Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2013

37. Wola Króla Duchów



Yay! To chyba jeden z najdłuższych rozdziałów, jakie napisałam! *zaciesz* Tak, po tych krótkich pięciostronówkach, mam dla Was ponad siedem stron!
Szczerze mówiąc, wolałabym, aby ten rozdział miał jakiś bardziej... ciekawy numer, ot choćby 40... Liczba 37 jakoś nie wydaje mi się zbyt interesująca xD No, ale mniejsza z tym, bo raczej nie chcielibyście bym przeciągała ten finał w nieskończoność, prawda?
Ech, zaczynam paplać od rzeczy... 
To zanim przejdziemy do rozdziału, jeszcze jedna sprawa... Z tego, co mi wiadomo, byłam pierwszą osobą, która wprowadziła regularne spamy z obrazkami pod koniec notki... Trochę głupio mi o tym pisać, ale jak ktoś stwierdził w komentarzu, były one czymś, co w jakiś sposób wyróżniało mojego bloga... Dlatego, jeżeli chcecie robić coś takiego u siebie, to chociaż spytajcie... 
Dobra, to była ta mniej przyjemna część, a teraz coś innego. Cóż, ten rozdział jest dość kluczowy w całej historii, możliwe nawet, że jest najważniejszym... Czekałam na niego od bardzo dawna, mimo, że do samego końca nie byłam w 100% pewna jak on będzie wyglądać. Chciałabym zadedykować go wszystkim, którzy zostawiają u mnie komentarze, gdyż to właśnie Wy utrzymujecie mnie przy chęci do pisania :) 
Mimo wszystko, mój blog ma, jakby nie patrzeć, 19 obserwatorów, a pod ostatnią notką było tylko 9 komentarzy, w tym połowa od nie-obserwatorów...  Jeżeli nie macie pomysłu na komentarz, napiszcie tylko "przeczytałam/łem". Chcę po prostu wiedzieć, ile tak naprawdę Was jest ^^
Co tu jeszcze... Trochę się rozgadałam xD Dobra, powiem tylko, że mam w planie zacząć drugiego bloga o SK. Nie wiem jeszcze, czy zacznę go prowadzić przed wakacjami, bo wolałabym najpierw mieć kilka notek naprzód :)
Dobra, to już ostatnia sprawa! Dostałam głosy mniej więcej po równo na Annę i koty/Matamune, więc na końcu czekają na Was obrazki z Osorezan Revoir <3 Zapraszam do zamawiania na kolejne notki :D
To już nie przynudzając, zapraszam na rozdział

37. Wola Króla Duchów


- Hao…? – Yoh odezwał się po kilku minutach ciszy, która nastała po szokującej wiadomości. Zdawało się, że wszystko: wiatr, owady, małe zwierzątka, nagle zastygło, czekając na reakcję bliźniaków.
- Yoh… Ja… 
           Hao zacisnął powieki, z których chciały wypłynąć łzy. Poczuł na ramieniu przyjemne ciepło. Z początku myślał, że to jego brat, jednak kiedy odwrócił głowę, ujrzał tylko Ducha Ognia w nieco zmniejszonej, dwumetrowej wersji. Zasmucił się. Liczył, że Yoh zrozumie jego ideę… Bo przecież ludzi trzeba zniszczyć, prawda?
           Odwrócił się w stronę Króla Duchów, którego sylwetka widniała na horyzoncie. Tak blisko… A zarazem tak daleko… Jednak, czy to jest ten wymiar? Czy widoczny tutaj słup bladoniebieskiego światła nie jest tylko złudzeniem?
           Wtedy Hao coś zrozumiał. Szybko zwrócił się w kierunku bliźniaka, który nadal siedział na jednym z kamieni.
- Yoh, nie mamy wyboru. Musimy walczyć. Weź swoją katanę i… - tu zawahał się na moment - …powodzenia…
           Młodszy Asakura spojrzał na niego z lękiem, jednak posłusznie wstał i wyciągnął Harusame. Zaraz potem wprowadził do niego Amidamaru.
           Hao czuł drżenie dłoni, w której utworzył swój płomienny miecz. Jeszcze nigdy nie zaatakował Yoh, mając na celu zranienie go, nie mówiąc już o pozbawieniu brata życia…
           Zanim jednak zdołał do końca to przemyśleć, właściciel pomarańczowych słuchawek skoczył na niego z kataną uniesioną nad głowę. Niewiele myśląc, ognisty szaman sparował uderzenie, odskakując nieco do tyłu. Zaskoczony, poczuł w sobie nowe emocje, charakterystyczne dla wszystkich walk, które stoczył. Nagłe podniesienie poziomu adrenaliny dobrze mu zrobiło, bo, niewiele myśląc, wykonał szybkie cięcie z boku. Krótkowłosy osłonił się, po czym natychmiast oddał bliźniakowi.
           Wymiana ciosów trwała kilka minut, jednak jak na razie, była to tylko walka na umiejętności szermiercze. Żaden z Asakurów nie użył jak dotąd swojego foryoku. Bracia nie patrzyli też sobie w oczy, skupiając wzrok raczej na ostrzu miecza przeciwnika. Obaj bali się, że coś w nich pęknie, gdy spotkają spojrzenie tego drugiego… A skoro już zaczęli, nie chcieli kończyć.
           W pewnym momencie zaatakowali jednocześnie, a ich miecze złączyły się. Naparli na siebie, pragnąc jakoś uwolnić się z owej pułapki. Hao, który był nieco silniejszy, odepchnął od siebie bliźniaka tak, że chłopak zachwiał się i o mało co, a straciłby równowagę. Wtedy starszy Asakura cofnął się kilka kroków i, gdy zobaczył, że Yoh stoi już pewnie na nogach, zaatakował w nieco inny sposób.
- Duchu Ognia! Płomienne Ostrze!
           Za mieczem długowłosego poleciała łuna czerwonego światła, która następnie trafiła w zaskoczonego Yoh. Wielbiciel cheeseburgerów odleciał kilka metrów do tyłu, czując lekki swąd ze swojego stroju. Na szczęście, atak tylko nieco spalił mu kamizelkę, nie czyniąc więcej szkód. Czując się już pewniej, chłopak wstał, podbiegł do przeciwnika i skacząc, zawołał:
- Amidamaru! Otrze Aureoli!
           Złoty strumień foryoku poleciał w kierunku Hao, jednak ten osłonił się. Mimo to, siła ciosu sprawiła, że władca płomieni musiał cofnąć się nieco. Niezbyt z tego powodu zadowolony, wysłał w stronę brata kilka małych kul ognia. Nie uczyniły one co prawda żadnej krzywdy właścicielowi pomarańczowych słuchawek, ale sprawiły, że Asakura poczuł się jeszcze pewniej.
           W tej chwili rozgorzała prawdziwa walka.

♥♥♥

- Nie, przecież on zaraz…! Ach, nie sparował to… Ale teraz…! Nie, znowu mu się udało… Wow, to było niesamowite! – Pirika nawet nie zauważyła, że sama dla siebie komentuje walkę bliźniaków.
           Cała nasza gromadka zajęła miejsca dokładnie naprzeciwko telebimu, dzięki czemu miała najlepsze miejsca na arenie. Właściwie, to innym szamanom przez myśl nawet nie przeszło, by zająć siedziska, na których z całą pewnością będzie chciała usiąść Anna Kyoyama. Mimo to, stadion był pełny, co więcej, ludzie stali nawet w przejściach i unosili się nad areną. Członkowie rady pozwolili też szamanom stać w miejscu, gdzie zwykle odbywały się walki.
           Trudno było stwierdzić, komu kibicują szamani. Zacząć powinno się jednak od tego, że nadal byli w szoku po nagłym wyznaniu Hao. Co prawda, znalazła się grupka osób, które zaraz po tym stwierdziły „Wiedziałem od początku, że nie można mu ufać” czy też „To było oczywiste, że tylko udaje”. Wśród nich znaleźli się oczywiście X-laws, a także kilku innych, nieznanych nam z imienia szamanów.
           Jednak, o ile dla większości widzów to oświadczenie było wstrząsem, trudno powiedzieć, jak musieli się czuć nasi przyjaciele… Choco, który w tym momencie jadł kanapkę, wypluł całą zawartość swoich ust na siedzącego obok Horo. Ren upuścił butelkę mleka, która spadła na beton i rozbiła się na mnóstwo drobnych kawałków. Jun, Pirika i Tamao, pisnęły ze strachu. Dziewczęta z „The oak leaf team” otworzyły szeroko oczy ze zdumienia, nie potrafiąc nic z siebie wykrztusić. Byli członkowie X-laws, tj. John, Meene i Lyserg, po prostu zaniemówili. Ich szok można było porównać tylko z tym, co odczuwali Manta i Anna. Cała piątka wierzyła przecież, że Hao się zmienił, że nie chce już nikogo skrzywdzić, że zrezygnował z niszczenia ludzkości…
- C-co…? – zapytał wtedy Manta, drżącym głosem. – T-to niemożliwe…!
- Obawiam się, że możliwe… - powiedziała Anna, jednak jej głos był zupełnie pozbawiony jakichkolwiek emocji. – Nie wiemy, co wydarzyło się w jaskini…
           To wystarczyło, by członkowie naszej gromadki zrozumieli, że dziwne zachowanie bliźniaków jest efektem wielogodzinnego przebywania w tunelu. Niewiele im to pomogło, jednak zawsze lepiej wiedzieć, że przyjaciel ich nie oszukiwał.
- Poddali ich praniu mózgów! – krzyknęła wściekła Natalie, wstając ze swojego siedziska. Możliwe, że pobiegłaby teraz poskarżyć się członkom rady, jednak powstrzymały ją koleżanki z drużyny.
           Kilku szamanów, równie energicznych, co blondynka, pobiegło nawet do Bogu ducha winnych przedstawicieli Króla Duchów, którzy nie mogli nic poradzić na zmianę zachowania finalistów. Doszło nawet do niewielkich zamieszek, jednak te ostatnimi czasy stały się w Patch czymś zupełnie normalnym. Zaczęło się od telebimów, po czym widzowie mieli pretensje, że ekran non stop przez dwa dni pozostawał czarny. Nie pomogły wyjaśnienia członków rady, że w Yomi tak to już jest, że nic nie widać. Protestujący i tak wiedzieli lepiej…
           Wracając jednak do tematu, wszyscy obecni byli niezmiernie podekscytowani pojedynkiem. Wymiana ciosów nabrała tak szybkiego tempa, że bliźniacy przypominali teraz tylko dwie czarne smugi, otoczone błękitną lub czerwoną otoczką foryoku. Właściwie, to gdyby nie długość włosów i kolor szamańskiej mocy, bliźniaków ciężko byłoby odróżnić. Hao, który po walce z Renem stracił swoją pelerynkę, otrzymał strój identyczny jak brat, tyle że z czerwonymi obszyciami. 
- Nie, Yoh! – pisnęła Tamao, kiedy właściciel pomarańczowych słuchawek został dość mocno odepchnięty i na kilka sekund przywarł plecami do jednego z kamieni. Szybko jednak powrócił na ziemię i to w ostatniej chwili, bo ułamek sekundy później, w miejsce, gdzie się znajdował, ognisty miecz wbił się niemalże do połowy.
- Co się z nimi dzieje… - martwiła się Meene. Z nerwów ściskała dłoń Johna tak mocno, że do jego palców prawdopodobnie nie mogła już dotrzeć krew.
           W tym momencie stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Jakaś niewyjaśniona siła odepchnęła walczących od siebie tak, że znaleźli się teraz po dwóch przeciwnych stronach areny.
- Co do…?! – Ren wygłosił to, co pomyśleli teraz zapewne wszyscy na arenie.
- Bliźniacy Asakura – rozległ się potężny głos Króla Duchów. – Wasza walka trwa już zdecydowanie za długo. Jeżeli nie zakończycie jej przed zachodem słońca, zginiecie obaj! Zostały wam dwie godziny!
           Po widowni przeszedł szmer, który zaraz przerodził się w głośne rozmowy.
- Zginą obaj?!
- Co ten Król Duchów sobie myśli?!
- Na pewno znajdziecie jakieś wyjście… Wierzę w Was… - szepnęła Anna, jednak dosłyszeć ją mogły tylko dwie osoby, które siedziały tuż obok.

♥♥♥

           Na wieść, że jeszcze trochę, a zginą obaj, bliźniacy stanęli jak sparaliżowani. Teraz już naprawdę nie mieli odwrotu, musieli zakończyć tę walkę… Yoh, już nie pierwszy raz tego dnia, wyrzucał sobie w myślach, że nie powinien był dotrzeć do finału… Nie po to przecież przeżyli tyle z bratem, by musieć to tak szybko skończyć…
           Bo rzeczywiście, było tego sporo. W ciągu ostatnich miesięcy przeżyli uwięzienie przez X-laws, atak Yohane’a w ciele Rena, rozdzielenie przez Aku, walki z drużyną „Euro”… Młodszy Asakura poleciał nawet do Włoch i Nowej Zelandii, żeby odnaleźć odtrutkę… Potem poznali drużynę „The oak leaf team”, dzięki której Hao powrócił do zdrowia. Następnie czekało ich wiele walk, po których w końcu dotarli aż do finału… Pokonali tyle przeszkód, przeszli przez las, bagna, pustynię i krainę pokrytą lodem… I wszystko to tylko po to, by poróżniła ich jakaś jaskinia?!
- Hao! – zawołał młodszy z braci, jednak ognisty szaman nie zważał na to. Zaślepiony dziwnymi wizjami, które dotarły do niego w czasie pobytu w tunelu, nie myślał logicznie. Jedynym, czego chciał, było zwycięstwo w Turnieju.
           Skoczył teraz w kierunku Yoh z mieczem przygotowanym do śmiercionośnego cięcia. Narzeczonemu Anny w ostatniej chwili udało się odskoczyć. Zaraz potem, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, wielbiciel cheeseburgerów wykonał przeciwuderzenie, które rozpruło materiał na spodniach władcy płomieni.
           W pewnym momencie, kiedy Yoh posłał strumień foryoku w brata, a ten uchylił się, cios trafił w zewnętrzną barierę areny. Zamiast jednak rozpłynąć się w niej, jak dotychczas, atak odbił się, kierując znów w stronę bliźniaków. Hao zatrzymał cios na naprędce stworzonej tarczy, jednak jego siła sprawiła, że stracił równowagę.
           Yoh, korzystając z tego, podciął bratu nogi. Ognisty szaman upadł na plecy, po czym natychmiast przeturlał się na bok, by uniknąć spotkania z Harusame. W normalnej walce, zapewne wykorzystywałby umiejętność teleportacji, jednak tutaj była ona niemożliwa. Za pierwszym razem, kiedy długowłosy miał okazję się o tym przekonać, omal nie stracił ręki. Na szczęście skończyło się to tylko obcięciem jednego z pasków, przytrzymujących dzwonek wyroczni.
           Kiedy młodszy z bliźniaków mocował się z mieczem, który ugrzązł w ziemi, Hao udało się ponownie stanąć na nogach. Był zmęczony, dyszał ciężko, a obraz przed oczami zdawał mu się robić coraz mniej ostry. Władca płomieni zrozumiał, że jak tak dalej pójdzie, może nawet stracić przytomność. Posłał więc do brata potężną kulę energii, która mogła mieć co najmniej dwa metry średnicy.
           Yoh udało się odskoczyć, jednak fala foryoku odbiła się od ściany, kierując się znów w jego stronę. Młodszy z braci ponownie się uchylił. Jednak atak nie chciał się rozpłynąć, ciągle odbijając się od niewidzialnej bariery.
           Tak samo zaczęło się dziać z kolejnymi zadawanymi przez walczących ciosami. Nie minęło kilka minut, a arena wypełniła się latającymi we wszystkie strony strumieniami foryoku. Niekiedy, gdy się ze sobą zderzały, powstawał mały wybuch.
           Bliźniacy mieli więc teraz utrudnione zadanie, bo musieli uważać nie tylko na ataki przeciwnika, ale także na nadlatujące zewsząd strumienie foryoku.
           W pewnej chwili, kiedy bracia ponownie starli się ze sobą mieczami, wszystkie latające kule energii połączyły się w jedną. Ta zaś, jak zauważył Yoh, kierowała się dokładnie w kierunku pleców Hao…
- Hao, uważaj! – krzyknął Yoh, używając całej pozostałej mu siły na odepchnięcie bliźniaka na bok. Zaskoczony takim obrotem sprawy długowłosy, upadł na ziemię, spoglądając ja wielbiciela cheeseburgerów, który przyjął na siebie potężny atak.
           Młodszy z Asakurów poczuł tylko silne pchnięcie, które sprawiło, że przeleciał na drugą stronę areny i po raz enty tego dnia, został na kilka sekund przytwierdzony do ściany. Pierwszy raz jednak, zdał sobie sprawę, że utracił kontrolę ducha.
- Yoh-dono! – krzyknął Amidamaru, natychmiast wnikając z powrotem do miecza. Jego szaman nie musiał nawet mu tego nakazywać.
- Nic mi nie jest… - wydyszał chłopak, otrzepując się, a przy okazji pozbawiając też resztki dawnej kamizelki. I tak w połowie była już ona spalona lub pocięta.
- Uważaj! – ostrzegł samuraj, widząc, że Hao przygotowuje się do zadania kolejnego ciosu.
           Właściciel pomarańczowych słuchawek zręcznym ruchem ominął mknący w jego stronę strumień ognia, przy okazji zbliżając się dość znacznie do przeciwnika. Wstał szybko, lecz w tym momencie poczuł silny ból w kostce. Ognisty szaman wykorzystał moment i uderzył go mocno płazem miecza. Młodszy Asakura chciał wstać, lecz ze strachem stwierdził, że nie potrafi. Prawdopodobnie doszło do skręcenia lub – co gorsza – złamania.
           W ostatniej chwili, przetoczył się na plecy i przeszedł do pozycji siedzącej. Sparował pierwsze cięcie brata, jednak drugie wytrąciło mu Harusame z dłoni. Był bezbronny. Kątem oka zauważył, że otacza ich ognisty krąg, który mógł mieć nie więcej niż dwa metry średnicy. Znalazł się w pułapce.
           Nieco się tego obawiając, przeniósł ponownie wzrok na ostrze płomiennego miecza. Musiał wręcz zrobić zeza, bo znalazło się ono teraz niecałe dziesięć centymetrów od jego szyi. Tknięty jakimś wewnętrznym impulsem, odważył się spojrzeć w wypełnione ogniem nienawiści oczy bliźniaka.
- Gratuluję… - szepnął cicho. – Wygrałeś.
           Zaraz potem spuścił wzrok, by nie pokazać łez, które za wszelką cenę, pragnęły z niego wypłynąć. Naprężył mięśnie, gotów na śmierć.
- Żegnaj Hao… Mimo wszystko… Dziękuję, że miałem takiego brata…
           Bardziej wyczuł niż zobaczył, jak Hao unosi nad głowę swój miecz. Zacisnął zęby i wbił palce w piasek areny, czekając na cios. Jednak ten nie nadszedł.
           W zamian za to, poczuł czyjąś dłoń na swojej brodzie. Osoba, która go dotknęła, zmusiła go by uniósł głowę. Nieco obawiając się, czy nie zobaczy przed sobą jakichś istot z zaświatów, ostrożnie rozchylił powieki.
           Zamiast aniołów czy też demonów, ujrzał przed sobą tylko lekko uśmiechniętą twarz brata, którego oczy zaszklone były od łez. W jednej ręce trzymał niewielki sztylet, będący jakby zmniejszoną wersją jego miecza.
- Yoh… Nie wiem, co we mnie wstąpiło… Ale tak dalej być nie może… O mało co, a pozbawiłbym życia jedynego brata… - W tym momencie Hao wcisnął do dłoni bliźniaka rękojeść sztyletu. – Nie zasługuję na to, by opuścić to miejsce. Zabij mnie i zostań królem. Nie wyobrażam sobie nikogo lepszego na to stanowisko. Przepraszam cię… Przepraszam za wszystko…
           Nie powstrzymywał już dłużej łez, które spływały mu po policzkach, by następnie opaść na piasek areny.
           Yoh spoglądał z całkowitym niedowierzaniem, to na ognistego szamana, to na sztylet w swojej dłoni.
- Hao… - szepnął, jednak brat nie dał mu dojść do słowa.
- Nie Yoh, tak trzeba… - W tej chwili chwycił dłoń bliźniaka, w której znajdował się nóż i zbliżył ją do swojej piersi. – Kocham Cię, braciszku…
           Po jego policzku spłynęła ostatnia łza tego dnia.

♥♥♥

           Widzowie wpatrywali się w ekran z niedowierzaniem. Yoh leżał bezbronny na ziemi, a nad nim pochylał się Hao z mieczem tuż przy gardle przeciwnika. Otaczał ich pierścień płomieni.
           Nagle, starszy z bliźniaków uniósł miecz i… obraz zniknął.
- No nie! To są chyba jakieś żarty!!! – zdenerwowali się szamani na widowni.
- Tak nie można! – wściekali się inni.
           Jednak dla niewielkiej grupki oznaczało to coś zupełnie innego. Ich obawy się ziściły. Największy koszmar stał się rzeczywistością. Iskierka życia ich najlepszego przyjaciela zgasła. I to przez kogo?! Przez osobę, której ufał bezgranicznie, którą kochał braterską miłością… To paradoks, gdy osoba, dla której bez wahania poświęcilibyśmy własne życie, tak po prostu je nam odbiera. I to dlaczego?! W imię jakiejś chorej idei?! Przecież zawsze wydawało się, że Asakurowie wyznają zasadę „Co tam świat, wkurzanie brata jest ważniejsze”…
           Anna opadła bez sił na swoje siedzenie, wtulając się w siedzącego obok Mantę, aby ukryć łzy. Chłopcy oraz Ryu i Faust siedzieli jak sparaliżowani. Tamao, Pirika i Jun przytuliły się do siebie, płacząc. Meene ukryła twarz w koszuli Johna. Anabellee oparła się o Natalie, chowając zaszklone oczy pod kapturem płaszcza. Cassie natomiast objęła rękami ramię siedzącego obok Lyserga, który pocieszająco pogłaskał ją po głowie.
           Mikihisa, Keiko oraz reszta Asakurów, którzy przybyli, aby obserwować finał również ogromnie cierpieli. Ojciej bliźniaków otoczył żonę ramionami i przycisnął ją mocno do siebie. Nawet dziadkowie sprawiali wrażenie załamanych.
           Dla tych szamanów świat już nie istniał, bo zabrakło osoby, która nadawała mu blask.

♥♥♥

           Nagle usłyszeli donośny grzmot, po czym niebo nad nimi zasnuło się ciemnymi, prawie czarnymi chmurami. Jedynym światłem był teraz płonący krąg dookoła.
           Nie zwracali jednak na to uwagi. Hao wciąż trzymał dłoń Yoh, próbując ją przybliżyć do swojej piersi. Ten jednak wypuścił broń i, zanim starszy z Asakurów zdołał cokolwiek zrobić, rzucił się bliźniakowi na szyję. Nie obchodziła go skręcona kostka, tylko to, że wrócił jego ukochany brat.
- Yoh, co ty robisz? Przecież…!
- Zamknij się, idioto – wyszczerzył się wielbiciel cheeseburgerów. – Witaj z powrotem wśród żywych.
- Sam się zamknij – Hao uśmiechnął się delikatnie. Później nic już nie mogło powstrzymać go przed dobraniem się do fryzurki kochanego braciszka.
- Bracia Asakura! – rozległ się znany już nam wszystkim głos.
- No nie… Pan gaduła się odezwał… - mruknął Hao. Wesoły nastrój prysł niczym bańka mydlana.
- Bracia Asakura, nadszedł już czas. Macie ostatnią szansę, jeśli nie chcecie zginąć! Jeżeli jeden z was nie uśmierci drugiego, to będzie wasz koniec.
           Bliźniacy spojrzeli po sobie. Wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie, by wiedzieli, co będzie dalej.
- Czyli ten, który stąd wyjdzie zostanie Królem Szamanów, tak? – spytał Hao, pomagając bratu wstać. Ten, z powodu skręconej kostki, musiał podpierać się non stop o ramię władcy płomieni.
- Owszem – odpowiedział Król Duchów.
- I zwycięzca otrzyma Króla Duchów jako stróża, tak? – chciał się dowiedzieć Yoh.
- Nie do końca – oznajmił rozmówca. – Król Szamanów otrzyma moją moc, jednak ja nie mogę zostać niczyim stróżem.
- To jest właśnie to, co chciałem usłyszeć… - młodszy z Asakurów uśmiechnął się wrednie, a Król Duchów zdał sobie sprawę, że zaczyna tracić panowanie nad sytuacją.

♥♥♥

           Wszyscy znani nam szamani zebrali się w jednym miejscu, próbując się jakoś wzajemnie pocieszyć. Niestety, dość marnie im to szło. Najtrudniej dotrzeć było do Anny, Manty, Keiko i Mikihisy, którzy zdawali się zupełnie wytrąceni z rzeczywistości. Kino mruczała coś nad swoimi koralami, próbując skontaktować się ze światem duchów. Jednak nie potrafiła. Coś nie pozwalało jej dotrzeć do zaświatów.
           Członkowie rady, nieudolnie próbowali wytłumaczyć szamanom z Patch, że nie mają wpływu na przebieg finału i że są tylko pośrednikami między Królem Duchów, a członkami Turnieju.
           Mimo to, zamieszki i tak ucichły. Wszyscy, może z kilkoma wyjątkami, w głębi serca ogromnie współczuli Asakurom i ich przyjaciołom. Bali się też, co będzie, kiedy Hao wróci do tego wymiaru. Czy zabije ich wszystkich bez wahania?
           Nie dane im było zbyt długo się nad tym zastanawiać, gdyż nagle, zaledwie kilka metrów od załamanych przyjaciół bliźniaków, pojawił się snop złotego światła. Zaczął on tworzyć dwie, niemal identyczne sylwetki, które z biegiem czasu zaczęły nabierać coraz to wyraźniejszego kształtu i koloru. Nim widzowie się spostrzegli, stanęli przed nimi bracia Asakura. Każdy z nich miał na sobie nieco nietypowy strój, składający się z koszuli, długich spodni, włożonych do wysokich butów oraz peleryny, obszytej dookoła futrem. W przypadku Yoh, ubranie miało kolor pomarańczowy, w przypadku Hao – czerwony. Jednak przedmiotem, który najbardziej przyciągnął uwagę wszystkich, były dwie korony, puste w środku – symbol władzy książęcej.
- Yoh! – krzyknęła Anna, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. – Ty żyjesz!
           Nikt nawet nie próbował jej powstrzymać, kiedy – zupełnie do siebie niepodobnie – rzuciła się narzeczonemu na szyję. Ten, z początku stracił równowagę, jednak dzięki pomocy Hao, również wtulił się w ukochaną.
           Trudno opisać radość, która towarzyszyła wszystkim. Co prawda, na początku nie byli zbyt ufni w stosunku do Hao, jednak po wielu przeprosinach i zapewnieniach ze strony braci, do naszych szamanów dotarło, że to wszystko było tylko chwilowym efektem przebywania w tunelu.
- Ale jak to właściwie możliwe? Przecież słyszeliśmy, jak Król Duchów…
- Król Duchów nie jest wcale taki tępy, na jakiego wygląda… - uśmiechnął się Hao. – Da się z nim dogadać, prawda, braciszku?
- Oj tak… Da się, da…

♥♥♥

- Zdecydowaliście w końcu? – Król Duchów zaczął się niecierpliwić.
- Tak – uśmiechnął się młodszy z bliźniaków.
- Owszem – zawtórował mu starszy.
- I jak?
- Cóż, ja go zabić nie mam zamiaru.
- Ja jego też nie.
- To jak to sobie wyobrażacie?! – głos Króla Duchów zaczął drżeć.
- Moc można podzielić, czyż nie?
- Tak… I co?
- A przecież nic by się nie stało, gdyby zamiast jednego króla było dwóch książąt, prawda?
- Ale… Nie to to chodzi w turnieju! – zawołał zaskoczony Król Duchów.
- No ale to dużo lepsze wyjście. W razie czego, książęta mogą być w dwóch miejscach jednocześnie…
- Może i tak… Ale przecież…
- Królu Duchów, jesteś przecież inteligentny. Zdajesz sobie sprawę, że nawet po śmierci, jako twoja część, nie damy ci tak szybko spokoju… - powiedział Hao powoli, tak jakby tłumaczył coś małemu dziecku. - A jako książęta moglibyśmy zrobić coś dobrego dla świata…
           Przez kilka minut panowała absolutna cisza. Król Duchów musiał dokładnie przemyśleć propozycję.
- ... Niech wam będzie… Ale najważniejsze decyzje macie konsultować ze mną, jasne?
- Tak jest! – wyszczerzyli się bliźniacy, salutując.
           Król Duchów tylko westchnął, po czym zabrał się za przekazywanie Asakurom wszystkiego, co powinni wiedzieć. Kiedy bracia przyglądali się swoim odbiciom w lustrze, mierząc nowe stroje, powiedział tylko do siebie:
- Strzeż się świecie… Oto twoi nowi władcy… Chociaż, kto wie…? Może okażą się przydatniejsi niż na pierwszy rzut oka…?

EDIT (25.10.2014): TEN ROZDZIAŁ JEST OFICJALNYM ZAKOŃCZENIEM BLOGA. Wszystkie następne są jedynie nieudanymi próbami kontynuowania historii, która moim zadaniem powinna się zakończyć tutaj. Dziękuję za przeczytanie tego amatorskiego opowiadania :)
~Yohao

No i tyle ^^ Zanim przejdziemy do Osorezan Revoir, coś pasującego tematycznie do notki:




























Adresy uzupełnię wieczorem! :D
Do następnej notki, bay! :)

czwartek, 14 lutego 2013

Romeyoh i Julianna


Witam wszystkich!
Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył, mamy walentynki! A to oznacza serduszka, kwiatuszki, czekoladki... I tak do znudzenia... Ech, moim zdaniem to po prostu komercyjne święto.. A szkoda.. 
Jednakże, nawet mi udzielił się ten romantyczny nastrój. I stworzyłam... coś xD A tym czymś jest pewna historia, oparta na... zresztą, sami zobaczycie ;)
Ostrzegam tylko od razu, że akcja dzieje się w nieokreślonych czasach. W większości jest to coś na wzór XVII wieku... Ale z pewnymi dodatkami... 
Dobra, tłumaczyć się nie będę. Dedykuję wszystkim zakochanym parom oraz Kasumi (za wielką pomoc i cierpliwość w poprawianiu) oraz Spokoyoh (za wymyślenie tytułu (patrz wyżej ^^)) :D
 Zapraszam na opowiadanko ;)

Yoh i Anna

Dawno temu, w czasach, gdy noszenie przy sobie szabli było czymś normalnym, a dziewczynki wychodziły za mąż już w wieku kilkunastu lat, w pewnym mieście stały dwie, bogato zdobione, otoczone pięknymi ogrodami rezydencje. Zamieszkiwały je dwa zwaśnione od pokoleń rody Kapuletów i Montekich. Nikt właściwie nie wiedział, co było powodem tej nienawiści. Obie rodziny były równie zamożne, lecz miały zupełnie różny gust. Jeśli tylko Kapuletowie zakupili nowego konia, ich sąsiedzi musieli nabyć całą stadninę.  Gdy zaś to Montekowie zamówili dla siebie rzeźbę znanego artysty, ich rywale musieli zlecić namalowanie wielkiego portretu najsłynniejszemu malarzowi w mieście. W ten sposób koło się zamykało i jedynymi osobami, które korzystały na sporze, byli wytwórcy luksusowych lub drogich przedmiotów. A kłótnie ciągnęły się i ciągnęły w nieskończoność, ku znudzeniu wszystkich pozostałych mieszkańców dzielnicy.
            Kapuletowie mieli nastoletnią córkę o imieniu Anna, która większość roku spędzała na stancji w stolicy. Teraz akurat oczekiwano jej powrotu do domu na przerwę.
            Państwo Montekowie byli za to rodzicami piętnastoletnich bliźniaków: Yoh i Hao. Chłopcy posiadali brązowe włosy i czarne oczy. Rozróżnić ich dało się tylko po długości kosmyków. Starszy z nich nosił bowiem włosy do pasa, młodszy, krótsze, nieco poniżej ramion. Kochali się szczerą, braterską miłością i zawsze wzajemnie wspierali. Szczególnie teraz pomoc Hao była niezwykle ważna dla Yoh, który zakochał się nieszczęśliwie w dziewczynie, która nie odwzajemniała jego uczucia.
            Najlepszym przyjacielem Yoh, poza Hao, był Manta Oyamada. Ten niewysoki chłopak brzydził się przemocą, a posiadał za to wyjątkowo wnikliwy umysł.
- Cześć, Yoh! Witaj, Hao! – Chłopak uśmiechnął się spotykając po drodze przyjaciół.
- Witaj… - odrzekł smutno młodszy z braci.
- Co się dzieje?
- Mój kochany młodszy braciszek zakochał się w Rozalinie… - westchnął Hao. – I w żaden sposób do niego nie dotrzesz…
            Manta chciał chyba coś powiedzieć, gdy przed nim, po drugiej stronie ulicy, zatrzymał się elegancki powóz, z którego wyszła młoda blondynka w towarzystwie wysokiej, zielonowłosej opiekunki. Oyamada wpatrywał się w dziewczynę jak zaczarowany, przez co miał nieco nieprzytomną minę.
            Hao odwrócił się, aby zobaczyć czemu tak przygląda się jego przyjaciel, jednak panienka zdążyła już wtedy wejść do środka.
- Hej, Yoh! Mam świetny pomysł – zawołał długowłosy, przypominając sobie o pewnym zaproszeniu, które otrzymał kilka dni temu. – Pójdziemy na bal maskowy! Tam na pewno spotkasz dziewczynę, przy której zapomnisz o tej swojej Rozalinie! ^^
- Rozalina… - załkał tylko jego brat.
***
Jeszcze tego samego wieczoru trójka chłopaków udała się na główny plac miasta w eleganckich strojach i maskach. Jak się okazało, przyjęcie cieszyło się dużym zainteresowaniem płci przeciwnej w najróżniejszym wieku. Od kilkuletnich dziewczynek w uroczych warkoczykach do poważnych, starszych dam, dyskutujących na najróżniejsze tematy przy niewielkich stolikach.
            Wśród tańczących, Monteki zauważył Horo Horo, chłopaka, który pochodził z rodziny Kapulet. Próbował on zmusić do tańca pewną blondynkę w stroju królowej. Dziewczyna jednak opierała się, a gdy namowy stały się zbyt nachalne, przyłożyła niebieskowłosemu z liścia.
- To my lecimy, a ty poszukaj sobie kogoś. – Hao uśmiechnął się znacząco i szturchnął brata w bok. Zaraz potem udał się z Mantą w stronę stolika z przekąskami.
            Yoh przez chwilę stał i rozglądał się. W pewnym momencie napotkał wzrok blondynki, która nie chciała wcześniej tańczyć z Horo Horo. Przez długi czas nie potrafili oderwać od siebie oczu. Monteki czuł, jak jego serce bije coraz szybciej. W momencie z jego myśli uciekła Rozalina. Teraz liczyła się dlań tylko ta jasnowłosa piękność.
            Nogi same powiodły go w stronę nieznajomej. O dziwo, ona też się do niego zbliżyła. Ledwie stanęli przed sobą, a muzycy zagrali wolną, romantyczną melodię.
- Zatańczysz? – spytał z wahaniem Yoh wyciągając rękę.
- Chętnie – szepnęła cicho dziewczyna rumieniąc się lekko. Zaraz potem położyła mu dłonie na ramionach.
- Yoh ^_^
- Anna…
            W tym momencie zdawało się im, że wszystko dookoła rozpłynęło się w powietrzu. Byli tylko oni dwoje i muzyka. Nastolatkowie wpatrywali się w swoje ciemne tęczówki. Nogi same ich prowadziły. W ostatnim takcie utworu, Monteki chwycił mocniej blondynkę, przechylił ją do tyłu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Ona nie opierała się, tylko położyła dłoń na jego policzku.
            Po chwili oboje stanęli już wyprostowani. Yoh chwycił dziewczynę za ręce.
- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? – spytał.
- Teraz już tak… - odpowiedziała i pozwoliła, aby chłopak ponownie ją pocałował.
            Stali tak przez dłuższą chwilę, nie widząc świata poza sobą.
- Yoh! – Usłyszeli nagle głos Hao. Szybko odsunęli się od siebie zawstydzeni.  – Ojciec nasz szuka! Musimy szybko wracać do domu!
            Zanim szatyn zdołał cokolwiek zrobić, jego brat i przyjaciel pociągnęli go za sobą. Chłopak w ostatniej chwili wypowiedział bezgłośnie w stronę swojej nowej miłości:
- Kocham cię, Anno…
            Zaraz potem jej widok zasłonili mu tańczący ludzie. Jednak on nadal miał przed oczami jej niesamowicie piękną twarz, te cudownie lśniące w blasku księżyca włosy i głębokie, ciemne oczy okolone długimi rzęsami.
            W drodze do domu Manta spytał:
- Yoh, a tak właściwie to, co ty tam robiłeś z córką Kapuletów?
            Chłopak zamarł. Nie miał pojęcia, że blondynka, z którą tańczył była dziedziczką najzacieklejszych wrogów jego rodziny.
- Okrutny losie! – krzyknął zatrzymując się. – Dlaczego ja muszę mieć takiego pecha?!
- Proszę…? – Jego przyjaciel nic z tego nie zrozumiał.
- Moja ukochana, moja największa miłość musi być moim największym wrogiem?!
- Ojej… Ech, braciszku… Ty to masz pecha… Ale nie łam się, będą jeszcze inne…
- Nie! Nie będzie już żadnych innych!
***
Tymczasem Anna nadal wpatrywała się w miejsce, gdzie zniknął Yoh. Dlaczego czuła przy nim taką lekkość…? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyła. Mimo, że nie raz o tym czytała, nie chciała dopuścić do siebie myśli, że mogła się… zakochać…? Jednak ten chłopak był tak przystojny i delikatny…
- Jun? – spytała opiekunkę, która była zarazem jej najlepszą przyjaciółką. – Kim jest ten chłopak, Yoh? – Anna wiedziała, że zielonowłosa obserwowała jej taniec z młodzieńcem.
- Przykro mi, nie wiem… - odpowiedziała niania.
            W tym momencie podszedł do nich kuzyn Kapuletówny, Horo Horo. Szczerze mówiąc, dziewczyna niezbyt za nim przepadała. Był on dość porywczy i nieco zadufany w sobie.
- Co za szczęście, że Montekowie już poszli. Aż mnie korciło, by przyłożyć temu Hao… Myśli, że jest nie wiadomo kim… - mruknął niebieskowłosy, po czym dodał: - A jego brat, Yoh, jest taki sam…
***
Tej nocy, gdy wszyscy normalni ludzie leżeli już w swoich łóżkach, przez wysoki żywopłot przemykała się ciemnowłosa postać. Yoh, uważając, żeby nie wydać ani jednego dźwięku, powoli przeszedł na teren ogrodu sąsiada. Klucząc między starannie przystrzyżonymi rabatkami, zbliżał się do swojego celu. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy zobaczył Annę, stojącą na balkonie i wpatrującą się w gwiazdy. Jej jasne włosy lśniły srebrzyście w blasku Księżyca.
- Anno! Najdroższa, spójrz na dół!
- Witaj, Yoh – szepnęła i posłała mu całusa. – Czego szukasz na tym niebezpiecznym dla ciebie terenie, Monteki?
- Przyszedłem tu, by popatrzeć na twoją cudowną twarz, która nie znika mi z pamięci nawet na sekundę!
- Nigdy nie wierzyłam, że prawdziwa miłość jeszcze istnieje… Powiedz Yoh, czy ty naprawdę mnie kochasz? Szepnij jedno słowo, a moje serce już zawsze będzie należeć do ciebie.
- Kocham, Anno! I nigdy nie przestanę! Jednakże… Czy nie obawiasz się gniewu rodziców?
- Dla ciebie gotowa jestem porzucić…
            Nagle, w krzakach za Yoh dały się słyszeć jakieś szelesty, trzaski i szepty. Chłopak gwałtownie odwrócił się, wyciągając szablę. Jednak, ku jego zdumieniu, z zarośli wypadł Manta.
- Hao! Coś ty nar… - zaczął jasnowłosy, nie zauważając z początku obserwującego go przyjaciela.
- Co wy tu robicie?! – bardziej zdziwił się niż zdenerwował szatyn.
- My… tylko… - wyjąkał Hao, wyczołgując się spomiędzy gałęzi. W jego włosach utknęło kilka liści, przez co wyglądał dość komicznie.
            Yoh westchnął. Odwrócił się znów do Anny. Na twarzy dziewczyny widniał lekki uśmiech.
- Najdroższa, pozwól mi przedstawić mojego…ekhem… troskliwego braciszka, Hao… A także przyjaciela, Mantę.
- Ogromnie mi miło, mademoisselle – powiedział Hao, kłaniając się nisko.
            Wtem, z wąskiej alejki wypadł Horo Horo, z wściekłością w oczach i szablą w dłoni.
- Ty parszywy, podstępny… Jak śmiesz odzywać się do mojej kuzynki! – krzyknął rzucając się w stronę Yoh. Szatyn odskoczył w ostatniej chwili, odruchowo wyciągając miecz.
- Stój, Horo Horo! Nie chcę cię atakować – powiedział spokojnie młodszy Monteki.
            Jednak niebieskowłosy go nie słuchał. Z wściekłością w oczach skoczył ponownie na ukochanego Anny. Ostrze jego broni opadało z ogromną szybkością i siłą. Mogło się wydawać, że chłopak zaraz pożegna się z życiem. Jednak zaledwie kilka centymetrów od jego głowy szabla została zatrzymana. Monteki i Kapulet z lekkim szokiem spojrzeli na ostrze miecza, które w ostatniej chwili przeszkodziło niebieskowłosemu w odebraniu wrogowi życia. Hao, z wściekłością w oczach spoglądał na oprawcę swojego bliźniaka.
- Nikomu nie wolno krzywdzić mojego brata! – wycedził, a następnie zmusił niebieskowłosego do cofnięcia broni.
- En garde! – krzyknął równie wściekły kuzyn Anny.
            Rozpoczął się pojedynek. Ostrza, co chwila zderzały się ze szczękiem. Pośród różnego rodzaju flint, cięć i pchnięć trudno było powiedzieć, kto ma w danej chwili przewagę.
- Stójcie! Przestańcie! – zawołała zaniepokojona Anna. – Ciszej!
            Yoh widząc, że bójka staje się coraz bardziej zacięta, nie potrafił dłużej stać bezczynnie. Wskoczył pomiędzy walczących, wywołując u nich lekkie zdezorientowanie. Monteki odciągnął swojego brata na bok, jednak Horo skoczył za nimi i zanim młodszy z bliźniaków zdołał zareagować, pchnął Hao prosto w bok.
            Długowłosy otworzył szeroko oczy ze strachu i bólu. Popatrzył na trzymającego go bliźniaka.
- Po co wskoczyłeś między nas…? – spytał cicho, po czym osunął się bezwładnie w ramiona brata.
            Yoh czuł, że jego oczy się zaszkliły. Ostrożnie przesunął Hao na bok i oddał go pod opiekę Manty. Sam wyciągnął rapier i stanął naprzeciw zadowolonego z siebie Kapuleta.
- Zapłacisz mi za to – powiedział groźnym tonem i zaatakował.
- Nie, Yoh! – krzyknęła Anna, lecz jej głos nie przebił się przez odgłosy walki.
            Sam szatyn był bardzo dobrym szermierzem. Jednak zdeterminowany, był wręcz nie do pokonania. Po dwóch minutach zaciekłej walki, ostrze Montekiego przebiło udo Horo Horo. Niebieskowłosy upadł z jękiem na ziemię. Yoh stanął nad nim z ostrzem tuż przy jego szyi. Na ten widok, Anna zamarła.
- Yoh, coś ty zrobił… - szepnęła. W tym momencie usłyszała jakieś odgłosy w domu. – Uciekajcie! Nie mogą was tu znaleźć!
            Tego nie musiała powtarzać dwa razy. Młodszy Monteki wziął rannego brata na ręce i razem z Mantą wbiegł w jedną z uliczek ogrodu. Niestety, tereny należące do posiadłości Kapuletów, w dużej mierze pokryte były krzewami tworzącymi labirynt.  Z początku Oyamada próbował zapamiętać odnogi, w które skręcali.
- Lewo, prawo, prosto, lewo, lewo, prawo… - powtarzał pod nosem, jednak po chwili zupełnie się w tym zagubił. – Yoh! Zaczekaj! – zawołał do przyjaciela, który za bardzo nie zważał na to, gdzie biegnie.
            Zatrzymali się. Nie mieli pojęcia, jak wyjść. Zapewne dużo łatwiej byłoby im iść za dnia. Blask księżyca bowiem, nie dawał wystarczającej ilości światła.
            Nagle, na twarze nastolatków padło światło pochodni. Grupa żołnierzy zbliżała się do uciekinierów.
- Manta! Weź Hao! Ja ich powstrzymam – krzyknął Yoh, jednak zanim zdołał cokolwiek zrobić, przy jego gardle pojawiło się co najmniej dziesięć ostrzy.
- Monteki Yoh? Jesteś oskarżony o zaatakowanie członka rodu Kapulet.
***
Anna patrzyła ze strachem, jak żołnierze prowadzą ze sobą Yoh. Jego brat i przyjaciel gdzieś zniknęli. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby okazało się, że Hao zginął. Cios był naprawdę silny.
Horo został zabrany do rezydencji, gdzie zajął się nim uzdrowiciel. Oczywiście, niebieskowłosy musiał powiedzieć wszystkim jak to został zaatakowany bez powodu przez Yoh. Blondynka chciała zaprzeczyć, jednak nikt jej nie słuchał. O dziwo jednak, nie wspomniał nic o jej związku z Montekim. Siedziała teraz ponownie na swoim balkonie i zastanawiała się, co może się dziać z jej ukochanym.
W tym momencie, do komnaty weszła Jun.
- Panienko Anno, czemu nie leży panienka w łóżku? – zapytała z troską podchodząc do zasmuconej dziewczyny.
- I tak bym nie zasnęła… - odparła Kapuletówna, opierając głowę o balustradę. – Jun, czy masz jakieś wiadomości o Yoh?
            Zielonowłosa nie odpowiedziała, tylko opuściła nieco głowę. Anna odwróciła się w jej stronę z podejrzliwym spojrzeniem. Opiekunka w końcu rzekła cicho:
- Skazano go na karę więzienia.
            Blondynka nie wiedziała, co powiedzieć. Horo, który prawdopodobnie zabił brata jej ukochanego, nie będzie ukarany, podczas gdy Yoh, który tylko zranił jej kuzyna, zostanie zamknięty w lochach!?
- Nie! – wykrzyknęła, nie zwracając za bardzo uwagi na pytające spojrzenie niani. – Tak nie może być… Muszę mu pomóc.
***
Tego samego dnia o wschodzie słońca, Anna opuściła swoją rezydencję udając się w mniej przyjazne tereny miasta. Tam, pośród zniszczonych, opuszczonych budynków, gdzie czasem tylko spotykało się żebraków, miał siedzibę tajemniczy alchemik, którego zwali Faust. Była to dość osobliwa postać. Nikt tak właściwie nie wiedział, kim jest lub czym się zajmuje. Kapuletówna, która jeszcze nigdy nie była w tej okolicy, nie wiedziała, czego się spodziewać. W jej sercu rodziło się coraz więcej wątpliwości, jednak on był jedyną osobą, która mogła jej teraz pomóc.
            Szła wąskimi uliczkami, aż w końcu dotarła do niewielkiego domku, oznaczonego na ścianie literą „F”. Uniosła rękę, aby zapukać, jednak zanim jej nadgarstek dotknął drewna, drzwi otworzyły się i stanęła w nich blada, straszna postać.
            Mężczyzna mógł mieć nieco ponad trzydzieści lat. Był bardzo wysoki i chudy. Jego jasne włosy sprawiały wrażenie nieczesanych od co najmniej kilku lat. Oczy podkreślone ciemniejszym kolorem. Ogółem, wyglądał dość przerażająco.
- Anna, tak? – spytał melancholijnym głosem, gestem zapraszając dziewczynę do środka. – Wiem, czemu tu przyszłaś. Wejdź, proszę.
            Blondynka zawahała się, jednak wiedziała, że nie ma innego wyjścia. Powoli weszła do budynku. Znalazła się w niewielkim pomieszczeniu, którego ściany obwieszone były mnóstwem półek, wypełnionych po brzegi różnymi fiolkami i ampułkami z dziwnymi, wielokolorowymi substancjami. Możliwe, że ludzie mieli rację mówiąc, że ten dziwny osobnik zajmuje się też magią. Faust podsunął jej drewniany stołek, po czym sam usiadł na wieku jakiejś skrzyni.
- Przybyłaś tu, abym ci pomógł uratować ukochanego, czyż nie? – spytał z dziwnym błyskiem w oku.
- Tak, panie… Czy…
- Owszem. – Mężczyzna nie dał jej dojść do słowa. – Jest sposób, abyście mogli być razem. Niestety, nie jest to zbyt bezpieczne. I wiele może pójść nie tak.
- Co należy uczynić? – spytała.
- Twój Yoh może karę więzienia zamienić na wygnanie. Problem jednak w tym, jak ty mogłabyś stąd uciec – oznajmił spokojnym tonem, zupełnie niepasującym do grozy sytuacji. – Znam rozwiązanie. Jednak musiałabyś mi zaufać.
            Dziewczyna tylko skinęła głową. Była gotowa na wszystko. Nie wiedziała jednak, że ktoś jeszcze przysłuchiwał się tej rozmowie…
***
            Anna spoglądała niepewnie na alchemika, który kreślił jakieś dziwne znaki na piasku. Nie była pewna, czy dobrze robi. Jednak… Faust ryzykował dla niej tak wiele… Udało mu się nawet przekazać Yoh kartkę z poleceniem, by zmienił karę na wygnanie. Plan wydawał się szalony, jednak to mogło się udać. Nadzieja nie znikała z jej serca.
            Słońce powoli wznosiło się nad horyzont. Znajdowali się teraz w ogrodzie przy rezydencji Kapuletów. Jedyne, co jej pozostawało to czekać, aż pojawi się jej ukochany i obserwować tajemnicze działania jasnowłosego mężczyzny.
- Wkrótce portal będzie gotowy. Przeniesie was dwoje do Werony we Włoszech. To daleko stąd, jednak tam będziecie bezpieczni.
- Dziękuję, panie – powiedziała dziewczyna, zresztą nie pierwszy raz tego dnia.
            Nagle, linie narysowane przez alchemika zalśniły złotym blaskiem, a przestrzeń pomiędzy nimi zaczęła wypełniać się dziwną mgłą. Faust wyprostował się i spojrzał zadowolony na swoje dzieło.
- Gotowe – oznajmił. – Zaraz wrócę, Anno. Muszę zająć się jeszcze jedną sprawą.
            Teraz pozostawało tylko czekać na Yoh. Blondynka przysiadła na jednym z kamieni i bezwiednie zaczęła nucić melodię, przy której tańczyli po raz pierwszy.
            Wtem, tuż przy jej gardle pojawił się nóż. Przestraszona Kapuletówna odwróciła powoli głowę i zobaczyła nad sobą jakąś wściekłą, czerwonowłosą dziewczynę.
- K-kim jesteś? – wyjąkała ze strachem.
- Rozalina – odparła oschle przybyszka. – A tobie zdaje się podoba się mój Yoh!?
- Twój!? – zdziwiła się Anna. Jednak wtedy o czymś sobie przypomniała. – Zaraz… To w tobie kiedyś kochał się mój Monteki! A ty go odrzuciłaś! Nie wiem, dlaczego masz do mnie jakieś pretensje!
- Tylko udawałam! Nigdy tego nie próbowałaś!? – zdziwiła się Rozalina i opuściła nóż.
            Blondynka spojrzała na nią zdziwiona. Nie rozumiała, o co tutaj chodzi.
- Posłuchaj – ponownie odezwała się czerwonowłosa – albo pójdziesz sobie grzecznie do domu i zapomnisz o Yoh, albo na zawsze pożegnasz się z tym światem. Bo on może być tylko mój!
            Anna wstała i odsunęła się na kilka kroków. Nie pozwoli, aby jakaś dziewczyna, która pojawia się nie wiadomo skąd, niszczyła najpiękniejszy dzień jej życia!
- Nigdy! – krzyknęła.
            W tym momencie Rozalina płynnym ruchem rzuciła nożem w blondynkę. Nie było szans ucieczki. Kiedy wydawało się, że to już koniec, tuż przed Anną pojawił się Yoh.
- Nie, Anno! – zawołał rzucając się między dziewczęta. Nóz wbił się prosto w jego serce. Chłopak upadł bezwładnie na ziemię. Obie rywalki otworzyły szeroko oczy ze zdumienia. Anna upadła na kolana przy martwym ciele ukochanego. Po jej policzkach spłynęły łzy.
- Nie… Yoh… - szepnęła, po czym delikatnie pogłaskała go po głowie.
            Rozalina nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Stała tam jak sparaliżowana.
            W tym momencie z dwóch różnych stron nadbiegli Faust oraz Hao, podpierający się o Mantę.
- Yoh! – krzyknął Monteki, widząc leżącego we krwi brata. Nie zważając na ból, przyspieszył, po chwili klęcząc już po drugiej stronie krótkowłosego szatyna. – Braciszku…
            Dla Anny i Hao świat właśnie się zawalił. Najdroższa im osoba zginęła, a oni nic nie mogli na to poradzić.
- Faust… - odezwała się w pewnym momencie dziewczyna, unosząc głowę. Jej oczy zaczerwienione były od płaczu. – Błagam… Powiedz, że jest jakiś sposób…
            Ku zdumieniu wszystkich, mężczyzna spokojnie powiedział:
- Jest.
- Jaki?! – nie mógł wytrzymać długowłosy i natychmiast znalazł się przy alchemiku chwytając go za połę płaszcza.
- Ktoś musiałby oddać za niego życie. Wtedy mógłbym go uratować.
            Anna i Hao spojrzeli po sobie ze strachem.
***
Był ranek. Pan Kapulet, jak co dzień przechadzał się po swoim ogrodzie. Nagle, natknął się na jakieś dziwne runy, wyżłobione w piasku, którym wysypane były alejki. Zaciekawiony tym, poszedł nieco dalej, wzdłuż narysowanej linii. Nagle, zobaczył przed sobą grupkę ludzi. Wśród nich rozpoznał swoją córkę, która pomagała wstać jakiemuś chłopakowi.
- Anno! – zawołał, podbiegając bliżej. Nagle zamarł. Na ziemi, w plamie krwi leżał starszy syn Montekich. Młodszy, zdawał się nieco zdezorientowany. Poza nimi, znajdowali się tam również trzej obcy ludzie: jakiś niewysoki chłopak, ze łzami w oczach spoglądający na leżącą postać, dziewczyna, która stała jak sparaliżowana i nieobecnym wzrokiem wpatrywała się gdzieś w przestrzeń oraz wysoki blondyn, wyglądający na bardzo zmęczonego.
- C-co tu się dzieje? – wyjąkał pan Kapulet.
            Anna spojrzała na ojca wzrokiem pełnym bólu. Nieco zawstydzona, opowiedziała mu całą historię. Nikt nawet nie zauważył zniknięcia Oyamady. Pan Kapulet z niedowierzaniem wsłuchiwał się w słowa córki.
            Ledwie blondynka zakończyła swą opowieść, z jednej z głównych alejek wybiegli Manta oraz państwo Monteki. Rodzice bliźniaków zatrzymali się zszokowani nad ciałem martwego syna.
- Hao… - szepnęła Keiko Monteki, klękając przy synu. – Moje dziecko…
- Manta opowiedział nam całą historię – oznajmił ojciec chłopców i spojrzał ze smutkiem na pana Kapuleta. – To naprawdę tragiczne zdarzenie.
- Łączę się z tobą w bólu, sąsiedzie – powiedział tata Anny i wyciągnął rękę do Mikihisy. – Ten spór trwa już stanowczo za długo. Spójrz, do czego doprowadził. Jeżeli tylko ty nie masz nic przeciwko, niechaj nasze dzieci wezmą ślub. Ta miłość jest zbyt wielka, by ją przerwać.
- Masz rację, drogi Monteki. – Mężczyzna uścisnął dłoń dawnemu wrogowi. 
-A na znak zgody między naszymi rodami, pozwól, aby moja rodzina wpłaciła kaucję za twego syna, by nie musiał się już martwić więzieniem.
***
Minęło kilka lat. Młode małżeństwo przechadzało się ze swoim maleńkim synem alejkami wielkiego ogrodu, powstałego z połączenia ze sobą dwóch posesji. Kobieta przytulała do siebie swoje dziecko, które zasnęło w jej ramionach, zmęczone długim spacerem.
- Minęło dokładnie osiem lat… - powiedział w pewnej chwili Yoh, obejmując żonę. – Osiem lat od dnia, w którym pogodziły się nasze rodziny.
- Pamiętam to, jakby minęło zaledwie kilka dni… - odparła Anna. – Tego dnia straciłeś brata… - dodała smutno. Chłopak sposępniał nieco.
- Właściwie nie do końca… - rzekł, po czym pogłaskał synka po główce. – Wierzę, że jego cząstka żyje teraz w naszym małym Hao…

Bo miłość, niezależnie czy romantyczna, czy braterska nie zginie nigdy…
Bo miłość nigdy nie umiera…