie do końca wiadomo kiedy przysiadł obok i pracował zawzięcie na swoim laptopie. Po jego podkrążonych oczach można było wywnioskować, że wcale nie spał.
- Czego tam szukasz? – zainteresował się szatyn, patrząc na przeglądającego jakąś długą listę przyjaciela.
- Mam tu listę urlopów pracowników Instytutu Botaniki i Zoologii sprzed czterech lat.
         Słuchawkowy nie wiedział zbytnio, po co Oyamadzie takie informacje. Widząc niezrozumienie na twarzy przyjaciela, niewysoki szaman wyjaśnił:
- Kiedy spaliście, wróciłem na górę i wypytałem strażnika dokładniej o tą osobę, która wzięła pianta medicinale do siebie. Powiedział mi, że była to chyba kobieta z jakiegoś instytutu botaniki w Nowej Zelandii. No i przeszukałem listę osób, które wzięły urlop w tamtym czasie. Znalazłem dwie kobiety, które mogłyby być szukanymi przez nas właścicielkami prawdopodobnie ostatniego kwiatu.
- Skąd miałeś taką listę? – zdziwił się Yoh, na co Manta jakby nieco się speszył.
- Ma się swoje sposoby – powiedział cicho.
- Jesteś niesamowity… Wiesz, gdzie te kobiety mieszkają? – spytał słuchawkowy, ożywiając się. Jego przyjaciel potwierdził skinieniem głowy.
- W takim razie… Duchu Ognia! – zawołał szaman i przed nimi wyrósł wielki czerwony potwór. – Jak najszybciej zabierz nas na Nową Zelandię!

♥♥♥

         Tego samego ranka, w niewielkiej miejscowości na Zachodniej Pustyni, cała nasza gromadka, z wyjątkiem Hao i Fausta siedziała przy stoliku przed restauracją Karima i kończyła drugie śniadanie. Dziewczęta jak zwykle plotkowały o wszystkim i o niczym, jednak dało się wyczuć w ich głosach, że coś jest nie tak. Chłopcy natomiast jedli w ciszy, myślami będąc razem z Yoh, Anną i Mantą na Capri. Zastanawiali się, co teraz mogą robić ich przyjaciele i czy odnaleźli leczniczą roślinę.
         Ren dopijał akurat czwartą szklankę mleka (jego foch skończył się tak szybko jak się zaczął :D), gdy z zamyślenia wyrwał go głos siostry.
- Patrzcie, jakie ciacho! – zawołała do przyjaciółek pokazując stojącego w cieniu po drugiej stronie ulicy chłopaka w ciemnozielonym płaszczu z kapturem. Obok niego, tyłem do naszej gromadki stała jeszcze jedna zakapturzona postać.
- Zaklepuję! – krzyknęła Pirika, z uwielbieniem wpatrując się w tajemniczego młodzieńca.
- Ej! Nie ma tak! Pierwsza go zobaczyłam! – oburzyła się Chinka, na co jej brat przejechał dłonią po twarzy.
- Spokojnie, obok jest jeszcze jeden – powiedziała nieśmiało Tamao. Czuła się nieco dziwnie w takim towarzystwie. Zdecydowanie nie należała do dziewcząt myślących tylko o chłopakach i modzie.
- Mój! – krzyknęła nieco za głośno panna Tao.
         Zaraz potem niebiesko- i zielonowłosa wstały i ruszyły w stronę swoich nowych obiektów westchnień. Gdy od chłopaka dzieliły ich już tylko cztery metry, druga, dotąd stojąca tyłem osoba, odwróciła się. Nie wyobrażacie sobie, jaki był zawód Jun, gdy owa osoba okazała się być… dziewczyną. A konkretnie średniego wzrostu szatynką o włosach niemalże identycznych jak u Hao oraz dużych, ciemnozielonych oczach.
-  Yyy… Cześć… - zaczęła niepewnie Tao. – Yyy… Jestem Jun, a to moja przyjaciółka Pirika…
- Cześć – uśmiechnęła się nowa znajoma. – Ja jestem Anabelle, a to mój duch stróż, Gilan.
- D-duch? – wyszeptała panna Usui, po czym wybuchnęła płaczem. – Nieee… Życie jest niesprawiedliwe…
         Anabelle spojrzała na niebieskowłosą pytająco, jednak nie otrzymując żadnej odpowiedzi zwróciła się do Jun:
- Wy jesteście przyjaciółkami Hao Asakury, prawda? Oglądałam wczorajszą walkę… To było naprawdę okrutne. Cieszę się, że tamci szamani pozbyli się tego blondyna. Sama bym do nich dołączyła, ale siedziałam po drugiej stronie stadionu…
- Tak, jesteśmy… Jak chcesz, dołącz do nas. Będzie nam bardzo miło – zielonowłosa wskazała na stolik, gdzie było jeszcze kilka wolnych siedzeń.
- Chętnie – uśmiechnęła się szatynka. – Tylko, że ja jestem tutaj z przyjaciółkami z drużyny… - wskazała na wychodzące ze sklepu nastolatki. Pierwsza z nich była dość wysoka i miała długie, ciemne włosy z prostą grzywką, Druga natomiast, nieco niższa była blondynką o dużych, niebieskich oczach.
- Zabierz je ze sobą. Miejsca nie braknie – powiedziała Pirika, której już zakończył się chwilowy kryzys.
- W takim razie, przedstawiam Cassandrę i Natalie.
         Dziewczęta, nie do końca wiedząc, o co chodzi, tylko uśmiechnęły się i pomachały łapkami. Zaraz potem cała piątka usiadła z powrotem przy stoliku. Po krótkiej prezentacji, Anabelle zapytała:
- Co tak właściwie stało się z Hao? Widziałam jak ten… nie powiem kto dźgnął go nożem…
- W tej chwili jest nieprzytomny – odpowiedział Ren. - Na tym nożu była trucizna. Jego brat, Yoh poleciał do Włoch po odtrutkę.
- Trucizna? – zainteresowała się Cassandra. – Można wiedzieć, jaka? Interesuję się trochę alchemią.
- Zaraz… Jak to mówił Faust…? – spytał Horo, który miał drobne problemy z zapamiętywaniem długich nazw.
- Pianta velenosa – pomógł mu Lyserg, który jak dotąd wcale się nie odzywał.
- Właśnie. Pianta gile z nosa – powtórzył niezbyt dokładnie Usui, przez co oberwał w tył głowy od fioletowowłosego (ciekawe czemu, nie?).
         Cassandra zaśmiała się, po czym zamyśliła na moment.
- Znam tą roślinę. Odtrutką na nią jest pianta medicinale, prawda?
- Tak. Tylko, że rośnie ona tylko i wyłącznie we Włoszech – mruknął niezadowolony Ryu.
         Na te słowa Brunetka wymieniła z Anabelle porozumiewawcze spojrzenie.

♥♥♥

         Minęły kolejne godziny. Mimo, iż Duch Ognia starał się jak mógł, podróż na wyspę zajęła im ponad sześć godzin. Licząc ze zmianą czasu, była teraz druga w nocy. Kiepska pora na odwiedziny, nie? Jednak nie mieli czasu, aby czekać do rana. Zostało im już tylko około dwudziestu godzin, a liczyć trzeba jeszcze powrót do Patch… Nie do końca pewni, zadzwonili do drzwi niezbyt dużego domu.
         Z początku nikt nie otwierał. Czekali ponad dziesięć minut. Mieli właśnie odwrócić się i pójść, gdy w drzwiach stanęła zaspana kobieta. Widać było po niej, że ubierała się na szybko. Jej brązowe włosy były w dość fatalnym stanie, a bluzka założona tył na przód.
- Czego chcecie!? Nie widać, która godzina? – ofuknęła nowo przybyłych. Widząc jednak nietypowy smutek w oczach całej trójki, nieco złagodniała. – Co się dzieje?
- Przepraszamy, że niepokoimy o takiej godzinie, ale to sprawa życia i śmierci. Czy jest pani pracownicą Instytutu Botaniki i Zoologii?
         Kobieta, nieco zaskoczona pytaniem z początku nie odpowiedziała. Po chwili jednak zreflektowała się.
- Tak, owszem. Ale nie stójmy w progu. Wejdźcie – powiedziała, otwierając szerzej drzwi i wpuszczając trójkę szamanów do środka.
- Mamy do pani pytanie. Czy była pani może na wycieczce we Włoszech cztery lata temu?
         Coraz bardziej zdziwiona Nowozelandka przytaknęła tylko głową.
- A czy wzięła pani może roślinę pianta medicinale do domu z Ogrodów Augusta z Capri?? – zapytał Yoh z wielką nadzieją w oczach.
- Owszem, wzięłam… Nie wiem jednak, po co wam takie informacje...
- Chodzi o mojego brata. Został otruty podczas walki, a pianta medicinale jest jedyną odtrutką. Czy jest szansa, abyśmy dostali tę roślinę…? Możemy zapłacić.
- Nie będziecie za nic płacić. Dlatego, że nie mam przy sobie tej rośliny, a nawet gdybym miała to i tak nie wzięłabym od was pieniędzy.
- Nie ma pani? – spytała Anna, gdyż jej narzeczony nie był w stanie nic rzec. Jego ledwo co odbudowana nadzieja, znów legła w gruzach.
- Oddałam ją córce, gdy wyjeżdżała. Nie wiem niestety, czy ten kwiat może przetrwać podróż – odrzekła kobieta smutno. Naprawdę było jej szkoda tego chłopaka. Nic jednak nie mogła zrobić.
         Szamani nie prosili już o nic więcej. Przeprosili za nachodzenie w nocy i wyszli, pożegnani przez profesorkę. Yoh niemal od razu przywołał Ducha Ognia.
- Co teraz? – spytał Manta wdrapując się na „grzbiet” czerwonego potwora. – Szukamy tej dziewczyny?
- Nie, Manta. Już nie ma szans, aby ją znaleźć. Wracamy do Patch. Ja… Chcę być przy nim, kiedy… - nie dokończył. Nie mógł, bo w jego oczach natychmiast pojawiły się łzy. I już nikt nie potrafił go pocieszyć.
         Stróż Hao, nie czekając nawet na komendę, wzniósł się w powietrze, kierując w stronę Ameryki Południowej.
         Tymczasem, kobieta obserwowała to zdarzenie z okna sypialni.
- Biedni młodzi szamani… - powiedziała pani profesor obserwując wzbijającego się w powietrze DO. Stojący obok niej duch młodego rycerza nic nie odpowiedział.

I to na tyle :D
Zapraszam na spamik ^^
Szkoda tylko, że Cebin a nie John... Obrazek od http://marcomaxwell.deviantart.com/ 



I teraz to już wszystko. Jeśli chodzi o przyszłą notkę, będę wredna..
a) Yoh
b) Hao
Pozdrawiam :*