Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ren. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2014

Horo sam w domu - świąteczny oneshot (gościnnie z Ginny Kurogane)

Yohao: Witam wszystkich w tym wyjątkowym, świątecznym dniu. Jak już wspominałam wcześniej na swoim blogu o X-laws, przynoszę dzisiaj świąteczny dodatek specjalny w postaci opowiadania. Jest tu dzisiaj ze mną również Ginny, która zgodziła się napisać to opowiadanie wraz ze mną.
Ginny: "Witam wszystkich cieplutko" *uśmiecha się szeroko*
Yohao: Pomysł na to opowiadanie pojawił się w mojej głowie już właściwie w zeszłym roku i niektórym zdążyłam do tej pory go zdradzić. Przyznam jednak szczerze, że wyszło zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Ale to chyba dobrze. Całe szczęście, że była ze mną Ginny, bo bez jej motywacji byłabym zapewne wciąż na poziomie pierwszego akapitu  :D
Ginny: O tak, prawdopodobobnie by tak było... Wracając do one -shota, jak sam tytuł wskazuje, Horo Horo zostaje sam w domu. Straszne, nie? Niestety, razem z Yohao postanowiłyśmy uprzykrzyć jeszcze bardziej życie szamanowi z Hokkaido... W jaki sposób? Tego już dowiecie się czytając naszego one-shota!
Yohao: Znając mnie, bez pewnych mundurowych bohaterów obejść by się nie mogło... Ale dość już o opowiadaniu. Zanim jednak zaczniecie czytać, chciałabym złożyć wszystkim serdeczne życzenia: wesołych, radosnych, szamańskich Świąt, mnóstwa prezentów pod choinką, wspaniałego Sylwestra i - co najważniejsze - dużo mandarynek!"
Ginny: W sumie, ja też nie mam nic do dodania... Tak więc, życzę wszystkim wesołych, radosnych i niezapomnianych Świąt Bożego Narodzenia, mnóstwa prezentów, wielkich worków pełnych mandarynek i szampańskiego Sylwestra."
Yohao: Ach, i jeszcze jedno. To miała być komedia, więc... nie bierzcie tego zbytnio na poważnie xD


***
Horo sam w domu

Chociaż w Japonii też spędza się święta, nie da się tam poczuć tej wyjątkowej atmosfery, która towarzyszy Bożemu Narodzeniu w krajach chrześcijańskich. Nawet jeśli wiele rodzin odchodzi od tradycji, a wszystko ulega komercjalizacji, nadal pozostają tacy, którzy pielęgnują prawdziwą istotę Gwiazdki. 
                Dom przy Davidson Street, pomimo gęstego śniegu, już z daleka widać było dzięki starannie dobranym dekoracjom świątecznym. Wokół dachu obwieszone były kolorowe lampki, a z balkonu machał do wszystkich kopytkiem uśmiechnięty szeroko renifer. Na drzwiach wisiał uroczyście wieniec z ostrokrzewu, ozdobiony czerwoną wstążką. Dwa niewysokie świerki rosnące w ogrodzie obwieszone były małymi dzwoneczkami, które odzywały się cicho, poruszane przez zimowy wiatr.
                Dwaj ciemnowłosi bracia idący na czele dość sporej grupy nastolatków weszli na ganek, a jeden z nich wcisnął dzwonek do drzwi. Chłopcy uśmiechnęli się do siebie, słysząc ze środka melodyjkę „We wish you a merry Christmas”. Zaledwie moment później w drzwiach pojawiła się młoda blondynka w fartuszku w aniołki i mikołajowej czapce, trzymająca kuchennymi rękawicami tacę z gorącymi piernikami.
- Jesteście wreszcie! – zawołała Meene z radością. – Już się baliśmy, że zatrzymała was śnieżyca! Zerwało nawet linie telefoniczne, więc nie moglibyśmy się z wami skontaktować…
- Nigdy nie przegapilibyśmy świąt w waszym towarzystwie. – Na przód gromadki wysunął się Ryu, kłaniając się nisko pani domu.
                Tymczasem w korytarzu za nią pojawiły się kolejne znane postaci. John, w swetrze w renifery, stanął za swoją żoną, odbierając od niej tacę z ciastkami, by ta mogła przywitać się z gośćmi. Zaledwie moment później po schodach zbiegł do nich także Lyserg, niosący na rękach dwuletniego synka gospodarzy.
- Wesołych świąt! – zdążył tylko zawołać i odłożyć małego chłopca na ziemię, zanim Ryu zamknął go w niedźwiedzim uścisku.
                Powitania trwały długo, jednak Yoh ciągle miał wrażenie, że czegoś brakuje. Perspektywa spędzenia Bożego Narodzenia w gronie przyjaciół była wspaniała, a atmosfera w domu Johna i Meene miała w sobie jakąś magię, lecz nadal coś było nie tak. Mogło co prawda chodzić o duchy stróże, które z okazji świąt postanowiły urządzić obchody we własnym gronie i tymczasowo opuściły swoich szamanów. Ale przecież Amidamaru i pozostali pożegnali się z nimi jeszcze poprzedniego dnia… Pozostał z nimi tylko Duch Ognia, jednak on grzecznie unosił się obok Hao.
                Yoh spojrzał na brata, rozmawiającego o czymś z Anną i Mantą, potem na Ryu nagabującego biednego Lyserga, aż w końcu na dyskutujących o czymś Johna z Faustem i Rena wyżywającego się na Choco za nieśmieszny żart o reniferach. I wtedy zrozumiał. Ktoś pozostał w domu, w Japonii. I to całkiem sam.

***

Trochę wcześniej tego dnia       
Z głośnym westchnieniem ulgi wyszedł z łazienki, od razu uprzedzając wszystkich, żeby dla własnego dobra nie próbowali wchodzić do środka.
- Połączenie Kurisumasu Keeki i cheeseburgerów to jednak nienajlepszy pomysł… - dodał, dziwiąc się trochę, kiedy nie usłyszał od nikogo wyrzutów za zajmowanie toalety przez dwie godziny.
                W ogóle, w domu było jakoś dziwnie cicho. Z sypialni nie słychać było brazylijskich telenoweli Anny, nikt nie krzątał się w kuchni ani nie krzyczał na Choco za nieśmieszne żarty. Zupełnie jakby…
- Hej, jest tu kto? – spytał niebieskowłosy, rozglądając się po tokijskiej posiadłości przyjaciół. Odpowiedziała mu tylko cisza.
                Nawet duch staruszka mieszkający w muszli klozetowej się nie odzywał, choć to akurat mógł być skutek długiego „posiedzenia” Horo Horo.
- No bez jaj, zostawili mnie! – zawołał, wyrzucając ręce w górę w teatralnym geście.
                Przez chwilę pozostawał bez ruchu, zastanawiając się, co zrobić. W końcu jednak wzruszył ramionami i udał się do kuchni, gdzie znajdował się telefon. Wygrzebał w notatniku numer do Johna i Meene i zadzwonił. Niemal od razu w słuchawce odezwał się damski głos:
„Abonent czasowo niedostępny, proszę zadzwonić później.”
                Niezadowolony, odrzucił słuchawkę i spojrzał za okno. Spadające z nieba płatki śniegu w niczym nie przypominały mu rodzinnych stron, gdzie coś, co w Tokio nazwaliby zamiecią, w jego wiosce było tylko lekkim prószeniem.
                Odezwał się za to jego brzuch, wyraźnie domagając się pożywienia. Horo skierował się więc do lodówki, w poszukiwaniu ulubionego wielorybiego tłuszczu.  

***

Tymczasem w gęstych krzakach rosnących nieopodal posiadłości Asakurów, kryło się trzech mężczyzn. Jeden z nich był błękitnookim blondynem, noszącym odrobinę za duże okulary, przez co wiecznie musiał je poprawiać. Był szamanem, lecz z pewnością nie należał do grona przyjaciół bliźniaków Asakura. Wręcz przeciwnie, życzył im – a w szczególności starszemu – śmierci. Co gorsza, sam starał się do niej doprowadzić. A robił to na wiele sposobów. Niestety, ilekroć chciał pozbawić „klony” życia, tylekroć ponosił sromotną porażkę. Aczkolwiek nie poddawał się, wciąż mając wielką nadzieję, iż kiedyś dopnie swego.
I właśnie dzisiaj, w Wigilię, on, wielki przywódca X-laws Marco Lasso, miał tego dokonać. Zabić Hao Asakurę, demona w ciele nastoletniego chłopaka! Tutaj mogłoby zrodzić się następujące pytanie: co zrobi z jego bliźniakiem, Yoh oraz resztą ich przyjaciół? No cóż, chciał ich oszczędzić, ale tylko pod warunkiem, że nie będą próbować ochraniać Hao. A biorąc pod uwagę fakt, iż to „zło wcielone” bardzo wiele znaczy zarówno dla Yoh jak i jego przyjaciół, to raczej bez krwawej walki się nie obejdzie...
- Marco? – Z rozmyślań wyrwał go głos jednego z jego towarzyszy, Chrisa Venstara. Był to wysoki, ciemnoskóry mężczyzna o słusznej budowie ciała. Pochodził z USA.
- Ta? – wycedził przez zęby, nawet nie zaszczycając Amerykanina spojrzeniem.
- Nie, żeby coś... Ale czy oni nigdzie nie wyjechali? Patrz, w domu nie pali się żadne światło... – wyjąkał żołnierz z trudem.
Marco zgrzytnął zębami. Szczerze? Chciał udusić Venstara. Dlaczego w jego pustej łepetynie musiała zagościć taka myśl? To niemożliwe, że wyjechali! Hao Asakura na pewno jest w domu i śpi sobie smacznie, nie wiedząc, że za parę minut straci życie.
- Nie pali się światło, bo wszyscy śpią, skończony kretynie. – warknął w odpowiedzi.
- Aha. – mruknął Amerykanin. – Hej, nie jestem „kretynem”, a przynajmniej nie „skończonym” – burknął urażony, gdy tylko dotarł do niego sens słów blondyna. Po chwili nadął policzki oraz skrzyżował ręce na piersi, co znaczyło mniej więcej tyle: „Mam focha i to wcale nie 5-minutowego”.
Przywódca X-laws nie wytrzymał. Przejechał ręką po twarzy w geście kompletnego, życiowego załamania. Za jakie grzechy musiał współpracować z tym debilem?
- Nie wyczuwam żadnych duchów. – stwierdził kucający obok Venstara Larch Dirac, drugi z X‑lawsowskich idiotów.
Na czole Marco pojawiła się pulsująca żyłka. Przecież przed przybyciem na posesję Asakurów, tłumaczył im, że duchy-stróże ich wrogów zniknęły na doroczne świętowanie dzień wcześniej, tak samo jak ich Arcyduchy. Jak mogli o tym zapomnieć w ciągu zaledwie dwóch godzin? Najwyraźniej ich mózgi były o wiele mniej pojemne niż sądził...
- Poleciały na Hawaje. – odpowiedział, mając cichą nadzieję, że Larch wyłapie sarkazm. Niestety, grubo się pomylił, gdyż po chwili z ust mężczyzny padło krótkie pytanie „Samolotem?”.
- Nie, na jednorożcach.
- Naprawdę?
- Chodźmy już. – warknął blondyn, chcąc jak najszybciej zakończyć tę – według niego – żenującą konwersację.

***

Stanęli przed drzwiami. Marco dość szybko rozpracował zamek, przy czym przeszkodę oświetlał latarką Larch. „Chociaż tego nie spaprał” – pomyślał okularnik, przekraczając próg domostwa Asakurów jako pierwszy. Za niczym, niczym cienie, weszli jego towarzysze. Nagle, ni stąd ni zowąd, usłyszeli czyjeś kroki. Dochodziły one z głębi domu i, ku przerażeniu Diraca oraz Venstara, zbliżały się. Ktoś ewidentnie szedł w ich stronę. „To na pewno Hao!” – krzyknął w myślach podekscytowany Marco. Instynktownie zacisnął palce na rękojeściach Świętych Nożyc Sprawiedliwości. Było to narzędzie, którym obcina się żywopłot, lecz Lasso przerobił je na broń mającą odebrać starszemu Asakurze życie. Oczywiście, nadał mu oryginalny wygląd. Jego rękojeści pomalował na biało i doczepił do nich czerwone bombki. Na jednym z ostrzy wygrawerował wielki znak „X”.
O tak, niemal widział jak po jednym ciachnięciu nożyc, głowa tego demona upada na podłogę. Uśmiechnął się, niczym szaleniec, na myśl o szeroko otwartych, brązowych oczach, w których będzie mógł dostrzec jedynie bezgraniczny szok. Aczkolwiek to nic w porównaniu z tym, co go spotka po zabiciu Hao Asakury.
Tymczasem na korytarzu zapaliło się światło. I tutaj Marco spotkał ogromny zawód, ponieważ w ich stronę wcale nie szedł władca płomieni, tylko jeden z jego przyjaciół. Jak on się nazywał? Chyba Boro Boro...
Lasso zamrugał zaskoczony, jednakże po chwili zdał sobie sprawę ze swojego pecha. A tak bardzo chciał sprawić panience Jeanne radość na święta! Co z tego, że przy okazji niewinny szaman straciłby życie? Marco o to nie dbał. Dla niego liczyły się dwie sprawy: wywołać u ich wspaniałej przywódczyni szeroki uśmiech i zemścić się na Hao za wszystko, co go spotkało z jego strony. Niestety, jak zawsze, złośliwy los pokrzyżował mu plany.
„O nie, przyniosę jej głowę Asakury na tacy! I nikt mnie przed tym nie powstrzyma, a już z pewnością nie ten cały Boro Boro!” – krzyknął w myślach.
- Jeśli będę musiał, zabiję również tego szamana! – krzyknął na głos, co sprawiło, że Larch oraz Chris podskoczyli ze strachu. Z kolei, chłopak, mylnie nazwany przez Lasso „Boro Boro”, ani drgnął. Po prostu stał w miejscu, patrząc na trzech nieproszonych gości z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Dopiero kilka minut później odwrócił się na pięcie i poszedł w sobie tylko znaną stronę, mrucząc coś o wielorybim tłuszczu.
Członkowie X-laws, wykorzystując okazję, postanowili ukryć się w łazience. Kto wie czy ten niebieskowłosy zaraz nie wróci w towarzystwie Hao, który bez problemu skopałby im tyłki?  Niestety, trójka rycerzy sprawiedliwości po otworzeniu drzwi prowadzących do łazienki, szybko zrozumiała, że właśnie popełnili największy błąd w swoim życiu. Aczkolwiek, cóż oni mogli poradzić? Musieli się gdzieś ukryć... A to, że musieli to zrobić akurat w pomieszczeniu, spowitym żółto-zielono-brązową mgłą, śmierdzącą zgniłymi jajami oraz kiszoną kapustą... No cóż, był to zwykły wypadek przy pracy.
O ile Marco i Venstar wytrzymali okropny odór, o tyle Larch minutę po wejściu do „komory śmierci” nie wytrzymał i zemdlał. Dwójka, która pozostała przy świadomości, już miała wrażenie, że straciła towarzysza na zawsze, gdy ten nagle zaczął się cały trząść. „To pewnie tylko drgawki pośmiertne”, stwierdził w myślach Chris, obserwując jak ciałem Diraca wstrząsają konwulsje.
                Z kolei, Lasso nie był zainteresowany, co się dzieje z Larchem, ponieważ całą swoją uwagę poświęcił nasłuchiwaniu. Szczerze? Miał wielką nadzieję, że Boro Boro nie wróci, gdyż zależało mu na jak najszybszym opuszczeniu zagazowanego pomieszczenia. „Kto tu załatwiał swoją potrzebę? Człowiek czy jakieś wielkie zwierzę?!” – pomyślał, gdy poczuł, iż niedługo on również straci świadomość.
Nagle ponownie usłyszał kroki. Przeklął szpetnie. Czemu jego własne życie tak go nienawidzi? Jednakże złość mu przeszła, kiedy na korytarzu zapanowała martwa cisza. „Co jest?” – spytał sam siebie, mocniej przyciskając ucho do drewnianej powierzchni obok klamki.
- Eh, pewnie dopadły mnie omamy przez niedobór wielorybiego tłuszczyku, bo to przecież niemożliwe, żeby po domu grasowali X-laws. Hej, chwila! Wiem, gdzie go schowałem! – usłyszał minutę później głos chłopaka.
Chwilę potem do uszu Marco po raz trzeci dobiegły kroki, które zniknęły po upływie paru sekund. Lasso wrzasnął w myślach „Wreszcie!” i szybkim ruchem otworzył drzwi. Zaczął łapczywie nabierać powietrza do płuc. Chris, który wybiegł z łazienki zaraz za nim, robił dokładnie to samo. Obydwoje nie zwracali uwagi na to, iż zachowują się niczym wyrzucone na brzeg ryby. Liczyło się dla nich jedno: odzyskanie oddechu. Szkoda tylko, że Larch nie miał takiej możliwości...
- Zabiję go! – warknął blondyn, gdy już wypełnił swoje płuca świeżym powietrzem.
- Nie chciałeś przypadkiem zabić Hao Asakury? – spytał „inteligentnie” Venstar.
-  A widzisz go gdzieś tutaj?! – krzyknął w odpowiedzi blondyn z pulsującą żyłką na czole.
Chris pokręcił przecząco głową. Marco tylko wywrócił oczami, poprawiając okulary, które w łazience zaparowały na lekko żółty kolor. „O bogowie, za jakie grzechy mnie tak karzecie?”, pomyślał zrozpaczony, wbijając wzrok w sufit. Niestety, nikt nie udzielił mu odpowiedzi.

***

Weszli powoli na piętro. Na szczęście, droga była czysta. Tak im się przynajmniej wydawało... Podeszli niemalże na paluszkach do pierwszych, lepszych drzwi. Marco bez namysłu je otworzył. Światło w pokoju, który znajdował się za nimi, było zapalone. Blondyn zlustrował pomieszczenie wzrokiem. Niemal od razu w oczy rzuciła mu się gęsta, niebieska czupryna. Jej właściciel gorączkowo czegoś szukał w, stojącej obok okna, szafie. Chris, wiedząc, iż jego szef chce zamordować chłopaka, postanowił go w tym wyręczyć. Zaczął iść w stronę szamana, gdy nagle stracił widoczność. Sprawcą nagłego oślepnięcia Venstara była czyjaś koszulka. Aczkolwiek, na tym jego cierpienie się nie skończyło. Nie minęła sekunda, a na głowie mężczyzny wylądowało coś ciężkiego. Chris, zamroczony bliskim spotkaniem z nieokreślonym przedmiotem latającym, który do lekkich nie należał, nieświadomie zrobił kilka kroków do tyłu. Tym samym wpadając na Marco i przewracając go...
- Zejdź ze mnie, ty nic niewarta kupo mięsa! – krzyknął zirytowany blondyn, czując na sobie wcale niemały ciężar Amerykanina.
Niestety, Venstar nie spełnił jego prośby, ponieważ był nieprzytomny, czego Lasso jeszcze nie wiedział. Okularnik przeklął, gdy zrozumiał, że podczas upadku upuścił nożyce. Z trudem zepchnął z siebie Chrisa i usiadł na podłodze, po raz kolejny łapiąc łapczywie powietrze do ust. Popatrzył w stronę szafy. Niestety, nie zobaczył przy niej Boro Boro...
- Musiał zejść na dół – mruknął, sięgając po „broń”.
Szczerze? Miał już serdecznie dość tej chorej sytuacji! Ale nie mógł się tak łatwo poddać. Nie, nie ze względu na zemstę na Hao... Marco w ciągu tych kilkunastu minut zdążył obrać sobie nowy cel: zabicie niebieskowłosego. Przez tego idiotę musiał schować się w łazience, w której śmierdziało gorzej niż w oborniku. Nie mówiąc już o tym, że skrzywdził jego „pomocników”. Co z tego, iż zrobił to nieświadomie? I tak musiał za to zapłacić!
Z tą myślą Marco zerwał się na równe nogi, po czym, nie zaszczycając nieprzytomnego Chrisa ani jednym spojrzeniem, podbiegł do schodów. O mały włos z nich nie spadł. Na szczęście, w porę odzyskał równowagę i odległość dzielącą go od parteru pokonał bez większego uszczerbku na zdrowiu. Przynajmniej fizycznym, bo na głowę to on był już chory od dawna. Aczkolwiek nie przyznawał się do tego ani publicznie, ani sam przed sobą...
Na parterze usłyszał głośne, choć urywane jęki. „Najwyraźniej Larch powoli wraca do żywych” – przemknęło mu przez myśl.
Nagle z głębi domu do jego uszu dotarł dźwięk tłuczącego się szkła. Szatański uśmieszek zagościł na twarzy przywódcy X-laws, ponieważ doskonale wiedział, kto narobił niepotrzebnego hałasu. Pod wpływem chwili, po raz pierwszy odkąd wszedł do domostwa Asakurów, użył Świętych Nożyc Sprawiedliwości. Na szczęście, ich ofiarą padło jedynie powietrze, gdyż jedynym, co chciał zrobić w tym momencie, było sprawdzenie, czy zawiasy się nie zacinają.
Z nieschodzącym uśmiechem zaczął iść w stronę, z której dobiegł hałas. Kilka minut później stał w czymś rodzaju schowka. Taki wniosek wyciągnął, kiedy zobaczył wyposażenie pomieszczenia; znajdowały się w nim detergenty oraz narzędzia do walki z brudem, takie jak mopy, kilka szmatek czy miotły.
Na środku niewielkiego pokoiku zobaczył różową kałużę. Leżała w niej zakrętka, a wokół plamy rozsypane były różnej wielkości szkła. Najwyraźniej Boro Boro musiał rozbić słoik z jakimś detergentem. Samego chłopaka w schowku już jednak nie było. Niespodziewanie do uszu Marco dotarł ten sam dźwięk, co kilka minut wcześniej.
***
Po nieudanych poszukiwaniach w schowku, Horo postanowił udać się do salonu. Przypomniał sobie, że widział kiedyś Annę niosącą kilka puszek wielorybiego tłuszczu gdzieś w tamtym kierunku. Kojarzył nawet skrzypienie parkietu, więc przypuszczał, że gdzieś w podłodze może być ukryty schowek.
Potrzebował tego tłuszczu coraz bardziej, bo czuł, że zaczyna mieć omamy. Widzieć X-laws w Wigilię w domu swoich przyjaciół? Nie, to głupie. Zbyt głupie, żeby było prawdziwe. Zwłaszcza, że X-laws nigdy nie byliby takimi idiotami, by rzucać się na wielkiego, groźnego Hao Asakurę z sekatorem… Prawda?
Zaczął od poszukiwań w miejscu, gdzie najłatwiej było odsunąć dywan. Sam zdziwił się, i to bardzo, kiedy rzeczywiście natrafił na klapę w podłodze. Cóż, głupi ma zawsze szczęście.
Albo i niekoniecznie. Kiedy otworzył schowek, znalazł w środku tylko kolejną porcję środków czyszczących i jakiś smar w szklanym słoiku. Zdenerwowany, wyrzucił go za siebie, słysząc tylko odgłos stłuczonego szkła.
Schowek okazał się głębszy niż mu się wydawało początkowo. Aby sięgnąć dna, musiał mocno się pochylić. Skupiony na swoim zadaniu, z szumem w uszach od braku ukochanego jedzenia, nie usłyszał nawet, jak pewien wysoki blondyn zaciekle walczy z grawitacją.

***

Marco wybiegł ze schowka, zupełnie zapominając o różowej plamie. Stanął prosto w nią, przez co jeden z jego butów pokrył się śliską substancją. W pewnym momencie stracił równowagę i, chcąc za wszelką cenę utrzymać się na nogach, zaczął machać rękami niczym zepsuty wiatrak, przy okazji upuszczając nożyce. Niestety, biedak nie wiedział, że to tylko początek jego bliskiego spotkania z panią choinką.
Wciąż walcząc o utrzymanie się na nogach, wpadł, a właściwie wjechał na śliskich butach do salonu. Stała tam żywa choinka obwieszona różnymi ozdobami: bombkami, kolorowymi łańcuchami, koralikami, gwiazdkami i lampkami. Gdzieniegdzie wisiały też papierowe aniołki, mikołaje i płatki śniegu zrobione przez Pirikę oraz Tamao. Na czubku świątecznego drzewa dumnie sterczała pięcioramienna gwiazda. Niestety, Marco nie zauważył choinki. Dlaczego? Cóż, nadal zaciekle walczył o utrzymanie równowagi. Czemu nie patrzył pod nogi? Albo chociaż nie szedł powoli, tylko biegł?!  Teraz miał słono zapłacić za swoją głupotę...
Blondyn przegrał walkę z grawitacją. Upadł na podłogę. Niestety, w trakcie swojego krótkiego lotu chwycił się rozpaczliwie za lampki i pociągnął choinkę ze sobą. Z początku nic się nie działo; tylko lampki spadły z gałęzi, bo doniczka dzielnie opierała się ciężarowi mężczyzny. Dopiero minutę po tym jak Marco zaliczył glebę, świąteczne drzewo „wspaniałomyślnie” postanowiło go dobić. I to dosłownie! Nie minęła sekunda, kiedy Lasso został bezceremonialnie przygnieciony stertą, ostrych niczym szpilki, igieł.
- Nienawidzę świąt – warknął, gdy usłyszał cichy trzask. Marco doskonale wiedział, co właśnie zaszło – jego okularki podzieliły los tych bombek, które miały nieszczęście stłuc się przy bliskim spotkaniu choinki z podłogą.

***

                Mieli szczęście, że Duch Ognia nie dołączył do pozostałych stróżów i nie musieli dzięki temu kłopotać się z biletami na samolot. Praktycznie od razu, gdy Yoh zorientował się, że brakuje wśród nich szamana z Hokkaido, wskoczyli na grzbiet ognistego potwora i polecieli z powrotem do Japonii.
                Pierwszą rzeczą, która rzuciła im się w oczy po przybyciu do tokijskiej posiadłości, był wyłamany zamek. Bracia spojrzeli po sobie niepewnie i z podwójną ostrożnością, powoli nacisnęli klamkę.  W korytarzu było ciemno i pozornie, wszystko wydawało się być w porządku.
                Z daleka widzieli światło pochodzące z salonu. Na palcach przeszli wzdłuż holu, szerokim łukiem omijając łazienkę, której drzwi z jakiegoś powodu pozostawały otwarte. Ze środka wydobywał się zapach tak obrzydliwy, że Hao zastanawiał się, czy to przypadkiem domowe duchy nie wyłamały zamka, chcąc się wydostać na zewnątrz.
                Przechodząc obok, Yoh z roztargnieniem zerknął do łazienki. Przeszedł dalej, początkowo nie zauważając leżącego na ziemi nieprzytomnego Larcha. Po dwóch krokach zdał sobie jednak sprawę, że coś było nie tak i zawrócił, ciągnąc ze sobą brata.
- Chcesz mnie udusić tym odorem?! – syknął Hao, opierając się. Nie chciał zbliżać się do tej komory gazowej.
- Cicho. Patrz. – Yoh wskazał na leżącego na podłodze członka X-laws.
                Hao miał na twarzy wyraz totalnego obrzydzenia pomieszanego z zaskoczeniem.
- Myślisz, że nie żyje? – spytał brata, nie spuszczając wzroku z niespodziewanego gościa.
- Obawiam się, że nikt nie przeżyłby tego smrodu dłużej niż przez kilka sekund. – Yoh pochylił głowę, chcąc uczcić pamięć zmarłego. W tym jednak momencie Larch wydał z siebie dziwny dźwięk i poruszył się lekko.
                Hao podszedł bliżej, zatykając nos, i niezbyt delikatnie kopnął Strażnika Sprawiedliwości w brzuch. Ten jęknął, ale się nie obudził.
- Wytrzymały gość – stwierdził, po czym szybkim krokiem opuścił łazienkę. – Zajmiemy się nim później, bo zaraz sam padnę.
                Yoh skinął głową, zgadzając się na tę opcję. Przeszli dalej, wciąż dosyć niepewni, co zastaną w salonie.
Czegokolwiek jednak się spodziewali, na pewno nie był tym Horo siedzący pod ścianą i z błogością na twarzy zajadający się wielorybim tłuszczem, który wyciągnął ze skrytki pod choinką. A propos choinki, leżała ona na ziemi, otoczona przez kawałki szkła z rozbitych bombek.
- Yy… Horo? To tu się stało? – spytał Hao, wciąż w lekkim szoku spoglądając na salon.
- I czemu w naszej łazience leży nieprzytomny członek X-laws? – dodał od razu Yoh.
                Niebieskowłosy podniósł wzrok na bliźniaków i podbiegł do nich z uśmiechem. Cała jego twarz umorusana była ulubioną przekąską, a pełny brzuch wystawał spod zbyt krótkiej koszulki.
- Hej, chcecie trochę? – Podsunął im puszkę z tłuszczem pod nos. Kiedy bliźniacy jednocześnie odmówili, Usui zastanowił się nad pytaniem młodszego Asakury. – Chwila… Jaki członek X-laws?
          Nie zdążyli mu odpowiedzieć, gdyż w tym momencie spod choinki dał się słyszeć przytłumiony jęk. Bliźniacy spojrzeli po sobie niepewnie i podeszli do drzewka, aby je podnieść.
              Trudno opisać ich zdziwienie, kiedy pod gałęziami ujrzeli „rozpłaszczonego” Marco, którego biały uniform cały ponabijany był igłami. Jego zwykle uczesane włosy wyglądały, jakby przebiegło po nich stado wiewiórek ściganych przez wściekłego koguta. Okulary leżały potłuczone kilkanaście centymetrów od jego twarzy. Obok ręki leżał wielki, biały sekator, do którego przywiązane były (obecnie potłuczone) bombki.
            Przywódca X-laws podniósł wzrok, mrużąc oczy i próbując rozpoznać stojące nad nim postaci. Hao zastanawiał się, jak duża była jego wada wzroku. W końcu Włoch wstał i otrzepał się, starając się zachowywać normalnie, co zdecydowanie mu się nie udało, bo raczej ciężko wyglądać normalnie będąc całym w igłach i kolorowych szkiełkach z ozdób świątecznych. Nie wspominając o tym, że moment wcześniej leżało się przygniecionym przez choinkę.
- Ej, a on tu skąd? – spytał po chwili Horo, wciąż nie przestając zajadać się tłuszczem.
                Bliźniacy spojrzeli na niego jak na idiotę.
- Chcieliśmy cię spytać o to samo – powiedział Yoh, nie spuszczając wzroku z Marco.
           Ten z kolei zerkał od jednego Asakury do drugiego, starając się bez okularów rozpoznać, który jest tym właściwym. W końcu położył jedną rękę na ramieniu Yoh i pochylił się nad nim, palcem drugiej celując prosto między ciemne oczy nastolatka.
- Ty… Ty już od dawna powinieneś nie żyć. Twoja głowa miała być prezentem na święta dla naszej Świętej Panienki Jeanne. Ty…
              Nie dokończył, ponieważ Hao zdzielił go drewnianym Mikołajem w potylicę.
- I po problemie. – Ognisty szaman wzruszył ramionami. – To teraz opowiadaj, Horo, co tu się działo.
- Właściwie…
             Zanim zdołał powiedzieć coś więcej, do salonu wszedł Chris. Jego krok był bardzo niepewny i jedną ręką ciemnoskóry członek X-laws musiał się podeprzeć o framugę. Drugą trzymał się za głowę, na której wyrósł wielki guz.
- Więcej was tu matka nie miała!? – zdenerwował się Hao.
- O, cześć – przywitał się dość nieprzytomnie żołnierz i pomachał do nich z głupkowatym uśmiechem. – Wesołych…ten, tego… Świąt. Albo walentynek… Cokolwiek.
                Yoh obrzucił spojrzeniem najpierw Chrisa, potem nieprzytomnego Marco aż w końcu Horo i Hao, którzy wydawali się równie zdezorientowani całą sytuacją jak on.
- Chyba trzeba będzie zadzwonić do Jeanne, żeby wzięła stąd tych swoich psycholi – stwierdził.
            Początkowo planowali przeszukać Marco w poszukiwaniu jakiegoś identyfikatora, na którym  mógłby znajdować się numer telefonu. Z pomocą przyszedł im jednak Horo, który najnormalniej w świecie podszedł do Chrisa, który usiadł sobie na kanapie i spytał go:
- Znasz może telefon do Jeanne?
           Ku zdumieniu bliźniaków, członek X-laws wyrecytował numer z pamięci. Cały czas uśmiechał się przy tym jak idiota. Bracia zaczęli się zastanawiać, co mu się właściwie przytrafiło. Horo wzruszył tylko ramionami.
             Niedługo później, Hao dzwonił już do głównej siedziby Strażników Sprawiedliwości.
- Żelazna Dama Jeanne, słucham.
- Hej, tu Hao. Słuchaj, mam taką sprawę. Są Święta i chyba każdy ma prawo do chwili spokoju, nie? Mieliśmy chyba jakąś niepisaną umowę, żeby się nie zabijać w Boże Narodzenie. A twoi pozbawieni mózgów debile wpadli do nas do domu z sekatorem i tak trochę zepsuli nastrój. Mogłabyś coś z nimi zrobić?
            Tuż po jego słowach, dziewczyna się rozłączyła.

***

            Zaledwie kilkanaście minut później, bliźniacy siedzieli z Horo na kanapie i spoglądali na Jeanne, która ze skruszoną miną stała przed nimi. Jej trzej sługusi ustawili się za nią: Chris nadal w dość osobliwym stanie, Larch śmierdzący gorzej niż skarpetki Horo i Marco, który najchętniej zapadłby się pod ziemię. Poza nimi wraz z liderką przybyli Cebin i Porf, jednak ci dwaj pełnili tylko coś w rodzaju tylnej straży i nie odezwali się nawet słowem.
- Ja… bardzo, bardzo was przepraszam, że moi chłopcy zrobili coś takiego. Ja… nie wiem, co ich napadło. Święta to Święta, niezależnie, czy jest się złym czy nie. Wszyscy zasługują na trochę świątecznej radości… - powiedziała liderka X-laws smutno. – Przepraszam.
            Bliźniacy wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Po chwili ciszy, która miała stworzyć lekkie napięcie u nieproszonych gości, odezwał się Hao.
- Czekam na przeprosiny z ich strony. – To mówiąc, wskazał na trzech winowajców.
                Marco obrzucił go spojrzeniem wypełnionym najszczerszą nienawiścią. Jednocześnie Chris uśmiechnął się i powiedział swobodnie:
- Sorry, nie chcieliśmy.
              Po chwili przeprosił również Larch. Marco nadal stał niewzruszony, nie chcąc zniżyć się do poziomu proszenia o wybaczenie Największego Zła Tego Świata. Jeanne zacisnęła zęby i głową pokazała mu, żeby się pospieszył.
              Początkowo, blondyn bardzo się opierał, jednak kiedy liderka podeszła do niego i stanęła mu na stopę butem na obcasie, zmienił zdanie i wydukał:
- Przepraszam… - Miał przy tym minę skazańca, ale Hao to wystarczyło.
- Przeprosiny przyjęte. – Jego ton tak bardzo przypominał ton urażonej księżniczki, że Yoh omal nie wybuchł śmiechem.
             Widać było, jak Jeanne nieco się rozluźniła. Na jej buzi pojawił się nawet delikatny uśmiech.
- Dziękuję. – To były najbardziej szczere, sympatyczne słowa, jakie kiedykolwiek od niej usłyszeli. – To my… już pójdziemy. Przepraszam, że zepsuliśmy wam Święta…
             Hao z satysfakcją przyglądał się, jak skruszeni X-laws wychodzą z ich salonu. Jego brat nie podzielał jednak jego nastroju i podbiegł do Jeanne, kiedy stała już w drzwiach.
- A wy… Macie gdzie spędzić te Święta?
              Dziewczynka spojrzała na niego z zaskoczeniem malującym się w czerwonych oczach.

***

        Zaledwie godzinę później, wszyscy zebrali się w domu Meene i Johna, tym razem już w komplecie. A nawet mieli więcej niż komplet. Do stołu dostawiło się dodatkowe sześć krzeseł dla wciąż dość onieśmielonych członków X-laws.
           Pomimo początkowej niezręcznej atmosfery, z czasem rozmowy stały się coraz swobodniejsze i po kolacji wszyscy zachowywali się jak najlepsi przyjaciele. No, może poza Marco, który dąsał się cały wieczór i nie odwracał wzroku od ich cudownej liderki. Później miał opowiadać, jak to „Ich kochana Jeanne wspaniałomyślnie oszczędziła Hao Asakurę w Święta”, ale i tak nikt go nie słuchał. Niektórzy się niestety nie zmieniają.
          Hao i Yoh siedzieli razem na kanapie, spoglądając na przyjaciół. Doskonale wiedzieli, że już jutro wszystko powróci do normalności, ale i tak cieszyli się z obecnej sytuacji. Ren i Lyserg dyskutowali o czymś z Cebinem, Ryu i John rozmawiali z Larchem o żelu do włosów, dziewczęta zachwycały się jedwabistością włosów Jeanne i obgadywały chłopaków, Chris śmiał się do rozpuku z żarów Choco, któremu Ren i Horo wspaniałomyślnie nie grozili śmiercią. Pozostali zajadali się ciasteczkami Meene albo brali udział w świątecznym karaoke.
- Nadal nie wierzę, że zaprosiłeś ich na Święta – powiedział Hao z uśmiechem. Początkowo był bardzo przeciwny pomysłowi brata, ale teraz już zdołał się do niego przekonać. – Nie chce się wierzyć, że mogę być z nimi w jednym pokoju bez obaw, że zaraz ktoś zaraz wyceluje we mnie z pistoletu.
- Właściwie to nie do końca… - zaśmiał się Yoh, gdyż przed nimi stanął mały synek Johna z plastikową strzelbą w ręce.
- Pif paf! – zawołał chłopczyk i kiedy Hao udał, że został trafiony, roześmiał się szczerze i pobiegł pochwalić się tacie.
- No dobrze, ale technicznie to była strzelba! – bronił się starszy bliźniak. Młodszy tylko poczochrał mu włosy. – Chyba zacznę wierzyć w cuda. – Wrócił do poprzedniego tematu, wskazując na Marco, któremu Choco nałożył rogi renifera.
- Boże Narodzenie to okres cudów, nie ma się czemu dziwić – powiedział z uśmiechem Yoh. Hao przytulił go mocno i wyszeptał:
- Masz rację. Wesołych świąt, Yoh.
- Wesołych świąt, Hao.

             To były najprzyjemniejsze Święta w ich życiu.


piątek, 5 lipca 2013

39. "Co się ukrywa za zamkniętymi drzwiami?"

Witam wszystkich w.. pochmurny, burzowy, aczkolwiek nadal wakacyjny dzień! Mam nadzieję, że Ci, którzy nadal są w wieku szkolnym otrzymali swoje wymarzone świadectwa :) 
Dzisiaj krótko, nie martwcie się :D  Obiecałam, że wyrobię się przed wyjazdem do Włoch i udało się ^^. Uprzedzam z góry, że nie będzie mnie do 14 lipca i raczej będę nieosiągalna :) Byłoby miło, gdybym po powrocie zastała trochę komentarzy.. Nawet krótkich. Chcę po prostu wiedzieć, czy są jeszcze osoby, dla których warto pisać :) 
Co do samego rozdziału, pisany był pod wpływem lawendowego pyłu z kuwety xD Ci, którzy mnie znają wiedzą dobrze, co to oznacza :D 
Dedykacja dla Natishy i Kasumi (której, tak na marginesie, ogromnie dziękuję za tytuł :D) Mam nadzieję, że nie zawiodę Was w.. wiadomej kwestii ^^
Na koniec obrazki z Tamao... i kimś jeszcze :D


EDIT (25.10.2014): Ten rozdział nie jest już oficjalną kontynuacją bloga, który zakończył się wraz z 37 rozdziałem.

39. "Co się ukrywa za zamkniętymi drzwiami?"


Pogoda była wręcz absurdalnie ładna. Ognisty szaman szedł sobie wzdłuż strumyczka, w całości wypełnionego krystalicznie przejrzystą wodą o lekko różowym zabarwieniu. Puchate, białe króliczki kicały sobie po łączce, bawiąc się z tęczowymi motylkami. Niebo przecinała cudowna tęcza, nieprzysłonięta nawet jedną chmurką.
           Yoh, który spacerował obok zdawał się nie zauważać nic dziwnego w tym, że jest ubrany w długą, białą togę, przewiązaną w pasie złotym sznurkiem. Rozglądał się dokoła z szerokim uśmiechem na ustach i podjadał jabłkowe chipsy z koszyka, który jakimś magicznym sposobem pojawił się w jego rękach. Hao zatrzymał się i spojrzał w dół. Miał na sobie dziwny kostium, przypominający ubiór rzymskiego legionisty. Trzymał też krótki, obosieczny miecz, identyczny jak te, których obrazki można spotkać w podręcznikach do historii. Zaraz, jaką on miał nazwę? Gladius, tak gladius. A tak właściwie, to dlaczego się nad tym zastanawiał? Nie powinno go raczej interesować dziwne, niepokojąco tęczowe otoczenie? 
           Jak na zawołanie, z drzewa obok sfrunęła wrona i usiadła chłopakowi na ramieniu. Ten, chciał ją zrzucić, lecz pazury trzymały się go mocno, wbijając w skórę. Długowłosy zauważył, że po jego ręce spływa stróżka krwi. On jednak nie poczuł żadnego bólu. Zdumiony tym odkryciem, przeniósł wzrok na brata, jednak ten zdawał się zupełnie nic nie zauważać.
           Tymczasem ptak zakrakał głośno i zamachał skrzydłami, uderzając Hao parokrotnie w twarz.
- Ej, przestań! Złaź ze mnie! – mruknął wściekle ognisty szaman, próbując strząsnąć wredne stworzenie.
- Nie, dopóki mnie nie pocałujesz – zaskrzeczał ptak dziwnie ludzkim głosem.
           Zanim Asakura zdołał pomyśleć nad dziwnym znaczeniem słów wrony, został otoczony przez najróżniejsze zwierzęta: puchate króliczki, które nagle nabrały dziwnie przerażającego wyglądu, wiewiórki o pazurach ostrych jak brzytwa, a także mnóstwo ptaków i owadów, które latały wokół niego skandując:
- Hao! Wybierz mnie, kocham cię!
           Chłopak był otoczony. Rozejrzał się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Chciał zawołać brata, jednak ten zniknął mu z oczu. Tymczasem stworzenia zbliżały się do niego, przybierając coraz bardziej ludzkie kształty, które młody książę znał już bardzo dobrze. Fanki.
- Z-zostawcie mnie! – krzyknął, jednak jego głos zanikł wśród pisków fanek, które wciąż powtarzały jego imię…
- Hao!
- Hao, kocham cię!
- Hao, obudź się!
- Uwielbiamy cię!
- Hao, idioto, wstawaj!
           Ostatni głos należał do Yoh. Starszy z braci otworzył zaspane oczy i powoli podniósł się na rękach. Rozejrzał się z zaciekawieniem, z początku nie rozpoznając pomieszczenia, w którym się znalazł.
           Była to duża komnata królewska, której ściany wyłożono zdobionymi jasnymi panelami o złotych, roślinnych ornamentach. Między płaskorzeźby, stanowiące imitacje kolumn, wkomponowano obrazy, przedstawiające walki szamańskie oraz krajobrazy z najróżniejszych stron świata. Plafon, czyli sufit ozdobiony sztukaterią i freskami, wyglądał niemalże jak niebo. Kimkolwiek był artysta, który go wykonał, musiał dobrze znać się na swojej sztuce. Pomimo nietypowego sklepienia, całe pomieszczenie utrzymano w aranżacji bieli, czerwieni i złota.
           Hao leżał na wielkim łożu z baldachimem, a nad nim pochylał się brat, jak zwykle z nieodłącznym uśmiechem na ustach. Zdawał się jednak zupełnie nie pasować do królewskiego wystroju pomieszczenia. Miał na sobie zwykłą, białą koszulkę i ulubione oliwkowe spodnie. Głowę zdobiły oczywiście pomarańczowe słuchawki.
- W końcu raczyłeś się obudzić! Już się bałem, że będę musiał sprowadzić Annę! – zaśmiał się Yoh, jednak zaraz potem na jego twarzy pojawiła się troska. – Czy stało się coś złego? Krzyczałeś przez sen…
- Nic się nie stało – odburknął Hao, wygrzebując się z satynowej pościeli. – Po prostu zły sen.
- O czym? – dopytywał się jego bliźniak.
- O niczym…
- No powiedz… - Aby dodać swojej wypowiedzi bardziej błagalnego tonu, właściciel pomarańczowych słuchawek specjalnie przeciągał samogłoski.
- Nie.
- Tak!
- Nie!
- Tak!
- Ni… Zostaw mnie!
           Po trzecim z kolei zaprzeczeniu, młodszy z braci nie wytrzymał i rzucił się na Hao, jeszcze bardziej niszcząc jego, i tak już rozczochraną, fryzurę. Męczył biednego śpiocha przez kilka minut, aż w końcu ten położył się na plecach z rękami w górze w geście kapitulacji.
- Ha! Wygrałem! – Yoh ukląkł na poduszce obok brata z dłońmi wciąż przygotowanymi do dalszych „tortur”. - To co ci się śniło?
- Tęczowa polanka, białe króliczki, ty w stroju greckich bóstw… - zaczął wyliczać Hao.
- Ja? I to uważasz za zły sen? – zapytał jego brat z udawaną złością.
- Wiesz, potem zostawiłeś mnie samego na pastwę królików, wiewiórek i wron, które zamieniły się w moje fanki!
- Ech… Mówiłem ci, żebyś ściął włosy, bo wtedy cię nie rozpoznają, ale ty się nie zgodziłeś…
           Hao zmierzył brata morderczym wzrokiem. Mimo, że leżał rozwalony na łóżku, a jego włosy wyglądały gorzej niż po przejściu tornada, sprawiał dość groźne wrażenie. Oczywiście jego bliźniak wcale się tym nie przejął.
- Już omawialiśmy tę kwestię – powiedział beznamiętnym tonem władca płomieni.
- Wiem, wiem… Ja chcę tylko pomóc… - Yoh zrobił skruszoną minkę, która wystarczyła, by gniew brata zupełnie wyparował.
           W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Krótkowłosy wyskoczył z łóżka jak oparzony, a jego brat zakrył się kołdrą aż pod samą brodę, jedną ręką wygładzając fryzurę.
- Proszę… - powiedział niepewnie, kiedy uznał, że już nic więcej nie poradzi na stylizację „Made by Yoh”.
           Do pokoju przez wielkie drzwi wsunęła się drobna postać o długich, czarnych włosach i typowo indiańskim stroju z wizerunkiem kosmity na piersi. Jej wysokie, jasne buty, ozdobione frędzelkami zdawały się nie wydawać żadnych dźwięków na podłodze pokrytej czerwoną wykładziną.
- Rutherford? – zdziwił się Yoh. – Co cię tu sprowadza?
           W czasie kilku ostatnich dni, bliźniacy mieli naprawdę sporo na głowie. Musieli zaznajomić się ze wszystkimi kwestiami odnośnie rządzenia, a także nauczyć się funkcjonować w ogromnym pałacu, który dla nich zbudowano. Kilku członków rady, w tym właśnie mała wielbicielka kosmosu, mieli za zadanie opiekować się królewską rezydencją, a także przekazywać książętom wieści z Patch.
- P-pani Anna szuka w-waszej wysokości… - wyjąkała dziewczyna, czerwieniąc się jak piwonia. Mimo, że była o dwa lata starsza od bliźniaków, jej drobna postura sprawiała, że wyglądała niemalże jak rówieśniczka Tamao.
- Zgaduję, że chodzi tu raczej o mnie? – zagadnął wesoło Yoh. Hao zakopał się głębiej w pościeli.
- T-tak, wasza…
- Hej, przecież mówiliśmy już, żebyś mówiła do nas po imieniu – przerwał jej właściciel pomarańczowych słuchawek. Brunetka uśmiechnęła się nieśmiało.
- O-oczywiście… Yoh… – Imię chłopaka wypowiedziała bardzo cicho, ale zawsze to jakiś początek. Asakura zbliżył się trochę do niej, zatrzymując się mniej więcej w połowie pomieszczenia.
- Gdzie teraz jest Anna? – spytał.
- W jadalni, razem z przyjaciółmi wasz… - Urwała, gdy książę pogroził jej żartobliwie palcem – …z waszymi przyjaciółmi – poprawiła się szybko. – Obiad zaraz będzie gotowy.
- Obiad?! – Hao odezwał się pierwszy raz od przyjścia brunetki. Dziewczyna aż podskoczyła. Prawdopodobnie zapomniała o obecności drugiego Asakury w, bądź co bądź, jego własnej komnacie.
- Tak, Hao. Obiad. Posiłek, który spożywa się między śniadaniem, a deserem – wytłumaczył spokojnie Yoh. – Nie wiem, czy wiesz, ale jest pierwsza po południu.
           Ognisty szaman wydawał się, delikatnie mówiąc, zaskoczony. Kołdra wypadła mu z rąk, odsłaniając umięśniony tors, na który chłopak miał zarzuconą białą koszulę z delikatnego, prześwitującego materiału. Na ten widok Rutherford spłoniła się jeszcze bardziej i szybko odwróciła wzrok.
- Przekażesz Annie, że zaraz zejdziemy? – poprosił krótkowłosy, a członkini Rady gorliwie pokiwała głową i niemalże wybiegła przez wielkie drzwi, w ostatniej chwili powstrzymując je przed głośnym trzaśnięciem. Wyglądała na bardzo zadowoloną, że ma powód do wyjścia.
- Zrobiłem coś nie tak? – spytał zdumiony Hao.
-  Nie. Wystarczy, że jesteś – zaśmiał się jego brat. – A Rutherford jest zakłopotana, bo od pewnego czasu… ekhem… przyjaźni się z Tallimem.
- Przyjaźni…? – Hao nie dał się tak łatwo zbić z tropu. – Ty plotkarzu!
           Yoh nic na to nie odpowiedział, tylko pokazał bliźniakowi język i pobiegł do drzwi. W progu odwrócił się jeszcze i zawołał:
- Za dwie minuty widzimy się na obiedzie!

♥♥♥

           Królewska jadalnia była jedną z największych sal w pałacu. Jej ściany, podobnie jak w innych pomieszczeniach, wyłożono jasnymi, zdobionymi panelami. W odróżnieniu jednak od sypialni, w wolnych przestrzeniach zamiast obrazów zawieszono lustra, optycznie nadając komnacie większych rozmiarów. W centralnym punkcie stał oczywiście podłużny stół, przy którym mogłoby spokojnie zasiadać nawet kilkadziesiąt osób. Jego nogi i rama wykonane były z ciemnego drewna, natomiast blat z pięknego, misternie zdobionego szkła.
           W chwili, kiedy zdyszany Hao wpadł do pomieszczenia, mniej więcej jedną trzecią miejsc zajmowali jego przyjaciele i rodzina. Przed nimi stało mnóstwo waz i półmisków z najróżniejszymi potrawami. Z tych, które jako pierwsze rzuciły się ognistemu szamanowi w oczy, można było wyróżnić łososia w jakimś jasnym sosie, sushi, gęsty gulasz z papryką oraz risotto z czymś, co chłopakowi przypominało maleńkie ośmiorniczki. Długowłosy przysiągł sobie solennie, że będzie się od owego półmiska trzymał z daleka. Słyszał, co prawda, że owoce morza są bardzo smaczne, jednak nie potrafił wyobrazić sobie dotyku maleńkich macek w gardle.
           Z początku wydawało się, że nikt nie zwrócił uwagi na jego przybycie. Ci, którzy siedzieli najbliżej drzwi, zaledwie odwrócili głowy. Każdy był jednak zajęty swoimi sprawami. Ren i Horo jak zwykle dręczyli biednego Choco, który próbował być zabawny, porównując jeżowce w sosie do fryzury Chińczyka. Jun dyskutowała z Anną na temat wydania płyty z programem treningowym. Ryu i Manta zastanawiali się nad składnikami jednego z dań. Faust, jak to on, wpatrywał się w Elizę, nie interesując się specjalnie tym, że na jego talerzu ktoś położył ślimaki ze szpinakiem, a on sam zjadał je łącznie ze skorupkami. Pirika nakłaniała Tamao do noszenia spódnic. John szeptał coś Meene do ucha, tak że na jej policzkach pojawił się uroczy rumieniec. Keiko, Mikihisa oraz dziadkowie z lekkim powątpiewaniem spoglądali na stos cheeseburgerów, który ich młodszy wnuk nałożył sobie na talerz, kiedy Anna nie patrzyła. Natalie z irytacją spoglądała, jak Cassie, oparta głową o ramię Lyserga, czyta jakąś książkę, a Anglik uśmiecha się lekko, trzymając jej dłoń. Nigdzie jednak nie było widać Anabelle.
           Hao aż sam się zdziwił, że zauważył brak dziewczyny. Jakby nie patrzeć, miał przed sobą jakieś dwadzieścia osób. Wzruszył jednak ramionami i udał się w stronę miejsca obok brata. Ten wydawał się czymś bardzo zaaferowany.
- Hao! Mam sposób na twoje fanki! – zawołał, gdy tylko ognisty szaman usadowił się na swoim tronie.
- Jaki? – W sercu długowłosego wzrosła nadzieja.
- Cóż, mógłbyś się za kogoś przebrać. Myślałem na przykład o strażaku. Wiesz, jakbyś miał na sobie maskę gazową to nikt by cię nie rozpoznał! – oznajmił jego bliźniak.
-To co to za sposób? – Hao zachowywał się, jakby zupełnie nie usłyszał ostatniej wypowiedzi brata.
- Znajdź sobie dziewczynę – mruknął Yoh, całkowicie tracąc zainteresowanie problemami brata. Jak ten nie chce słuchać jego genialnych pomysłów, niech radzi sobie sam.
- Proszę…? – Hao aż podskoczył. – Ja?
- A widzisz tu jakichś innych piromanów z tabunem fanek na karku?
- No… nie. Ale… ja? – spytał ognisty szaman, popijając sok z kryształowego kieliszka.
- A co? Nie interesują cię dziewczyny? – Ton młodszego z braci był tak poważny, że Hao aż zakrztusił się napojem. Przez chwilę nie potrafił złapać oddechu i dopiero mocne uderzenie w plecy przez Ryu nieco mu pomogło.
- Interesują, jasne, że interesują! – zawołał szybko, kątem oka sprawdzając, czy wypowiedzi jego bliźniaka nie usłyszała rodzina lub któraś z dziewcząt.
- Więc…?
- No, ale nie interesuje mnie żadna konkretna…
           Krótkowłosy tylko westchnął. Jego brat ewidentnie nie chce, żeby mu pomóc. Odwrócił się ponownie w stronę swojego talerza, chcąc powrócić do cheeseburgerów, kiedy zobaczył przed sobą tylko czyste naczynie z karteczką „Masz spalić te kalorie w brzuszkach do północy. Jeśli tego nie zrobisz, nadrabiasz w okrążeniach przez najbliższe dwa miesiące. Ucałowania od Anny”. Chłopakowi aż zjeżyły się włosy na karku. Kiedy jednak przeczytał liścik jeszcze raz, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Jego ukochana jak zwykle zaskakiwała. Szkoda, że Hao nie mógł tego poczuć na własnej skórze…
           Tymczasem długowłosy niemrawo grzebał w swoim spaghetti, zastanawiając się nad propozycją brata. Miałby znaleźć sobie dziewczynę…? Jego wzrok powędrował od Fausta wpatrującego się z uwielbieniem w Elizę, przez Johna i Meene, ze śmiechem organizujących zawody w układaniu zwierzątek z jedzenia (Meene powbijała koreczki do bułki, tworząc jeżyka, a John wykorzystał kiełbaski do ułożenia ośmiorniczki), Yoh, wciąż zarumienionego po przeczytaniu liściku od Anny, aż do Lyserga, który plótł Cassie warkoczyki. Wszyscy wyglądali na tak szczęśliwych… I nikt się ich nie czepiał…
           W tym momencie drzwi wejściowe rozchyliły się na całą szerokość, a do jadalni wpadła Anabelle. Jej szarozielony płaszcz powiewał za nią niczym skrzydła motyla. Kiedy się zatrzymała, kaptur opadł jej aż na oczy. Dziewczyna zdjęła go niecierpliwym gestem, odsłaniając burzę długich, brązowych loków.
- Przepraszam za spóźnienie, ale miałam drobne starcie z kucharzem – wyjaśniła z rozbrajającą miną. Łuk, który miała przewieszony przez ramię, nadal był otoczony zieloną poświatą z foryoku.
- Coś zrobiłaś biednemu Karimowi? – spytał Yoh z udawanym strachem.
- Nic specjalnego… Nauczyłam go tylko jak się przyrządza kawę z miodem. – W tonie dziewczyny słychać było pewną zadziorną nutę. Zielone oczy Nowozelandki błysnęły łobuzersko.
           Zaraz potem dziewczyna wzruszyła ramionami i z szerokim uśmiechem udała się na swoje miejsce pomiędzy Natalie a Faustem. Nieświadomie Hao odprowadzał ją wzrokiem. Myślami jednak wciąż był przy pomyśle brata.
           „A gdyby tak…? Właściwie, co szkodzi zapytać…” – pomyślał, po czym wstał i nieśmiało podszedł do szatynki, która nakładała sobie właśnie na talerz potrawkę z kurczaka. Kiedy zauważyła, że ktoś nad nią stoi, odwróciła głowę, niechcący smagając Natalie włosami po twarzy.
- Ej! – oburzyła się blondynka. – Mogłabyś je chociaż spiąć!
- Przepraszam, Nat… Ale wiesz, że nigdy ich nie zepnę. – Ton zielonookiej łudząco przypominał Hao, kiedy tłumaczył bratu, co sądzi o ścinaniu włosów.
- Phi! – Angielka odwróciła się od przyjaciółki i uniosła wysoko głowę informując „Mam focha na cały świat”. Anabelle nie przejęła się tym zbytnio i wzruszyła tylko ramionami. Zaraz potem odwróciła się znów w stronę Hao.
- Podać Ci coś? Może szaszłyki? – spytała z rozbrajającym uśmiechem.
- Eee… Nie, dzięki… Ja tylko… - zaczął się jąkać długowłosy. To dziwne, przecież nigdy mu się to nie zdarzało! W końcu panna Wilson prowadziła jego treningi zamiast Anny…
- Tylko co…? – dopytywała się dziewczyna.
- Nic specjalnego… Przyszłabyś do mojego pokoju po obiedzie? Mam… pewną sprawę… – Hao postanowił improwizować. Prawdopodobnie łatwiej będzie im się dogadać bez obecności tych wszystkich świadków.
           Szatynka wzruszyła ramionami i tylko pokiwała głową z uśmiechem.
- To… Do zobaczenia – powiedział ognisty szaman i szybko oddalił się od stołu. Po drodze Yoh rzucił mu zagadkowe spojrzenie.
- Co ten wariat znowu kombinuje…? – spytał sam siebie właściciel pomarańczowych słuchawek. Nie doczekał się jednak żadnej odpowiedzi.

♥♥♥

           Po szybko zjedzonym obiedzie, Anabelle udała się wzdłuż bogato zdobionego korytarza w kierunku apartamentów książęcych. Nadal chciało jej się śmiać z ludzi, który najnormalniej w świecie zaczęli mówić do Yoh i Hao „wasza wysokość”. Dobrze wiedziała, że bliźniacy nie przepadali za tym określeniem i wcale nie chcieli być traktowani po królewsku. Niestety, bycie władcą ma też swoje wady…
           Panna Wilson rozejrzała się. Ściany w korytarzu różniły się od tych w jadalni czy  sali balowej. W przeciwieństwie do nich, nie posiadały złotych ornamentów, a panele, które je pokrywały, miały kolor ciepłej, pastelowej zieleni. Zdobienia, podobnie jak i sufit, wykonano tu z ciemnego drewna. Dzięki myśliwskim trofeom, których pochodzenia dziewczyna wolała się nie domyślać, miejsce to przywoływało na myśl las.
           Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zwiadowczyni zaczęła nucić jedną ze swoich ulubionych piosenek. Miała bardzo ładny i czysty głos, jednak do tej pory nie chciała występować na scenie. Śpiewała, lecz tylko przy rodzinie, na przykład na grillach czy przyjęciach. Westchnęła. Turniej Szamanów był dla niej niesamowitą przygodą. Poznała tylu wspaniałych przyjaciół, wśród nich znaleźli się nawet sami książęta. Spędziła mnóstwo czasu z Cassie i Natalie, które znała tak naprawdę od niecałego roku. Patrząc na nie mogłaby się wydawać, że ich przyjaźń trwa od wieków.
           Mimo to tęskniła za domem. Za mamą, która co wieczór wracała do domu przynosząc najniezwyklejsze rośliny z uczelni, gdzie pracowała… Za ojcem, dla którego archeologia była czymś więcej niż tylko pracą… Za duchami średniowiecznych  postaci, które zawsze opowiadały jej niezwykłe historie o zamkach i rycerzach… Za dziadkiem, od którego dziewczyna zaraziła się miłością do strzelania z łuku… Jedynym, czego jej zdecydowanie nie brakowało, była szkoła. Mimo, że miała tam wielu znajomych, nikogo nie potrafiła nazwać przyjacielem.
           Zatopiona we własnych myślach, nie zauważyła nawet, kiedy znalazła się przed drzwiami do apartamentów Hao i Yoh. Na początku obaj władcy otrzymali całe skrzydło pałacowe dla siebie, jednak uznali, że w zupełności wystarczą im dwie sypialnie, łazienka i niewielki salonik. Członkowie Rady Szamanów, odpowiedzialni za rezydencję, nie byli z tego powodu zbyt szczęśliwi, uważając, że uwłacza to godności zajmowanego przez Asakurów stanowiska. Oczywiście bliźniacy wcale się tym nie przejęli.
           Anabelle uniosła rękę, by zapukać, kiedy nagle w drzwiach tuż przed nią wyrósł Hao.
- Hej, nie strasz! – zawołała ze śmiechem. Chłopak nic na to nie odpowiedział, tylko odsunął się w przejściu i niczym lokaj wpuścił szatynkę do środka. Kątem oka dziewczyna dostrzegła, że starszy z braci rozejrzał się uważnie po korytarzu zanim zamknął pomieszczenie. Na klucz.
           Pannie Wilson od razu przyszły do głowy sceny z książek, które pożyczała od Cassie. Zwykle, kiedy ktoś zamykał tam drzwi na klucz, okazywał się być wrogiem głównego bohatera. Jednak, w przeciwieństwie do czarnych charakterów w powieściach, na twarzy Hao znajdował się zwykły, może nawet lekko zakłopotany uśmiech.
- Po co takie środki ostrożności? – spytała Anabelle, starając się brzmieć naturalnie. „Głupia!” – zganiła się w myślach. – „Uważasz się za bohaterkę książki? Przecież to tylko Hao!”. Mimo to nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać: – Chyba nie chcesz…?
- Nie! – Szatyn przerwał jej, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej. – Ja po prostu… Wiesz, to sprawa osobista…
           Nowozelandka aż przekrzywiła głowę ze zdziwienia. Hao zachowywał się… dziwnie. Dlaczego akurat z nią chciał porozmawiać o osobistych kwestiach? Czy nie miał od tego Yoh, Manty… Któregokolwiek z przyjaciół?
- To znaczy?
- Usiądź proszę.  – Hao wskazał na dwa fotele pod oknem, pomiędzy którymi stał stolik z charakterystyczną wazą potpourri. Spod pokrywki naczynia wydzielał się przyjemny, lawendowy zapach.
           Kiedy szatynka spełniła prośbę, chłopak usadowił się obok. Nic nie mówiąc, spojrzał przez okno na pustynię. Anabelle przez chwilę poczuła się jak zwykła ozdoba. Chłopak zdawał się zupełnie ją ignorować!
- Ekhem… To o co chodzi? – spytała, a w jej tonie słychać było zniecierpliwienie. Najpierw Hao zamyka ją na klucz, przyprawiając o gęsią skórkę, a teraz najnormalniej w świecie nie zwraca na nią uwagi? Tak być nie może!
- Widzisz je? – Książę odpowiedział pytaniem na pytanie.
           Zwiadowczyni zerknęła przez okno, próbując odgadnąć, co miał na myśli jej rozmówca. Nie było to zbyt trudne. Pod pałacykiem zebrał się cały tłum dziewcząt od dziesięciu lat wzwyż, z transparentami, czapkami i najróżniejszymi innymi przedmiotami z wizerunkiem młodego władcy. Teraz, kiedy dziewczyna bardziej się skupiła, potrafiła usłyszeć stłumione skandowanie fanek: „Hao, wyjdź do nas! Hao, wyjdź do nas!”. Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.
- Widzę. Trudno przeoczyć – odparła wesoło.
- Nie dają mi spokoju… Nawet teraz dostałem chyba z dwadzieścia laurek… I nawet śpiewającego misia… - Ognisty szaman wskazał na stosik różowych kartek pod jedną ze ścian. Na szafce obok stało też coś, co wyglądało na resztki po maskotce.
- Cóż, skoro Yoh jest zajęty, pozostałeś tylko ty. Nic dziwnego, że uwzięły się na ciebie.
           W tym momencie Hao odwrócił wzrok od okna i spojrzał prosto w zielone oczy towarzyszki. W jego spojrzeniu było coś... nietypowego. Tak jakby błagał ją bez użycia słów. Anabelle przez chwilę żałowała, że zamiast niej nie ma tu Yoh. On na pewno zrozumiałby, co oznacza to spojrzenie.
- Wiesz… Właśnie o to mi chodzi… Yoh ma dziewczynę i fanki nie wchodzą mu na głowę…  - powiedział powoli, a widząc zdziwiony wzrok przyjaciółki, wyjaśnił: - Bo to jasne, że ma fanki. Jakby nie patrzeć jest tak samo przystojny jak ja. No, prawie. Podobno długie włosy mają swój niepowtarzalny urok… - Mówiąc to, Hao odgarnął kilka kosmyków z twarzy niczym aktorki w filmach.
           Szatynka nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć. Trudno było zaprzeczyć, a zarazem głupio zabrzmiałaby mówiąc, że absolutnie się z nim zgadza. Tak to mogłyby się zachować dziewczęta, które stały na zewnątrz i wykrzykiwały imię ognistego szamana. A ona nie miała zamiaru się do nich upodabniać.
- Wracając jednak do sedna sprawy… Wydaje mi się, że fanki przestałyby mnie tak atakować, gdyby wiedziały, że już kogoś mam… I tak sobie pomyślałem… - Na twarzy chłopaka pojawił się lekki rumieniec. - Anabelle, zgodziłabyś się udawać moją dziewczynę?
          
♥♥♥

- I ty się zgodziłaś!? – Głos Natalie odbił się echem po ścianach komnaty, którą dzieliły członkinie dawnej „The Oak Leaf Team”. W odróżnieniu od innych, jej ściany zostały pomalowane na bladoniebieski kolor, a ornamenty wykonano ze srebra.
- No… Wiesz…
- Jak możesz być taka głupia!? – krzyknęła blondynka, o mały włos nie strącając ręką porcelanowej figurki z szafki.
           Anabelle, która siedziała na łóżku jak skarcona uczennica, aż się wzdrygnęła. Nie spodziewała się tak… wybuchowej reakcji przyjaciółki. Kiedy skończyła opowiadać o spotkaniu z Hao, miała wrażenie, że zamiast najlepszej koleżanki ma obok siebie tykającą bombę, która może w każdej chwili wybuchnąć. I to chyba właśnie się stało.
- Wiesz, Nat chce powiedzieć, że… - zaczęła Cassie, która do tej pory nie odzywała się ani słowem.
- Że on tylko cię wykorzysta! – dokończyła za nią Angielka. Przeszła szybko z jednego końca pokoju w drugi, nie przestając gestykulować. Zatrzymała się przy niewysokim stoliku, na którym stało ozdobne lusterko w ramce.
- Chciałam powiedzieć „musisz uważać”, ale w sumie na jedno wychodzi… - Humor Cassie zdecydowanie się pogorszył. Nie lubiła kłótni, które niestety dość często wybuchały między jej dwiema towarzyszkami. Zawsze pełniła w nich funkcję mediatora. Co prawda, zwykle kończyły się równie szybko, jak zaczynały, ale tym razem nie wyglądało to na codzienną, niegroźną sprzeczkę.
- Przecież wiem… - powiedziała cicho Anabelle. - Ale nie wypadało mi odmówić… Wiecie przecież, przez co on teraz przechodzi…
- Niech sam sobie z tym radzi! – Blondynka uderzyła pięścią w stolik, aż podskoczyły stojące na nim przedmioty. - Jest, jakby nie patrzeć, najpotężniejszym szamanem! – Natalie nie rezygnowała z podniesionego głosu.
- Na równi z Yoh. – Poprawianie przyjaciółki było w przypadku Nowozelandki czymś tak oczywistym, że już sama nie zwracała na to uwagi.
- I co z tego?! Najpotężniejszy to najpotężniejszy! Zdajesz sobie sprawę z tego, ile czasu będziesz teraz z nim spędzać?!
- Sporo… Wiem o tym…
- Całe dnie! Będziesz musiała z nim chodzić na te wszystkie nudne rady i spotkania… Bo inaczej ludzie nie uwierzą, że jesteście razem. A pomyślałaś może o nas? O mnie!? – Krzycząca dziewczyna podbiegła do zwiadowczyni i chwyciła ją za ramiona, potrząsając nią. – Cassie też teraz ciągle nie ma, bo się spotyka z tym swoim zielonowłosym detektywem od siedmiu boleści…
- Nat, nie musisz obrażać Lyserga – powiedziała Belgijka stanowczym, aczkolwiek nadal spokojnym tonem. – To, że się z nim czasami spotykam, nie oznacza, że przestałaś być moją przyjaciółką.
           Panna Russo odkaszlnęła, jednak zabrzmiało to mniej więcej jak „Taa… Czasami…”.
- Nat, wiesz przecież, że to tylko tymczasowe… - Zwiadowczyni próbowała załagodzić gniew przyjaciółki, jednak bezskutecznie. Nat już usiadła przy toaletce i ruchami pełnymi urażonej godności zaczęła poprawiać sobie fryzurę, co, tak na marginesie, było w jej przypadku dosyć nietypowe.
           Zrezygnowana Anabelle westchnęła i położyła się w ubraniu na łóżku, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w sufit.

           Cassandra tylko westchnęła. Zdała sobie sprawę, że właśnie zaczęły się dla jej przyjaciółek „ciche dni”. Już miała wziąć z powrotem swoją książkę, którą odłożyła, gdy przyszła zwiadowczyni, jednak w tym momencie jej telefon oznajmił, że otrzymała sms’a. Już pierwsze słowa wiadomości od Lyserga sprawiły, że na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec. 


Taak, tym razem dość dużo o związkach :D Zakładam też, że jestem jedyną szamanką, która zeswatała ze sobą Rutherford i Thallima xD Jednak na swoją obronę dodam, że są między nimi tylko 3 lata różnicy, w przeciwieństwie do Nichroma, który jest od Rutherford o 7 lat młodszy!

Sorry, nie mogłam się powstrzymać xD











Do zobaczenia w następnej notce :D