Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amidamaru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amidamaru. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2013

28. Jego prawdziwe oblicze

Ohayo! 
Na początku chciałabym od razu przeprosić za karygodne spóźnienie... Jednak w zeszłą środę, a także w następny poniedziałek i środę była (i będzie) rejonowa olimpiada. Więc nauka, zmęczenie.. Wszystko się kumuluje. Ale mogę obiecać, że postaram się poprawić w ciągu ferii zimowych.. Szkoda tylko, że będą one dla mnie dopiero od 11.02..:(
Dobra, nie zanudzam. Co do notki... Jestem w miarę zadowolona z końcówki, ale początek... Szkoda gadać.. Jednak chciałabym zadedykować ten rozdział kilku osobom... Po pierwsze wszystkim, którzy mieli ochotę zająć się Aku... W ten dobry i nieco gorszy sposób ^^ A także osóbkom, z którymi piszę na gg. Nawet nie wiecie jak bardzo poprawia mi to humor :D
Gomen'nasai, że zapomniałam o ankiecie.. Dlatego też mam dla Was kilka obrazków z całą naszą gromadką. Mam nadzieję, że znajdziecie wśród nich swoje... zamównienia xD

28. Jego prawdziwe oblicze


Manta biegł najszybciej jak potrafił, co rusz omijając nieco zdziwionych szamanów. Nie oglądając się za siebie, robił wszystko, aby jak najprędzej przekazać wiadomość Hao. Obejrzał się za siebie, jednak nikogo nie zobaczył. Czy możliwe, że nikt go nie ściga? Niezależnie od tego, nie miał zamiaru zwolnić. Omijał zaskoczonych pieszych, czasem nawet przebiegając im między nogami.
Był już bardzo blisko domu, gdy nagle, tuż przed nim, jak spod ziemi wyrosła jasnowłosa Szwedka z drużyny „€2”. Miała w rękach całkiem sporą sieć, otoczoną nieco bladoniebieską mgiełką foryoku. Uśmiechnęła się z tryumfem i rzuciła na chłopaka trzymany w rękach przedmiot do masowego połowu ryb (dzięki Spokoyoh za poetycki synonim xD). A przynajmniej miała taki zamiar.
Niespodziewanie, tuż przy jej nogach przeleciała jakaś brązowo-kremowa postać. Ciężko było od razu określić coś więcej, gdyż prędkość sprawiła, że kolory zupełnie się ze sobą pomieszały. W każdym razie, w efekcie, sieć upadła sobie spokojnie na piasek, a Manta znajdował się teraz kilka metrów dalej, razem ze swoim wybawicielem.
- Hao! – zawołał jasnowłosy, gdy po kilku sekundach otrząsnął się z zaskoczenia. Asakura jednak nie odpowiedział mu, tylko wstał i z pewnym zainteresowaniem począł przyglądać się zszokowanej dziewczynie, która gapiła się na leżący u jej stóp przedmiot jak kosmita na kapustę.
         Na widok ognistego szamana, Agnes nieco się przeraziła. Jednak zanim długowłosy zdążył cokolwiek powiedzieć, puściła się pędem z powrotem w kierunku swojej drużyny. Władca płomieni patrzył przez chwilę na uciekającą Szwedkę, po czym odwrócił się do Manty.
- Dlaczego ona cię goniła? – spytał.
- Ja… Hao, jest bardzo źle! Aku… On pertraktuje z tymi „Euro”! Widziałem jak ze sobą rozmawiali! No i jeszcze jego strój! Przecież ma te same kolory, co ich mundury! – wypowiedział szybko Oyamada.
- Co!? – zdenerwował się szatyn, po czym na jego twarzy pojawił się lekki strach. – Muszę jak najszybciej powiedzieć o tym Yoh!
         Zaraz po tych słowach, odsunął się nieco od Manty i zniknął w płomieniach.

♥♥♥

         Yoh siedział sobie nad stawem i czekał na przyjaciela. Aku obiecał mu, że załatwi coś w mieście i zaraz wróci. Spoglądając na spokojną wodę jeziorka, słuchawkowy rozmyślał o ostatnich wydarzeniach. W ciągu zaledwie kilku dni, Onaji stał się jego najlepszym przyjacielem. Ufali sobie bezgranicznie, byli jak bracia… No właśnie, bracia… Hao ostatnio jakoś inaczej się zachowuje. Aku sam zwrócił na to uwagę młodego Asakury. Wyraźnie widać, że coś się zmieniło. Dlaczego ognisty szaman nie jest taki jak dawniej…?
         W tym momencie, dał się słyszeć szelest krzaków za plecami wielbiciela cheeseburgerów.
- Spóźniłeś się nieco, Aku – zaśmiał się Yoh, odwracając głowę. Jednak, ku jego zdumieniu, osobą, którą zobaczył wcale nie był Onaji. – H-Hao…? – zdziwił się.
- Yoh, musisz mnie posłuchać, to bardzo ważne – powiedział poważnym tonem długowłosy i podbiegł do siedzącego bliźniaka. – Chodzi o Aku… On… nie jest z tobą do końca szczery.
- Co ty mówisz? – zdziwił się słuchawkowy, jednak w jego głosie słychać było lekkie rozdrażnienie.
- Powiedział ci może, że współpracuje z drużyną „Euro”?
- C-co…?
- To, co słyszałeś.
         Krótkowłosy zaniemówił. Spoglądał na brata z nieobecnym wyrazem twarzy. Musiał przemyśleć to, czego się dowiedział. I może nawet wyciągnąłby z tego jakieś wnioski, gdyby nie nagłe pojawienie się blondwłosego klona Hao na polance.
- Cześć Yoh! – zawołał z uśmiechem właściciel czarnej pelerynki, jednak wesołość wyparowała z niego w chwili, gdy zobaczył władcę płomieni.
- Aku… Ja… - zaczął niepewnie słuchawkowy, jednak po krótkiej chwili spiął się w sobie i na jednym wdechu powiedział – Hao mówi, że współpracujesz z drużyną Euro. To prawda?
- Że co? – „zdziwił” się Onaji, a następnie roześmiał. – Co to za bzdury? Ja z nimi?
- Manta widział, jak rozmawiałeś z ich przywódcą – wypowiedział oskarżycielskim tonem ognisty szaman.
- Chyba coś mu się przewidziało. Przecież to bez sensu! Ja miałbym z nimi współpracować?
- Wiedziałem, że mnie nie oszukujesz – uśmiechnął się Yoh. To było dla starszego Asakury za dużo.
- Yoh?! Wierzysz temu zakłamanemu oszustowi, a nie własnemu bratu!?
         Jego bliźniak trochę się zawstydził. Popatrzył na stojących obok, niemal identycznych szamanów. Spojrzał na chwilę w oczy Hao, wypełnione wściekłością i lekką goryczą. Zaraz potem chwycił za rękę blondwłosego towarzysza i rzekł:
- Chodźmy stąd, Aku. Chyba nie jesteśmy tu mile widziani.
         Władca płomieni stał jak sparaliżowany i nieobecnym wzrokiem patrzył na oddalającego się brata. Po kilku minutach po jego policzku spłynęła samotna łza.

♥♥♥

         Minęły trzy dni. Yoh zupełnie odłączył się od naszej gromadki. Wracał do domu jeszcze później, a wychodził zaledwie po kilku godzinach krótkiego snu. Anna przeprowadziła z nim jedną rozmowę, jednak po niej nie odzywała się właściwie ani słowem. W domu panowała jakaś dziwna, nieprzyjemna atmosfera. Horo stracił apetyt, Ryu zaczął przypalać jedzenie, Choco nie rzucał już głupimi żartami i chyba nawet Renowi zbrzydło mleko. Ucichły rozmowy i przyjacielskie kłótnie. Wszyscy byli w kiepskim nastroju, mimo że o treści rozmowy z młodym Asakurą dowiedzieli się tylko Manta i Anna.
         Hao zupełnie oderwał się od rzeczywistości. Cały czas miał nieprzytomne spojrzenie, prawie nic nie jadł i właściwie cały czas spędzał sam. Nikt nie wiedział, jak do niego dotrzeć. Nawet Oyamada, który ostatnio naprawdę zaprzyjaźnił się z długowłosym, nie miał pojęcia, co robić. Zwłaszcza, że tego dnia miała się odbyć walka „Drużyny Gwiazdy” z „€1”…

♥♥♥

- Nie! Opacho! – krzyknął Manta, obserwując z trybun jak Fernando Banavidez przymierza się do ostatecznego ciosu. Murzynek dotychczas uciekał przed potężnymi atakami Hiszpana, jednak teraz został otoczony przez całą zgraję małych byków.
         Wiele widzów wręcz wstało ze swoich miejsc. Chyba wszyscy zgodzimy się, że torturowanie małego chłopczyka nie jest czymś, na co można patrzeć obojętnym wzrokiem. Matki-szamanki pozasłaniały swoim dzieciom oczy, nie chcąc, aby widziały tak drastyczną scenę. Kilkaset par oczu skierowanych było teraz na osobę wysokiego bruneta, trzymającego w rękach czerwoną płachtę.
- Opacho… - szepnął ze strachem Hao, obserwując nieuniknioną klęskę swojego małego przyjaciela. Wiedział już wcześniej, że Opacho przegra. Nie miał szans z dorosłym, dobrze wyszkolonym szamanem. Pytanie brzmiało tylko „Czy przeżyje?”.
         Fernando zbliżał się z wrednym uśmiechem do przerażonej owieczki. W pewnym momencie rzucił okiem w stronę ognistego szamana. Widząc strach na twarzy Asakury, poczuł w sobie pewien tryumf. Zrobi to raz, a dobrze. Uniósł wysoko rękę, w której zmaterializował się czarny miecz z rogami zamiast tradycyjnego jelca.
- Opacho! Poddaj się póki możesz! – krzyknął w pewnym momencie Luchist, za co Hao w głębi duszy dozgonnie mu podziękował.
         Malec popatrzył pytająco na swojego mistrza, a gdy władca płomieni lekko skinął mu głową, cicho powiedział:
- J-ja… Poddaję się…
         Banavidez w ostatniej chwili wstrzymał atak tak, że ostrze znajdowało się zaledwie kilka centymetrów od główki murzynka. Był, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Popatrzył wściekle na stojących przy brzegu areny członków „Drużyny Gwiazdy”, do których zdążył już dołączyć zapłakany Opacho. Mogło się wydawać, że Fernando zaraz pobiegnie tam, aby, nie zważając na przepisy turnieju, dobić swojego małego rywala. Jednak, gdy Silva (A co mi tam xD Dawno facet nie miał nic do roboty ^^) oznajmił zwycięstwo „€1”, Hiszpan odpuścił. Wzruszył tylko ramionami i ruszył do czekających na niego Antonia i Björna. Niedługo jednak miał okazję „cieszyć się” towarzystwem blondyna, gdyż zaledwie chwilę później sędzia wywołał następnych szamanów do pojedynku.

♥♥♥

         Yoh siedział na trybunach razem z Aku i z przejęciem przyglądał się walce. Znaleźli sobie miejsca w najwyżej położonym rzędzie. Wszystkie siedzenia tam oraz nieco niżej, były wolne, co szczerze mówiąc mogło niektórych zdziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę świetną widoczność.
 Björn był bardzo silnym szamanem, jednak lata treningu u boku Hao sprawiały, że Luchist w niczym mu nie ustępował. Asakura oglądał niezwykle szybką wymianę ciosów. Cóż, tym razem Norweg nie trafił na łatwego przeciwnika.
- Myślisz, że uda mu się wygrać? – spytał szatyn.
- Gdyby mu się nie udało, „Drużyna Gwiazdy” odpadłaby z turnieju… - powiedział tylko blondyn, a na jego twarzy pojawił się przez krótką chwilę mściwy uśmiech. Słuchawkowy jednak tego nie zauważył, gdyż ani na moment nie przestawał obserwować pojedynku.
         Z każdą chwilą tempo ataków zwiększało się, jednak żaden z przeciwników nawet na sekundę nie zamierzał stracić panowania nad sobą. W pewnej chwili pastor przerwał grad strzałów, którymi dotychczas zasypywał wroga i w zamian za to utworzył wielką kontrolę ducha. Larsen, widząc przed sobą ogromną postać Lucifera, również postanowił wykorzystać nieco więcej foryoku. Po widowni aż przeszedł szum, gdy Björn stanął na ramieniu ogromnego wikinga, którego topór mógł mieć spokojnie kilkanaście metrów.
         Na chwilę wszystko ucichło. Przeciwnicy wpatrywali się w siebie bez mrugnięcia okiem. I nagle obaj zaatakowali. Po arenie rozszedł się przeraźliwy zgrzyt, gdy bronie obu duchów skrzyżowały się, blokując wzajemnie. Wszystko było już przesądzone – ten, który pierwszy opuści oręż lub popełni najmniejszy błąd, przegra. Używając całej swojej mocy, Luchist i Björn naparli na siebie. Przepychanka trwała już dość długo, a na twarzach obu szamanów pojawiły się kropelki potu. Żaden nie chciał ustępować, lecz w pewnym momencie… Trzask! Oślepiająco białe światło na kilka sekund oślepiło wszystkich widzów.
- Co tam się dzieje…? – spytał nieco wystraszony Yoh, zakrywając oczy dłonią, aby osłonić się przed blaskiem.
- Któryś z nich przegrał… - odparł Aku, który o dziwo w żaden sposób nie próbował się bronić przed utratą wzroku.
- Ktoś tam stoi – powiedział po chwili Asakura, gdy dało się już w miarę normalnie oglądać wydarzenia na arenie. – To… Luchist!
         Na te słowa, Onaji skrzywił się niezadowolony i burknął pod nosem coś, czego kulturalny szaman raczej by nie powiedział. Jednak i tym razem słuchawkowy nie zwrócił na to uwagi.
         Rzeczywiście, gdy światło zniknęło, dało się zobaczyć pastora stojącego na środku stadionu i leżącego tuż obok Norwega.
- Zwycięża Luchist Lasso z „Drużyny Gwiazdy” – oznajmił Silva, a identyczny komunikat pojawił się na ekranie. – W finałowej walce zmierzą się Hao Asakura i Antonio Pessimo!
         Na dźwięk imienia Hao, Yoh zasmucił się nieco. Każda myśl o bracie sprawiała mu ból. Dlaczego ognisty szaman tak chciał skłócić go z Aku…? Przecież niemożliwe, aby…
         Spojrzał na siedzącego obok blondyna. Ten odwzajemnił gest, po czym rzucił na moment okiem w stronę przygotowujących się do pojedynku szamanów i uśmiechnął się. Jednak coś było nie tak. To był przebiegły uśmiech.
- Królu Duchów… Co ja zrobiłem… - Zdążył tylko szepnąć ze strachem Yoh.

♥♥♥

         W tym samym momencie Hao i Antonio ustawili się na pozycjach. Kilka sekund później Silva krzyknął „Start!”. Władca płomieni nie miał zamiaru patyczkować się z przeciwnikiem i od razu utworzył w dłoni ognisty miecz. Jednak Pessimo nie ruszył się ani o milimetr. Nigdzie też nie było widać jego ducha stróża. Asakura, mimo iż z całego serca pragnął zwyciężyć Włocha, nie miał zamiaru atakować bezbronnego.
- Co jest, Hao? – zakpił brunet. – Boisz się mnie zaatakować?
- Nie masz nawet broni w ręce. A ja mam swój honor. Gdzie twój duch?
- Dobre pytanie… - przywódca grupy „Euro” uśmiechnął się tajemniczo. – Ale ja mam jeszcze lepsze. Gdzie jest twój braciszek…?
         To zupełnie zaskoczyło długowłosego. O co może chodzić? Antonio odwrócił głowę i spojrzał w górę trybun. Hao podążył za jego spojrzeniem. I nagle zamarł. Onaji trzymał Yoh i jedną ręką przykładał mu nóż do gardła.
- Hao Asakura, poznaj Aku. Jest moim duchem stróżem.

Wiem, wiem. Przerwałam w ciekawym momencie ;) Ale trzeba budować napięcie, prawda? ^^
Mam dla Was pewien bonus... Powiedzmy, że to alternatywna wersja pewnej sceny, która zrodziła się w mojej głowie i... troszkę namieszała... Chodzi konkretnie o scenę walki Bjorna i Luchista...
Na chwilę wszystko ucichło. Przeciwnicy wpatrywali się w siebie bez mrugnięcia okiem. I nagle... oba duchy niemal w tym samym momencie wysunęły swoje prawe ręce przed siebie.  Lucifer zacisnął swoje szpony w pięść, a wiking pokazał tylko wskazujący i środkowy palec.
- Kamień tępi nożyczki. Wygrałem - uśmiechnął się Luchist.

Wiem, scena jest co najmniej dziwna... Teraz obrazki






I to tyle :D Życzę miłego spędzenia ferii, niezależnie czy zaczynają się teraz czy dopiero za kilka tygodni :D
PS: Będę pracować w spisie blogów SK, który startuje mniej więcej w połowie lutego. Zainteresowani wstawieniem swojego bloga do spisu, będą już wkrótce mogli kontaktować się z wykonawcami ^^

poniedziałek, 5 listopada 2012

20. "Na powkurzanie brata nigdy nie braknie sił, czyli o sposobach okazywania sobie braterskiej miłości"


Bonsoir!
Co tam? Mam nadzieję, że wszystko gra :D Ja mam ostatnio trochę zbyt dużą głupawkę ;D
Nie będę się więc rozpisywać xD 
Kyaa! Ale jestem dumna z siebie - to chyba najszybciej napisana 5 stron Worda w historii.. Tak, dobrze słyszycie, przed Wami kolejny długi rozdział ;)
Co do tytułu, to muszę po części oddać honor mojej "korektorce", Kasumi ^^ Dzięki za wsparcie :D
W tym rozdziale musiałam wykorzystać motyw "Zwiadowców" - mojej ukochanej książki, z której pochodz mój kochany Will! Willuś! Przywitaj się!
Will: Dobry wieczór wszystkim! *macha energicznie łapką*
Hao: Opanuj się... Jesteśmy na wizji...
W: =.=
Sorry, oni tak zawsze xD (Prawda Nat? Prawda Kasumi? :D)
Pod koniec rozdziału czekają tym na Was razem obrazki autorstwa Lenny Lover oraz kilka innych, wybranych spośród moich ulubionych ;D
Dedyk dla wszystkich, przy których dostaję głupawki (one już wiedzą o kogo chodzi :D)



20. "Na powkurzanie brata nigdy nie braknie sił, czyli o sposobach okazywania sobie braterskiej miłości"

Z Johnem, Meene i Lysergiem rozstali się na skraju Patch. Widok trójki X-laws w towarzystwie dwóch zakapturzonych postaci mógłby wzbudzić niepotrzebną sensację, toteż uznali, że lepiej dla wszystkich będzie podróżować osobno.
         Bliźniacy starali się iść bocznymi dróżkami. Hao czuł się już dużo lepiej, a jego foryoku zaczynało się szybko regenerować. Nie wiedział jednak, że znaczący wpływ na to miała bliska obecność Yoh. Przy nim długowłosy czuł się bezpiecznie. Był szczęśliwy.
Szli w milczeniu, jednak cisza im nie przeszkadzała. Znajdowali się teraz w wąskiej uliczce, będącej odnogą głównej alei w Patch. W miarę, jak zbliżali się do względnie „otwartej” przestrzeni, ognisty szaman robił się coraz bardziej nerwowy. A jeśli ktoś ich rozpozna? Przecież wszyscy tutaj go nienawidzą… I jak w takim przypadku odniosą się do jego brata, gdy zobaczą, że się z nim pogodził…?
         Te rozmyślania przerwały nagle słowa młodszego Asakury, który zatrzymał się w cieniu, obok jakiegoś kontenera.
- Hao… Wiem, że obiecałem ci, że nie powiem o tobie moim przyjaciołom…
         Na dźwięk swojego imienia, władca płomieni natychmiast odwrócił się w kierunku bliźniaka.
- Ćśś! Jeszcze cię ktoś usłyszy…
- Ale, żeby ciebie ratować musiałem znowu opuścić dom – wielbiciel cheeseburgerów udawał, że nie dosłyszał upomnienia – i tym razem Anna nie była taka łaskawa…
- Powiedziałeś jej?!
- Przepraszam cię… Musiałem…
- Ehh… Właściwie to mogłem się spodziewać, że przed twoją dziewczyną nic się nie ukryje – westchnął długowłosy. Zaraz potem spojrzał na twarzyczkę brata i uśmiechnął się z politowaniem. – Kto jeszcze wie?
- Manta. Ale na pewno nikomu nie powie.
- Co ja z tobą mam… - powiedział jeszcze i poprawił bratu kaptur, który za bardzo nasunął mu się na oczy. Miał zamiar odwrócić się i iść dalej w stronę głównej drogi, ale ponownie odezwał się Yoh.
- Sądzę, że powinniśmy powiedzieć też reszcie. Nie chcę ich okłamywać… Zresztą, Faust na pewno lepiej zajmie się twoimi ranami niż ja.
         Hao zamyślił się. Wiedział, że kiedyś w końcu i tak będą się musieli dowiedzieć… Choć on sam zdecydowanie wolałby, żeby to „kiedyś” nastąpiło dużo później… Widząc jednak rozbrajający, błagalny wzrok słuchawkowego szamana, skinął lekko głową.
- Niech ci będzie… Ale powiemy tylko im. Ok?
         Młodszy Asakura, słysząc pozytywną odpowiedź, wyszczerzył się. Chwycił brata za rękę i, zanim ten zdążył zorientować się, co się dzieje, pociągnął go za sobą na główną aleję Patch,
         Znaleźli się niedaleko stadionu, Zaledwie nieco ponad trzysta metrów na południe stałby domek „Drużyny Asakury”, Zaś naprzeciwko wylotu wąskiej dróżki, którą się tu dostali, znajdowało się wejście do restauracji Karima.
         Yoh pociągnął zdezorientowanego Hao w kierunku swojego domku. Ze szczęścia wynikającego z możliwości opowiedzenia przyjaciołom o bracie, zupełnie zapomniał patrzeć przed siebie. Skończyło się to więc dość bliskim spotkaniem zakapturzonych postaci z pewnym wysokim członkiem rady, który, pochrupując bekonowe chipsy, spacerował sobie spokojnie po Patch.
- Hej! Patrzcie jak idziecie! – oburzył się Silva patrząc na rozsypane po ziemi przekąski.
- Przepraszam – rzucił szybko Hao, nieco zmienionym głosem. Już chciał się wycofywać, gdy przytrzymał go członek rady..
- Hej! A wy to kto? Nigdy was tu wcześniej nie widziałem…
- A co cię to obchodzi? – spytał opryskliwie ognisty szaman.
- Jestem członkiem rady szamanów i jednym z opiekunów wioski. Mam prawo wiedzieć.
- Yyy… Ja jestem… Halt! A to mój przyjaciel Gilan – w ostatniej chwili przypomniał sobie imiona bohaterów swojej ulubionej książki.
- Jesteśmy z „Drużyny Dębowego Liścia” – dodał Yoh, wpadając w średniowieczny klimat ^^
- Kojarzę tę drużynę… Ale wam jakoś nie wierzę! Pokażcie dzwonki wyroczni!
         Hao nie miał zielonego pojęcia, co robić. Przecież już ich identyczny wzrost dawał do myślenia… Gdyby pokazali dzwonki wyroczni, Silva mógłby się czegoś domyślić…
         Ukradkiem spojrzał na stojącą po drugiej stronie ulicy ławkę. Tuż obok niej znajdowała się donica z jakimś wysuszonym krzaczkiem. Czując, że nie ma innego wyjścia, zamknął oczy i skupił na nieszczęsnej roślince całą swoją uwagę. Z nietypowego transu wyrwał go krzyk jakiegoś dziecka.
- Mamo! Popatrz! Pali się!
         Podniósł powieki i ujrzał zbierający się przy płonącym obiekcie tłumek gapiów. Członek rady również odwrócił się aby sprawdzić, co wywołało takie zamieszanie.
         Ten moment wykorzystał Hao. Chwycił brata za rękę i szybko wyminął Silvę. Ten, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z ucieczki dwóch odzianych w czerń postaci.
- Gonić ich! – krzyknął i sam zaczął biec.
         Do pościgu przyłączyło się kilkoro szamanów, którzy utworzyli kontrole ducha i zaczęli strzelać strumieniami foryoku w zakapturzonych nieznajomych. Nie udało im się co prawda trafić, ale znacznie zmniejszyli odległość dziejącą ich od uciekinierów.
         Asakurowie biegli co sił w nogach, lecz osłabienie starszego z nich zaczęło dawać się we znaki. Licząc, że uda im się zgubić pogoń w labiryncie wąskich uliczek, skręcili w boczną dróżkę. Niestety, prowadziła ona tylko na niewielki placyk, z trzech stron otoczony ścianami. Znaleźli się w pułapce. Władca płomieni słyszał wyraźnie zbliżających się szamanów. Nie zważając już nawet na kaptur, który osunął mu się z głowy, skupił całe swoje odzyskane foryoku na jednym celu.
         Silva wiedział już, że ich mają. Dwaj nieznajomi skręcili w niewłaściwą odnogę. Wbiegł za nimi na mały placyk, spodziewając się ujrzeć ich stojących pod ścianą lub przygotowujących się do walki. Zobaczył jednak tylko wielki płomień. Jednemu z uciekinierów opadł kaptur. Odwrócił on głowę w ostatnim momencie, ułamek sekundy później znikając zupełnie w ogniu. Członek rady stał oniemiały:
- Czy to możliwe…? Czy to był…?

♥♥♥
           
         Gorący gulasz wesoło bulgotał w garnuszku, roztaczając wokoło smakowity zapach. Ryu już od pewnego czasu przyrządzał dla naszej gromadki potrawy ze wszystkich stron świata. Tak się akurat złożyło, że tego wieczoru obrał sobie za cel przygotowanie placków po węgiersku. Jedną ręką dosypywał do rondla przypraw, a drugą przerzucał placki smażące się na patelni, aby się przypadkiem nie przypaliły. Obok niego, zgodnie z otrzymaną zawczasu instrukcją, Tamao i Pirika kroiły warzywa na sałatkę, wesoło gawędząc o najróżniejszych sprawach. Po kuchni krzątał się też Horo, zaprzęgnięty przez siostrzyczkę do ugotowania wiśniowego kompotu. Anna i Manta wybrali się na zakupy.
         Pozostała część naszej gromadki, to jest Ren, Choco, Faust oraz Jun, siedziała w pomieszczeniu służącym za jadalnię.  Dziewczyna nakrywała do stołu, nekromanta w asyście Elizy, przyrządzał maść na użądlenia (przedzieranie się przez zarośla nie było najlepszym pomysłem xD), komik lamentował mówiąc, że od użądlenia przez pszczołę na pewno odpadnie mu noga, a fioletowowłosy za wszelką cenę starał się go uciszyć.
         Wtem, te ważne czynności przerwał dzwonek do drzwi. Do wielce odpowiedzialnego zadania, polegającego na zobaczeniu, kto tam się do nich dobija, został wydelegowany Tao. Z niezbyt zadowoloną miną podszedł do wejścia i nacisnął klamkę. Zobaczył dwoje staruszków: kobietę w czarnych, okrągłych okularach oraz mężczyznę, który patrzył na niego jakimś dziwnym, przeszywającym wzrokiem.
- Yyy.. Dzień dobry… - zaczął nieco zaskoczony Ren. – W czym mogę pomóc?
- Jesteśmy Kino i Yohmei Asakura. Jest tu może Yoh?
- Wyszedł na trening – oznajmił Chińczyk.
- Możemy wejść? – spytał staruszek.
- Proszę..? Ach tak! Oczywiście, proszę...
         Wpuścił gości do środka i zaprowadził ich do jadalni.
- Mistrzu Yohmei! Pani Kino! Co was tu sprowadza? – pierwsza odezwała się Tamao, która akurat wnosiła do pomieszczenia półmisek z gulaszem.
         Dziadek Asakura zwrócił się do chłopaków.
- Kino miała wizję. Obawiam się, że nie mamy wiele czasu. Skoro Yoh tutaj nie ma, może to oznaczać… - zaczął wyjaśniać, lecz przerwała mu żona.
- Potrzeba nam silnego wojownika. Może jeszcze nie jest za późno…

♥♥♥
           
         Pojawili się na jednym ze wzgórz otaczających Patch. Hao, który do teleportacji zużył prawie całe odzyskane foryoku, zachwiał się i, gdyby nie Yoh, zapewne upadłby na ziemię. Z daleka przypominało to nieco ćwiczenie z zaufania xD
- Hao! – krzyknął zaniepokojony właściciel pomarańczowych słuchawek.
- W porządku. Nic mi nie jest – odparł długowłosy słabym głosem. Uwolnił się z uścisku brata i usiadł na ziemi, patrząc w stronę wioski. Stąd, ludzie wydawali się być maleńcy, niczym mrówki. Jednak dobrze wyćwiczony w dostrzeganiu niedostrzegalnego wzrok Hao, mimo zmęczenia pozwolił rozróżnić wśród małych punkcików grupkę szamanów, nadal utrzymujących kontrolę ducha i rozmawiającego z nimi Silvę.
         Po krótkiej chwili, wielbiciel cheeseburgerów przysiadł się do bliźniaka. Przez jakiś czas obaj bez słowa wpatrywali się przed siebie, obserwując przemieszczających się uliczkami ludzi oraz powoli kierujące się ku horyzontowi Słońce.
- Dlaczego akurat to miejsce? – spytał zaciekawiony Yoh.
- Dlaczego…? Sam nie wiem. Kiedyś często tu przychodziłem, nieraz w towarzystwie Opacho. Wybrałem to, jako miejsce ucieczki… Możliwe, dlatego że sam tak jakby tu uciekałem… Przed nienawidzącymi mnie szamanami… przed niezrozumieniem… i chyba przed samym sobą…
- Hej! Nie zadręczaj mi się tu! – ofuknął go żartobliwie młodszy Asakura i dał bratu przyjacielskiego kuksańca w bok.
- Nie pozwolisz mi na chwilę refleksji? – spytał nieco urażony Hao.
- Nie – odparł na to jego bliźniak z wrednym uśmieszkiem i pokazał bratu język.
         Zaraz potem obaj zaczęli czochrać sobie nawzajem czuprynki. Jednak tym razem na tym się nie skończyło… Bardziej dla zabawy niż na serio, Asakurowie zaczęli się mocować, turlając po ziemi (Co z tego, że Hao był osłabiony? Na dokuczanie bratu zawsze znajdzie siły xD). Niestety, tak się pochłonęli tą czynnością, że nie zauważyli, że nieco za bardzo zbliżyli się do krawędzi stromego zbocza… Jeszcze jeden metr, a obaj lecieli już w dół na spotkanie z dnem kotliny, w której znajdowało się Patch. Na szczęście, mniej więcej w połowie drogi między szczytem wzniesienia, a ziemią, Yoh udało się utworzyć kontrolę ducha i uratować ich obu przed niechybną śmiercią w wyniku zderzenia z twardym gruntem.
         Po jakiejś minucie, w trakcie której bliźniacy dochodzili do siebie, słuchawkowy szaman wstał i podszedł do brata. O dziwo, ten miał na twarzy szeroki uśmiech i wesoło zawołał:
- Zróbmy to jeszcze raz!
         Właściciel pomarańczowych słuchawek pokręcił głową z politowaniem. Zaraz potem przyklęknął obok Hao i nałożył mu kaptur. Na oczy.
- Hej! – oburzył się długowłosy i również sięgnął po osłaniającą głowę część płaszcza Yoh, by odpłacić braciszkowi pięknym za nadobne.
         Zapowiadała się kolejna „walka”. Cóż… Jak widać dla tej dwójki taka błahostka jak spadnięcie z 30 metrów nie robi wielkiej różnicy, jeśli chodzi o powkurzanie brata xD

♥♥♥
           
- Teraz już wiecie, jaki mamy plan. Moim zdaniem to jedyne wyjście – oznajmił Yohmei.
         Młodzi szamani pokiwali ze zrozumieniem głowami. To, co opowiedzieli im dziadkowie Asakura brzmiało nieprawdopodobnie, jednakże… Jednakże nie można lekceważyć takiej wizji. Zwłaszcza tak potężnej medium.
- Skoro Yoh nie ma, nie możemy czekać. Wiem, że zadanie jest niebezpieczne, ale czuję, że w tej chwili mamy jeszcze szansę. Jednak potrzebny nam silny wojownik.
         Zapadła absolutna cisza.
- Ja się zgłaszam – pewnym tonem powiedział Ren. Kino spojrzała na niego, a następnie skupiła uwagę na swoich koralach, mówiąc cicho:
- Duchy w ciemności, jeśli słyszycie mój głos…

♥♥♥
           
         Ponownie znaleźli się w jednej z bocznych uliczek Patch. Niestety, jak na złość ta część wioski stanowiła dosłowny labirynt i bliźniacy już chyba czwarty raz znaleźli się obok starej, nieco zniszczonej tablicy z reklamą płynu do płukania ust („Jakość zatwierdzona przez Goldvę”).
- To bez sensu! – zawołał Hao i zrezygnowany przysiadł na stojącej pod ścianą skrzynce po mandarynkach.
         Yoh usadowił się obok niego. Miał chyba zamiar coś powiedzieć, ale przeszkodziło mu burczenie dochodzące z jego żołądka.
- Głodny jestem. Zjadłbym cheeseburgera… - rozmarzył się słuchawkowy szaman.
- Noo… Ja też…
- To może skoczę do Karima i przyniosę? – zaproponował młodszy z braci ze zniewalającą szczerością ^^.
- Taa.. Najpierw musiałbyś tam trafić.
- To nic trudnego. Wystarczy iść tam – odparł krótkowłosy i wskazał ręką na jedną z uliczek, na końcu której można było dostrzec charakterystyczny szyld baru. – Myślałem, że wiesz gdzie jesteśmy i krążysz tak specjalnie xD
         Hao zaliczył totalną glebę =.= Jego bliźniak, który najprawdopobniej miał z tego niezły ubaw, wyszczerzył się wrednie. Jednak na widok żądzy mordu w oczach ognistego szamana, ostrożnie wycofał się i począł zrzucać z siebie czarną pelerynę. Po krótkiej chwili, spędzonej na mocowaniu się z niechętnym do współpracy płaszczykiem, udało mu się w końcu uwolnić. Długowłosy z uśmiechem patrzył na zmagania brata. To znaczy uśmiechał się dopóty, dopóki nie oberwał ciemnym zawiniątkiem w twarz.
- To ja zaraz wracam! – zawołał Yoh i pobiegł w kierunku głównej drogi.
         Początkowo, Hao chciał go zatrzymać, ale zdał sobie sprawę, że oprócz kulinarnych korzyści^^, pojawienie się słuchawkowego u Karima, będzie mogło odwrócić nieco podejrzenia, co do ich związku z pseudo-Haltem i pseudo-Gilanem. xD Oparł się, więc o ścianę i obserwował ludzi, co jakiś czas pojawiających się w wąskim polu widzenia. Jednak po pewnym czasie czynność ta nieco go znudziła i chłopak pogrążył się we własnych myślach, zupełnie odrywając się od rzeczywistości.
- Aha! – dobiegł go nagle czyjś głos. – Mam cię!
         „Silva!”. Członek rady stał w końcu uliczki i niezbyt przyjaźnie spoglądał na odzianą w czerń postać. Hao, niewiele myśląc, rzucił się do ucieczki. Niestety tym razem nie było mu tak łatwo. Brakowało mu siły do szybkiego biegu, a Indianin był wypoczęty… W pewnym momencie ognisty szaman wybiegł nieświadomie na sam środek głównej alei. I wtedy dosięgnął go jeden z pocisków wystrzelonych przez totem-bazookę Silvy.
         Długowłosy upadł na ziemię, a z głowy spadł mu kaptur. Nie zważając już nawet na to, że wzbudził swoim pojawieniem się ogromną sensację, ostatkiem sił wstał i zaczął biec. Wtedy na drodze stanął mu Ren.
- No proszę… Kogo my tu mamy… - powiedział fioletowowłosy jakimś dziwnym, nieswoim głosem.
         Hao nie wiedział, co robić. Za sobą miał rozjuszonego członka rady, a przed sobą jednego z przyjaciół brata, w dodatku zachowującego się nader dziwnie… Wtem, Chińczyk podniósł rękę i w kierunku Asakury poleciała wielka kula z foryoku, która zepchnęła go aż pod ścianę jednego z domków. „Od kiedy to Ren tak potrafi?” – przeleciało przez myśl ognistemu szamanowi. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdyż odezwał się Tao:
- Cóż to Hao? Nie poznajesz mnie? – zapytał z jakimś nietypowym uśmiechem. Widząc niezrozumienie na twarzy długowłosego, dodał – Jestem tym, który cię pokonał ostatnim razem. Yohken Asakura!
         Oczy szatyna rozszerzyły się gwałtownie ze strachu. Skoro Ren został opętany przez Yohkena, to nie ma już ratunku… Pozbawiony foryoku, przykuty do ściany, patrzył jak Tao, a właściwie Yohken w ciele Chińczyka, podnosi guan-dao i wkładając w to całą swoją moc, uderza. Zamknął oczy, gotów na spotkanie z własnym końcem.

I to tyle!
Tak Kasumi, jednak wypadła mi reszka xD
Nie zabijajcie mnie proszę! *chroni się za Willem* Bo kto napisze nowy rozdział za mnie..? *.*
A teraz coś z czego jestem dumna: 
Dzięki Lenny_Lover! <3 (Z góry przepraszam za kiepską jakość skanów.. ;( I przypominam - kilknij aby powiększyć) :D Oto jak moja Moniczka wyobraża sobie moje czarne pelerynki ^^


To jest mój ulubiony <3
I jeszcze kilka zwykłych obrazków ;D
Ten pasuje do dzisiejszego tematu xD



Skoro tyle dzisiaj było Silvy, to nie mogłam go pominąć Xd

Jeszcze tylko ankieta:
a) Członkowie rady (mam dośc sporo obrazków ^^)
b) Powiedz "SEER"!
c) Smutno, ale uroczo *.*

I to na tyle! Nie zabijecie mnie? xD
Bonne nuit! :*