Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duchy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duchy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 listopada 2012

20. "Na powkurzanie brata nigdy nie braknie sił, czyli o sposobach okazywania sobie braterskiej miłości"


Bonsoir!
Co tam? Mam nadzieję, że wszystko gra :D Ja mam ostatnio trochę zbyt dużą głupawkę ;D
Nie będę się więc rozpisywać xD 
Kyaa! Ale jestem dumna z siebie - to chyba najszybciej napisana 5 stron Worda w historii.. Tak, dobrze słyszycie, przed Wami kolejny długi rozdział ;)
Co do tytułu, to muszę po części oddać honor mojej "korektorce", Kasumi ^^ Dzięki za wsparcie :D
W tym rozdziale musiałam wykorzystać motyw "Zwiadowców" - mojej ukochanej książki, z której pochodz mój kochany Will! Willuś! Przywitaj się!
Will: Dobry wieczór wszystkim! *macha energicznie łapką*
Hao: Opanuj się... Jesteśmy na wizji...
W: =.=
Sorry, oni tak zawsze xD (Prawda Nat? Prawda Kasumi? :D)
Pod koniec rozdziału czekają tym na Was razem obrazki autorstwa Lenny Lover oraz kilka innych, wybranych spośród moich ulubionych ;D
Dedyk dla wszystkich, przy których dostaję głupawki (one już wiedzą o kogo chodzi :D)



20. "Na powkurzanie brata nigdy nie braknie sił, czyli o sposobach okazywania sobie braterskiej miłości"

Z Johnem, Meene i Lysergiem rozstali się na skraju Patch. Widok trójki X-laws w towarzystwie dwóch zakapturzonych postaci mógłby wzbudzić niepotrzebną sensację, toteż uznali, że lepiej dla wszystkich będzie podróżować osobno.
         Bliźniacy starali się iść bocznymi dróżkami. Hao czuł się już dużo lepiej, a jego foryoku zaczynało się szybko regenerować. Nie wiedział jednak, że znaczący wpływ na to miała bliska obecność Yoh. Przy nim długowłosy czuł się bezpiecznie. Był szczęśliwy.
Szli w milczeniu, jednak cisza im nie przeszkadzała. Znajdowali się teraz w wąskiej uliczce, będącej odnogą głównej alei w Patch. W miarę, jak zbliżali się do względnie „otwartej” przestrzeni, ognisty szaman robił się coraz bardziej nerwowy. A jeśli ktoś ich rozpozna? Przecież wszyscy tutaj go nienawidzą… I jak w takim przypadku odniosą się do jego brata, gdy zobaczą, że się z nim pogodził…?
         Te rozmyślania przerwały nagle słowa młodszego Asakury, który zatrzymał się w cieniu, obok jakiegoś kontenera.
- Hao… Wiem, że obiecałem ci, że nie powiem o tobie moim przyjaciołom…
         Na dźwięk swojego imienia, władca płomieni natychmiast odwrócił się w kierunku bliźniaka.
- Ćśś! Jeszcze cię ktoś usłyszy…
- Ale, żeby ciebie ratować musiałem znowu opuścić dom – wielbiciel cheeseburgerów udawał, że nie dosłyszał upomnienia – i tym razem Anna nie była taka łaskawa…
- Powiedziałeś jej?!
- Przepraszam cię… Musiałem…
- Ehh… Właściwie to mogłem się spodziewać, że przed twoją dziewczyną nic się nie ukryje – westchnął długowłosy. Zaraz potem spojrzał na twarzyczkę brata i uśmiechnął się z politowaniem. – Kto jeszcze wie?
- Manta. Ale na pewno nikomu nie powie.
- Co ja z tobą mam… - powiedział jeszcze i poprawił bratu kaptur, który za bardzo nasunął mu się na oczy. Miał zamiar odwrócić się i iść dalej w stronę głównej drogi, ale ponownie odezwał się Yoh.
- Sądzę, że powinniśmy powiedzieć też reszcie. Nie chcę ich okłamywać… Zresztą, Faust na pewno lepiej zajmie się twoimi ranami niż ja.
         Hao zamyślił się. Wiedział, że kiedyś w końcu i tak będą się musieli dowiedzieć… Choć on sam zdecydowanie wolałby, żeby to „kiedyś” nastąpiło dużo później… Widząc jednak rozbrajający, błagalny wzrok słuchawkowego szamana, skinął lekko głową.
- Niech ci będzie… Ale powiemy tylko im. Ok?
         Młodszy Asakura, słysząc pozytywną odpowiedź, wyszczerzył się. Chwycił brata za rękę i, zanim ten zdążył zorientować się, co się dzieje, pociągnął go za sobą na główną aleję Patch,
         Znaleźli się niedaleko stadionu, Zaledwie nieco ponad trzysta metrów na południe stałby domek „Drużyny Asakury”, Zaś naprzeciwko wylotu wąskiej dróżki, którą się tu dostali, znajdowało się wejście do restauracji Karima.
         Yoh pociągnął zdezorientowanego Hao w kierunku swojego domku. Ze szczęścia wynikającego z możliwości opowiedzenia przyjaciołom o bracie, zupełnie zapomniał patrzeć przed siebie. Skończyło się to więc dość bliskim spotkaniem zakapturzonych postaci z pewnym wysokim członkiem rady, który, pochrupując bekonowe chipsy, spacerował sobie spokojnie po Patch.
- Hej! Patrzcie jak idziecie! – oburzył się Silva patrząc na rozsypane po ziemi przekąski.
- Przepraszam – rzucił szybko Hao, nieco zmienionym głosem. Już chciał się wycofywać, gdy przytrzymał go członek rady..
- Hej! A wy to kto? Nigdy was tu wcześniej nie widziałem…
- A co cię to obchodzi? – spytał opryskliwie ognisty szaman.
- Jestem członkiem rady szamanów i jednym z opiekunów wioski. Mam prawo wiedzieć.
- Yyy… Ja jestem… Halt! A to mój przyjaciel Gilan – w ostatniej chwili przypomniał sobie imiona bohaterów swojej ulubionej książki.
- Jesteśmy z „Drużyny Dębowego Liścia” – dodał Yoh, wpadając w średniowieczny klimat ^^
- Kojarzę tę drużynę… Ale wam jakoś nie wierzę! Pokażcie dzwonki wyroczni!
         Hao nie miał zielonego pojęcia, co robić. Przecież już ich identyczny wzrost dawał do myślenia… Gdyby pokazali dzwonki wyroczni, Silva mógłby się czegoś domyślić…
         Ukradkiem spojrzał na stojącą po drugiej stronie ulicy ławkę. Tuż obok niej znajdowała się donica z jakimś wysuszonym krzaczkiem. Czując, że nie ma innego wyjścia, zamknął oczy i skupił na nieszczęsnej roślince całą swoją uwagę. Z nietypowego transu wyrwał go krzyk jakiegoś dziecka.
- Mamo! Popatrz! Pali się!
         Podniósł powieki i ujrzał zbierający się przy płonącym obiekcie tłumek gapiów. Członek rady również odwrócił się aby sprawdzić, co wywołało takie zamieszanie.
         Ten moment wykorzystał Hao. Chwycił brata za rękę i szybko wyminął Silvę. Ten, dopiero po chwili zdał sobie sprawę z ucieczki dwóch odzianych w czerń postaci.
- Gonić ich! – krzyknął i sam zaczął biec.
         Do pościgu przyłączyło się kilkoro szamanów, którzy utworzyli kontrole ducha i zaczęli strzelać strumieniami foryoku w zakapturzonych nieznajomych. Nie udało im się co prawda trafić, ale znacznie zmniejszyli odległość dziejącą ich od uciekinierów.
         Asakurowie biegli co sił w nogach, lecz osłabienie starszego z nich zaczęło dawać się we znaki. Licząc, że uda im się zgubić pogoń w labiryncie wąskich uliczek, skręcili w boczną dróżkę. Niestety, prowadziła ona tylko na niewielki placyk, z trzech stron otoczony ścianami. Znaleźli się w pułapce. Władca płomieni słyszał wyraźnie zbliżających się szamanów. Nie zważając już nawet na kaptur, który osunął mu się z głowy, skupił całe swoje odzyskane foryoku na jednym celu.
         Silva wiedział już, że ich mają. Dwaj nieznajomi skręcili w niewłaściwą odnogę. Wbiegł za nimi na mały placyk, spodziewając się ujrzeć ich stojących pod ścianą lub przygotowujących się do walki. Zobaczył jednak tylko wielki płomień. Jednemu z uciekinierów opadł kaptur. Odwrócił on głowę w ostatnim momencie, ułamek sekundy później znikając zupełnie w ogniu. Członek rady stał oniemiały:
- Czy to możliwe…? Czy to był…?

♥♥♥
           
         Gorący gulasz wesoło bulgotał w garnuszku, roztaczając wokoło smakowity zapach. Ryu już od pewnego czasu przyrządzał dla naszej gromadki potrawy ze wszystkich stron świata. Tak się akurat złożyło, że tego wieczoru obrał sobie za cel przygotowanie placków po węgiersku. Jedną ręką dosypywał do rondla przypraw, a drugą przerzucał placki smażące się na patelni, aby się przypadkiem nie przypaliły. Obok niego, zgodnie z otrzymaną zawczasu instrukcją, Tamao i Pirika kroiły warzywa na sałatkę, wesoło gawędząc o najróżniejszych sprawach. Po kuchni krzątał się też Horo, zaprzęgnięty przez siostrzyczkę do ugotowania wiśniowego kompotu. Anna i Manta wybrali się na zakupy.
         Pozostała część naszej gromadki, to jest Ren, Choco, Faust oraz Jun, siedziała w pomieszczeniu służącym za jadalnię.  Dziewczyna nakrywała do stołu, nekromanta w asyście Elizy, przyrządzał maść na użądlenia (przedzieranie się przez zarośla nie było najlepszym pomysłem xD), komik lamentował mówiąc, że od użądlenia przez pszczołę na pewno odpadnie mu noga, a fioletowowłosy za wszelką cenę starał się go uciszyć.
         Wtem, te ważne czynności przerwał dzwonek do drzwi. Do wielce odpowiedzialnego zadania, polegającego na zobaczeniu, kto tam się do nich dobija, został wydelegowany Tao. Z niezbyt zadowoloną miną podszedł do wejścia i nacisnął klamkę. Zobaczył dwoje staruszków: kobietę w czarnych, okrągłych okularach oraz mężczyznę, który patrzył na niego jakimś dziwnym, przeszywającym wzrokiem.
- Yyy.. Dzień dobry… - zaczął nieco zaskoczony Ren. – W czym mogę pomóc?
- Jesteśmy Kino i Yohmei Asakura. Jest tu może Yoh?
- Wyszedł na trening – oznajmił Chińczyk.
- Możemy wejść? – spytał staruszek.
- Proszę..? Ach tak! Oczywiście, proszę...
         Wpuścił gości do środka i zaprowadził ich do jadalni.
- Mistrzu Yohmei! Pani Kino! Co was tu sprowadza? – pierwsza odezwała się Tamao, która akurat wnosiła do pomieszczenia półmisek z gulaszem.
         Dziadek Asakura zwrócił się do chłopaków.
- Kino miała wizję. Obawiam się, że nie mamy wiele czasu. Skoro Yoh tutaj nie ma, może to oznaczać… - zaczął wyjaśniać, lecz przerwała mu żona.
- Potrzeba nam silnego wojownika. Może jeszcze nie jest za późno…

♥♥♥
           
         Pojawili się na jednym ze wzgórz otaczających Patch. Hao, który do teleportacji zużył prawie całe odzyskane foryoku, zachwiał się i, gdyby nie Yoh, zapewne upadłby na ziemię. Z daleka przypominało to nieco ćwiczenie z zaufania xD
- Hao! – krzyknął zaniepokojony właściciel pomarańczowych słuchawek.
- W porządku. Nic mi nie jest – odparł długowłosy słabym głosem. Uwolnił się z uścisku brata i usiadł na ziemi, patrząc w stronę wioski. Stąd, ludzie wydawali się być maleńcy, niczym mrówki. Jednak dobrze wyćwiczony w dostrzeganiu niedostrzegalnego wzrok Hao, mimo zmęczenia pozwolił rozróżnić wśród małych punkcików grupkę szamanów, nadal utrzymujących kontrolę ducha i rozmawiającego z nimi Silvę.
         Po krótkiej chwili, wielbiciel cheeseburgerów przysiadł się do bliźniaka. Przez jakiś czas obaj bez słowa wpatrywali się przed siebie, obserwując przemieszczających się uliczkami ludzi oraz powoli kierujące się ku horyzontowi Słońce.
- Dlaczego akurat to miejsce? – spytał zaciekawiony Yoh.
- Dlaczego…? Sam nie wiem. Kiedyś często tu przychodziłem, nieraz w towarzystwie Opacho. Wybrałem to, jako miejsce ucieczki… Możliwe, dlatego że sam tak jakby tu uciekałem… Przed nienawidzącymi mnie szamanami… przed niezrozumieniem… i chyba przed samym sobą…
- Hej! Nie zadręczaj mi się tu! – ofuknął go żartobliwie młodszy Asakura i dał bratu przyjacielskiego kuksańca w bok.
- Nie pozwolisz mi na chwilę refleksji? – spytał nieco urażony Hao.
- Nie – odparł na to jego bliźniak z wrednym uśmieszkiem i pokazał bratu język.
         Zaraz potem obaj zaczęli czochrać sobie nawzajem czuprynki. Jednak tym razem na tym się nie skończyło… Bardziej dla zabawy niż na serio, Asakurowie zaczęli się mocować, turlając po ziemi (Co z tego, że Hao był osłabiony? Na dokuczanie bratu zawsze znajdzie siły xD). Niestety, tak się pochłonęli tą czynnością, że nie zauważyli, że nieco za bardzo zbliżyli się do krawędzi stromego zbocza… Jeszcze jeden metr, a obaj lecieli już w dół na spotkanie z dnem kotliny, w której znajdowało się Patch. Na szczęście, mniej więcej w połowie drogi między szczytem wzniesienia, a ziemią, Yoh udało się utworzyć kontrolę ducha i uratować ich obu przed niechybną śmiercią w wyniku zderzenia z twardym gruntem.
         Po jakiejś minucie, w trakcie której bliźniacy dochodzili do siebie, słuchawkowy szaman wstał i podszedł do brata. O dziwo, ten miał na twarzy szeroki uśmiech i wesoło zawołał:
- Zróbmy to jeszcze raz!
         Właściciel pomarańczowych słuchawek pokręcił głową z politowaniem. Zaraz potem przyklęknął obok Hao i nałożył mu kaptur. Na oczy.
- Hej! – oburzył się długowłosy i również sięgnął po osłaniającą głowę część płaszcza Yoh, by odpłacić braciszkowi pięknym za nadobne.
         Zapowiadała się kolejna „walka”. Cóż… Jak widać dla tej dwójki taka błahostka jak spadnięcie z 30 metrów nie robi wielkiej różnicy, jeśli chodzi o powkurzanie brata xD

♥♥♥
           
- Teraz już wiecie, jaki mamy plan. Moim zdaniem to jedyne wyjście – oznajmił Yohmei.
         Młodzi szamani pokiwali ze zrozumieniem głowami. To, co opowiedzieli im dziadkowie Asakura brzmiało nieprawdopodobnie, jednakże… Jednakże nie można lekceważyć takiej wizji. Zwłaszcza tak potężnej medium.
- Skoro Yoh nie ma, nie możemy czekać. Wiem, że zadanie jest niebezpieczne, ale czuję, że w tej chwili mamy jeszcze szansę. Jednak potrzebny nam silny wojownik.
         Zapadła absolutna cisza.
- Ja się zgłaszam – pewnym tonem powiedział Ren. Kino spojrzała na niego, a następnie skupiła uwagę na swoich koralach, mówiąc cicho:
- Duchy w ciemności, jeśli słyszycie mój głos…

♥♥♥
           
         Ponownie znaleźli się w jednej z bocznych uliczek Patch. Niestety, jak na złość ta część wioski stanowiła dosłowny labirynt i bliźniacy już chyba czwarty raz znaleźli się obok starej, nieco zniszczonej tablicy z reklamą płynu do płukania ust („Jakość zatwierdzona przez Goldvę”).
- To bez sensu! – zawołał Hao i zrezygnowany przysiadł na stojącej pod ścianą skrzynce po mandarynkach.
         Yoh usadowił się obok niego. Miał chyba zamiar coś powiedzieć, ale przeszkodziło mu burczenie dochodzące z jego żołądka.
- Głodny jestem. Zjadłbym cheeseburgera… - rozmarzył się słuchawkowy szaman.
- Noo… Ja też…
- To może skoczę do Karima i przyniosę? – zaproponował młodszy z braci ze zniewalającą szczerością ^^.
- Taa.. Najpierw musiałbyś tam trafić.
- To nic trudnego. Wystarczy iść tam – odparł krótkowłosy i wskazał ręką na jedną z uliczek, na końcu której można było dostrzec charakterystyczny szyld baru. – Myślałem, że wiesz gdzie jesteśmy i krążysz tak specjalnie xD
         Hao zaliczył totalną glebę =.= Jego bliźniak, który najprawdopobniej miał z tego niezły ubaw, wyszczerzył się wrednie. Jednak na widok żądzy mordu w oczach ognistego szamana, ostrożnie wycofał się i począł zrzucać z siebie czarną pelerynę. Po krótkiej chwili, spędzonej na mocowaniu się z niechętnym do współpracy płaszczykiem, udało mu się w końcu uwolnić. Długowłosy z uśmiechem patrzył na zmagania brata. To znaczy uśmiechał się dopóty, dopóki nie oberwał ciemnym zawiniątkiem w twarz.
- To ja zaraz wracam! – zawołał Yoh i pobiegł w kierunku głównej drogi.
         Początkowo, Hao chciał go zatrzymać, ale zdał sobie sprawę, że oprócz kulinarnych korzyści^^, pojawienie się słuchawkowego u Karima, będzie mogło odwrócić nieco podejrzenia, co do ich związku z pseudo-Haltem i pseudo-Gilanem. xD Oparł się, więc o ścianę i obserwował ludzi, co jakiś czas pojawiających się w wąskim polu widzenia. Jednak po pewnym czasie czynność ta nieco go znudziła i chłopak pogrążył się we własnych myślach, zupełnie odrywając się od rzeczywistości.
- Aha! – dobiegł go nagle czyjś głos. – Mam cię!
         „Silva!”. Członek rady stał w końcu uliczki i niezbyt przyjaźnie spoglądał na odzianą w czerń postać. Hao, niewiele myśląc, rzucił się do ucieczki. Niestety tym razem nie było mu tak łatwo. Brakowało mu siły do szybkiego biegu, a Indianin był wypoczęty… W pewnym momencie ognisty szaman wybiegł nieświadomie na sam środek głównej alei. I wtedy dosięgnął go jeden z pocisków wystrzelonych przez totem-bazookę Silvy.
         Długowłosy upadł na ziemię, a z głowy spadł mu kaptur. Nie zważając już nawet na to, że wzbudził swoim pojawieniem się ogromną sensację, ostatkiem sił wstał i zaczął biec. Wtedy na drodze stanął mu Ren.
- No proszę… Kogo my tu mamy… - powiedział fioletowowłosy jakimś dziwnym, nieswoim głosem.
         Hao nie wiedział, co robić. Za sobą miał rozjuszonego członka rady, a przed sobą jednego z przyjaciół brata, w dodatku zachowującego się nader dziwnie… Wtem, Chińczyk podniósł rękę i w kierunku Asakury poleciała wielka kula z foryoku, która zepchnęła go aż pod ścianę jednego z domków. „Od kiedy to Ren tak potrafi?” – przeleciało przez myśl ognistemu szamanowi. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, gdyż odezwał się Tao:
- Cóż to Hao? Nie poznajesz mnie? – zapytał z jakimś nietypowym uśmiechem. Widząc niezrozumienie na twarzy długowłosego, dodał – Jestem tym, który cię pokonał ostatnim razem. Yohken Asakura!
         Oczy szatyna rozszerzyły się gwałtownie ze strachu. Skoro Ren został opętany przez Yohkena, to nie ma już ratunku… Pozbawiony foryoku, przykuty do ściany, patrzył jak Tao, a właściwie Yohken w ciele Chińczyka, podnosi guan-dao i wkładając w to całą swoją moc, uderza. Zamknął oczy, gotów na spotkanie z własnym końcem.

I to tyle!
Tak Kasumi, jednak wypadła mi reszka xD
Nie zabijajcie mnie proszę! *chroni się za Willem* Bo kto napisze nowy rozdział za mnie..? *.*
A teraz coś z czego jestem dumna: 
Dzięki Lenny_Lover! <3 (Z góry przepraszam za kiepską jakość skanów.. ;( I przypominam - kilknij aby powiększyć) :D Oto jak moja Moniczka wyobraża sobie moje czarne pelerynki ^^


To jest mój ulubiony <3
I jeszcze kilka zwykłych obrazków ;D
Ten pasuje do dzisiejszego tematu xD



Skoro tyle dzisiaj było Silvy, to nie mogłam go pominąć Xd

Jeszcze tylko ankieta:
a) Członkowie rady (mam dośc sporo obrazków ^^)
b) Powiedz "SEER"!
c) Smutno, ale uroczo *.*

I to na tyle! Nie zabijecie mnie? xD
Bonne nuit! :*


piątek, 2 listopada 2012

19. Veto! Czyli bunt na pokładzie.

Ohayo!
Wiem, wiem, godzina niezbyt ciekawa.. Ale po prostu miałam pewne problemy techniczne. Jestem totalnie zmęczona, ale obiecałam i jest rozdział ^^
Nie będę sie rozpisywać. Dedykuję go Kasumi i Natishy za nasze rozmowy na gg ;) Will Was pozdrawia *.*

19. Veto! Czyli bunt na pokładzie.

- Dlaczego mam ci zaufać? Jesteś jednym z X-laws!
- I zarazem jedyną osobą, która może ci pomóc. Sam nie uratujesz Hao. Za to z nami już tak. Dostałem wiadomość od Meene. Znalazła jakieś rozwiązanie i zabiera się już za przygotowania.
- To niby jak wam się to może udać? – Yoh nadal pozostawał nieufny w stosunku do Johna. Bądź co bądź, chodziło tu o jego brata, a Denbat był przecież członkiem Białej Mafii.
- Ja i Meene zajmiemy się uwolnieniem twojego bliźniaka tak, aby było to… zgodne z prawem.
- A ja? Co mam w takim razie robić?
- Twoim zadaniem będzie jak najszybsze wydostanie Hao z urzędu. Marco na pewno nie podda się bez walki, a on… nie jest jeszcze w stanie walczyć.
         Na chwilę zapanowała cisza. Asakura rozważał usłyszaną propozycję. Plan co prawda wydawał się przemyślany, ale tak wiele mogło się nie udać… Wiedział jednak, że nie ma wyboru. Musi przystać na ofertę Johna i mu zaufać. Oby nie była to pułapka…
- Niech będzie. Zgoda.
         Uścisnęli sobie dłonie na znak zawartej umowy. Zaraz potem obaj ruszyli w kierunku północnym. Czas zaprowadzić nowy porządek.

♥♥♥

         W siedzibie X-laws nadszedł czas odpoczynku. W przerwie między obiadem a kolacją każdy członek organizacji mógł robić, co tylko chciał. Większość osób spędzała ten czas w Białej Sali. I tak: Porf czytał jakiś magazyn dla fanów militari i przygryzał orzeszki, Larch i Cebin grali w karty, Chris grał w snake’a na dzwonku wyroczni, Lyserg siedział w kącie i powtarzał 56 gatunków broni palnej, Marco leżał na kanapie fochnięty na inspektorów za chęć zabrania mu ukochanej zabawki do znęcania się (czyt. Hao), a Meene… Meene układała w głowie cały plan pod kryptonimem „Ocalić Władcę Płomieni”. Sam Asakura zaś, nadal leżał nieprzytomny pod jedną ze ścian.
         Wtem, do Sali wszedł John. Może nie było to jakieś imponujące wejście, ale panna Montgomery i tak nieco się przestraszyła. Patrząc na przyjaciela, wiedziała, że nadszedł czas. Że nie ma już drogi odwrotu. Spojrzała w pewne siebie oczy jasnowłosego.
- Marco! – krzyknął śmiało Denbat.
         Wszyscy X-laws spojrzeli na niego z wyczekującym spojrzeniem. Jeszcze nigdy nie słyszeli takiego tonu u naszego romantyka.
- O co chodzi John? – spytał okularnik z sarkastyczną uprzejmością.
- Nie możesz oddać Hao tym inspektorom.
- Nie mogę…?
- Nie. Bo on nie jest już niewolnikiem.
- Jak to nie jest?! – zdziwił się Lasso.
- Nie jest. Bo zgodnie z umową podpisaną dwa dni temu, cytuję – zrobił efektowną pauzę – „Niewolnik może zostać uwolniony, gdy liczba członków X-laws, którzy żądają uwolnienia jest równa bądź przewyższa 25%”.
- I ty żądasz? – zaczął tracić panowanie Marco.
- Tak – odpowiedział John, patrząc hardo w oczy blondyna.
- To, że jest to akt nielojalności, to już nawet pomińmy… Jednak sam nie stanowisz jednej czwartej grupy…
- Nie jest sam.
         Do stojącego buntownika podeszła Meene. Ustawiła się tuż obok i, żeby pokazać swoje poparcie, chwyciła go za rękę. Chris, Larch, Cebin i Porf spojrzeli na Denbata z zazdrością. Marco natomiast robił się coraz bardziej wściekły. Co prawda nie chciał oddawać Asakury inspektorom, ale na pewno nie zamierzał go wypuszczać!
- Jest nas ośmioro. My dwoje stanowimy wymagane 25% - rzekła dziewczyna.
         Ku jej zdumieniu, okularnik uśmiechnął się z politowaniem.
- Nas jest dziewięcioro.
         Kanadyjka zaniemówiła. Jak to możliwe? Przecież liczyła…
- Ale… Ja, John, Lyserg, Larch, Cebin, Porf, Chris i ty, Marco… - wymieniła wszystkich, licząc na palcach.
         Jak na zawołanie, z rogu Sali rozległ się melodyjny głos. Drzwi komnaty żelaznej damy się otworzyły i ze środka wyszła lekko uśmiechnięta Jeanne.
- Czy aby o kimś nie zapomniałaś?
         Meene stała jak sparaliżowana. Cały jej plan legł w gruzach. Jak mogła przeoczyć tak oczywisty fakt? Z trudem powstrzymywała drżenie rąk i usilnie próbujące wydostać się na  światło dzienne łzy. Dlaczego ta mała dziewczynka tak ją onieśmieliła? A może to nie jej wina…? Może chodzi o coś innego…? Co się teraz stanie z nimi, z… Johnem…? Czy będzie cierpiał, dlatego, że umknęło jej członkostwo Jeanne w jej własnej sekcie?
         Odruchowo mocniej ścisnęła rękę towarzysza. Ciepło jego dłoni, nie do końca wiadomo dlaczego, dawało jej poczucie bezpieczeństwa, nadzieję, że jeszcze może byś dobrze. Zresztą, nie tylko to. Sama obecność Denbata zawsze poprawiała jej samopoczucie. Kiedy to się właściwie zaczęło? Chyba całkiem niedawno… Niedługo po tym, jak Hao został uwięziony. Właśnie! Hao! Co się z nim teraz dzieje?
         Spojrzała w stronę miejsca, gdzie ostatnio widziała Asakurę. Ku jej zdumieniu, chłopak był przytomny. Siedział pod ścianą opierając się o nią plecami. Widać było po nim to wszystko, co musiał przeżyć. Jakże ten nastolatek różnił się od dawnego, budzącego grozę władcy płomieni. I teraz, przez jej głupotę, on może nawet zginąć?
- Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, nie ma co robić zamieszania. Przedstawienie było naprawdę wzruszające, ale to nie jest teatr. I za grę według niewłaściwego scenariusza czeka kara… - zaczął Marco. Jednak ktoś mu przerwał.
- Nie! To jeszcze nie koniec! Oni nie są sami! Ja też ich popieram – pewny głos potoczył się echem po biało-złotej komnacie.
- L-Lyserg? – szepnął zszokowany John. Podobne pytanie zadała sobie cała pozostała siódemka. Marco nie wytrzymał:
- Lyserg! Ten chłopak zabił twoich rodziców!
- …i bardzo tego żałuje – odezwał się cichy głos spod ściany. Dla Hao nawet tak pozornie niemęcząca czynność stanowiła ogromny wysiłek.
- Co było to było. Nie chcę do tego wracać. Nie mam zamiaru już dłużej walczyć nienawiścią – odparł zielonowłosy. – A skoro taki z ciebie matematyk, to już pewnie zauważyłeś, że stanowimy teraz jedną trzecią, czyli znacznie powyżej 25 procent. Przegrałeś Marco.
         Blondyn był coraz bardziej wściekły. Jak mogli wystąpić przeciw niemu? Dlaczego przeszli na stronę Asakury? Johna… ba, nawet Meene jeszcze by zrozumiał, ale Lyserg…? Przecież on, jak nikt inny miał prawo nienawidzić Hao i pragnąć jego śmierci. Tymczasem on go ratuje. Jak mogli przejść na stronę zła? Nie wiedział. Nie zamierzał jednak tak łatwo poddać się bez walki.
- Niech będzie – powiedział, pozornie zachowując spokój. – Nie jest już niewolnikiem, zadowoleni? W takim razie jednak, znajduje się bez pozwolenia na NASZYM terenie. Michael!
         Wyciągnął broń i wprowadził do niej swojego ducha stróża. W tym samym czasie John, Meene i Lyserg zrobili to samo. Pozostali członkowie X-laws również się uzbroili. Czekała ich ciężka walka.
         Strzelili jednocześnie. W gładkich, marmurowych elementach zdobień odbiła się ósemka promieni pochodzących z pocisków. Sala wypełniła się lecącymi we wszystkie strony strumieniami foryoku. Aż zatrzęsło budynkiem. Żyrandol rozhuśtał się niebezpiecznie, a z kilku miejsc w suficie zaczął odpadać tynk. Im więcej wybuchów, tym więcej odłamków odpadało z świeżo naprawianych elementów architektury. Sala wypełniła się pyłem i kurzem. Ozdobna lampa upadła z trzaskiem na meble wypoczynkowe. Tysiące, a może i nawet setki tysięcy odłamków szkła rozprysło się po pomieszczeniu. A to był dopiero początek.

♥♥♥
         W trakcie, gdy białomundurowi ze sobą walczyli, do komnaty niezauważony wślizgnął się Yoh. Do tej pory krył się na korytarzu, modląc się w duchu by wszystko się powiodło. Zgodnie z planem miał zająć się Hao. Spróbował dojrzeć bliźniaka wśród rozbłysków światła. Z początku nie widział nic oprócz ściany pyłu i dopiero po chwili udało mu się dojrzeć znajomą sylwetkę. Osłaniając się przed spadającymi odłamkami, dotarł do brata.
- Yoh…? – szepnął cicho długowłosy. Nie miał pojęcia, skąd wziął się tu jego brat, ale w tym momencie najmniej go to obchodziło. Tak dobrze było znów go zobaczyć…
- Hao! – zawołał uradowany właściciel pomarańczowych słuchawek. Początkowo chciał nawet rzucić się bliźniakowi na szyję, jednak patrząc na jego stan zdrowia uznał, że nie byłoby to najmądrzejsze posunięcie.
         Zamiast tego ostrożnie pomógł Hao wstać i przewiesił sobie przez kark jego ramię, by ten mógł się na nim wesprzeć. Jedną ręką przytrzymując brata, drugą osłaniając ich obu przed ewentualnym zagrożeniem, wydostał się z Sali. Zgodnie z instrukcją Johna, przeszli korytarzem i skręcili w drugą klatkę schodową po lewej stronie. Stamtąd, ruszyli w dół, aby następnie dotrzeć do długiego holu prowadzącego do pokoi członków X-laws. Wśród tabliczek z nazwiskami na drzwiach, dostrzegł tę, która należał do Meene. Wprowadził Hao do środka i pomógł mu usiąść na łóżku. Gdy miał już pewność, że jego bliźniak jest w stanie utrzymać wyprostowaną pozycję, przysiadł obok i mocno przytulił się do brata. Na odwzajemnienie uścisku nie musiał długo czekać. Z trudem powstrzymując łzy, wyszeptał:
- Hao… Chcę żebyś wiedział… że jesteś idiotą.
         Długowłosy odsunął się z niepewną miną patrząc na brata, który kontynuował:
- Nigdy więcej się tak dla mnie nie poświęcaj. I nawet nie próbuj mówić o jakimkolwiek stróżowaniu. Moim duchem jest Amidamaru, a ty – objął ręką ognistego szamana – jesteś moim głupim – tu oberwał lekko w łepetynkę – kochanym, żywym braciszkiem.
         Starszy Asakura uśmiechnął się lekko i oparł głowę o ramię wielbiciela cheeseburgerów. Jak dał radę wytrzymać tak dużo czasu bez tego wariata? Tymczasem Yoh wyszczerzył się jeszcze bardziej i wesoło oznajmił:
- Mam coś dla ciebie!
         Na drewnianej komodzie leżała jakaś paczka zawinięta w szary papier. Słuchawkowy szaman sięgnął po nią i wyciągnął z niej…
- Moja pelerynka! – ucieszył się Hao na widok swojego dawnego stroju. Zdecydowanie chciał się już pozbyć kostiumu kamerdynera^^. Odruchowo wyciągnął lewą dłoń po swoje ubrania, zapominając niestety o swojej wciąż jeszcze w miarę świeżej ranie. Syknął cicho z bólu. Nie uszło to uwadze Yoh, który natychmiast wyciągnął świeży opatrunek i wodę utlenioną ze stojącej obok apteczki (załóżmy, że John i Meene się przygotowali) i zaczął ostrożnie zdejmować stary, przesiąknięty krwią opatrunek. Widok tak poranionego, przemęczonego brata sprawiał, że w sercu szatyn czuł ogromny smutek i żal do samego siebie. Starając się jednak nie dekoncentrować, jak najdelikatniej przemył zeschniętą krew z rany. Hao, wzruszony troską brata dzielnie znosił cierpienie związane z kontaktem z dezynfekującym płynem. Po zakończeniu zabiegu wreszcie mógł zmienić strój. Ledwo, co przywdział swoje ukochane ubranko, a do pokoju wpadła Meene. Cały jej mundur pokryty był kurzem i pyłem, a jeden z rękawów nieco poplamiony krwią. We włosach miała pełno małych drobin, które musiały oderwać się ze zniszczonego sufitu. Jednak dziewczyna uśmiechała się co bliźniacy uznali za dobry znak.
- Chodźcie ze mną. Musimy jeszcze odzyskać Ducha Ognia – oznajmiła.
- A gdzie on jest? – spytał Yoh.
- Został zapieczętowany w specjalnej klatce. Ale ja wiem jak ją otworzyć.
- A co z Johnem i Lysergiem?
         Na twarzy dziewczyny pojawiła się troska zmieszana z zaniepokojeniem. Obejrzała się za siebie, jakby spodziewała się zobaczyć tam swoich towarzyszy.
- Oni jeszcze walczą. Ale nie wiem na jak długo starczy im foryoku. John powiedział, że za dziesięć minut mamy się spotkać na dole, więc musimy się pospieszyć.
         Asakurowie pokiwali głowami, a następnie wstali i ruszyli za Meene. Blondynka zaprowadziła ich wąskimi przejściami do pomieszczenia oznaczonego tabliczką „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Był to pokoik wielkości… może 2,5m x 2,5m, w tym połowa odgrodzona była kratami. A za nimi znajdował się…
- Duch Ognia! – zawołał Hao na widok swojego stróża uwięzionego za złotymi prętami.
- Hao! – rzekł SoF swoim przypominającym trzaskanie płomieni głosem.
         W czasie, gdy długowłosy witał się ze swoim ciepłolubnym stworzonkiem, Meene podeszła do zamka. Właściwie, to ciężko to w ogóle nazwać zamkiem… Był to raczej niewielki otwór w kształcie litery „X”. Zaciekawiony Yoh spoglądał jak panna Montgomery wkłada na palec pierścionek z takim samym symbolem, a następnie używa go niczym klucza.
- Skąd to masz? – spytał zaciekawiony właściciel pomarańczowych słuchawek.
         Meene uśmiechnęła się łobuzersko, w tym samym czasie otwierając klatkę. Uradowany DO (o ile on może być uradowany…) zaraz pojawił się obok głowy władcy płomieni w formie uroczego zielonookiego ognika.
- Powiedzmy, że… pożyczyłam go od Jeanne…
         Młodszy Asakura wyszczerzył się ze zrozumieniem xD. Zaraz potem cała trójka opuściła mały pokoik i, zgodnie z instrukcją blondynki, przedostała się do tylnego wyjścia z budynku. Zaledwie kilkanaście sekund po nich doszli, a właściwie dobiegli John i Lyserg. Używając resztek foryoku, starali się zniszczyć jak najwięcej i zatarasować przejście uniemożliwiając pościg.
- Szybko! Chodźcie! – zawołała do nich dziewczyna.
         Obaj skierowali się w jej stronę. W pewnym momencie jednak, Denbat o czymś sobie przypomniał, odwrócił się i pędem ruszył w kierunku pokoi X-laws. Niecałe dwie minuty później, w trakcie których Diethel, panna Montgomery i Yoh dzielnie nieszczyli świeżo odmalowaną klatkę schodową, wrócił. Miał przy sobie sporej wielkości torbę. Nikt nie pytał o jej zawartość. Cała piątka po raz ostatni spojrzała na zagruzowany hol i wybiegła z urzędu sprawiedliwości, kierując się do lasu.
         Zaraz przed ścianą drzew młodszy z braci zatrzymał się na moment. Zerknął na niewielki balkonik tuż nad drzwiami.
- Amidamaru! Niebiańskie cięcie! – krzyknął szatyn  i potężny cios trafił w nieszczęsny element architektoniczny, który zawalił się zupełnie uniemożliwiając skorzystanie z tylnego wejścia do zamku. Zadowolony chłopak uśmiechnął się pod nosem i dołączył do pozostałych, czekających już na niego wśród gęstych zarośli.    
         Zastał ich… No cóż… Lyserg stał zamyślony opierając się o pień drzewa, Jao siedział na kamieniu pokrytym mchem, a John i Meene…
- Udało się nam! – zawołała uradowana dziewczyna.
         Denbat, wiedziony chyba jakimś wewnętrznym impulsem chwycił ją w ramiona i obrócił się razem z nią, zapominając na moment o całym świecie. Dziewczyna spojrzała mu głęboko w oczy. On ujął delikatnie jedną dłonią kosmyk jej włosów, a drugą pogłaskał ją po policzku. Zaraz potem złożył na jej ustach delikatny pocałunek.
         Nastolatkowie patrzyli na tę scenkę z uśmiechem. Życzyli tej dwójce jak najlepiej i radowali się ich szczęściem. Pomińmy też to, że męczyło ich już nieco to ciągłe skrywanie uczuć xD
         Nasze gołąbki ćwierkały sobie jeszcze przez chwilkę, aż w końcu John podszedł do leżącej w trawie torby, którą wyniósł z urzędu. Spojrzał na stojących obok bliźniaków, którzy szczerzyli się do niego w bardzo wymowny sposób ^^ (zwłaszcza Hao). Zaraz potem wyciągnął dwa czarne prześcieradła – a raczej tak wyglądało to na pierwszy rzut oka. Tak naprawdę okazały się to być dwa długie, czarne płaszcze z kapturami.
- Skoro nie chcecie, żeby ludzie wiedzieli, że się pogodziliście uznałem, że to najlepsze wyjście. Przynajmniej  nie będziecie musieli się kryć i przejdziecie spokojnie przez Patch.
         Asakurowie spojrzeli na niego z wdzięcznością i od razu nałożyli na siebie nowe elementy garderoby.
- Hao… Ty potrzebujesz pomocy lekarza i… - zaczął Yoh.
- Poradzę sobie. Nie martw się tak o mnie.
- Ehh.. Wiesz, że ja nie potrafię – westchnął słuchawkowy. Odezwała się duma ognistego szamana… - A wy? Co zrobicie? – spytał stojącą obok Meene.
- Nie wiem. Myślę, że znajdziemy sobie jakiś domek i stworzymy nową drużynę. Co wy na to chłopaki?
         John i Lyserg  pokiwali potakująco głowami.
- Jeszcze raz wielkie dzięki. Nie wiem co byśmy zrobili, gdyby nie wy… - powiedział Hao ze wzruszeniem patrząc na X-laws – Naprawdę żałuję, że zabiłem twoich rodziców, Lyserg…
- W porządku. Jestem pewien, że rodzice nie chcieliby żebym żył nienawiścią. Przeprosiny przyjęte.
         Uścisnęli sobie dłonie. Zielonowłosy popatrzył na starszego Asakurę. Jeszcze kilka dni temu nienawidził go z całego serca, a dziś… A dziś mógłby go już nazwać przyjacielem…

♥♥♥

Dwoje młodych ludzi. Dwóch braci. Najwięksi wrogowie naprzeciw siebie… Patrzą sobie w oczy… I nagle jednocześnie wyciągają do siebie prawe ręce. Wymieniają uścisk dłoni. A jedna z nich w czerwono-czarnej rękawicy z gwiazdą…
- Kino! – krzyknął Yohmei. – Kino! Co się stało?
         Przytrzymał żonę, w ostatniej chwili ratując ją przed upadkiem. Kobieta powiedziała nieco nieobecnym głosem:
- Yoh… Musimy działać. Miałam wizję. Może jeszcze nie jest za późno…

Dotrwaliście do końca? To mój najdłuższy rozdział w karierze ^^ Wiem, że sztuczny i w ogóle fe...
Teraz jeszcze obrazki:
Postanowiłam dać pół na pół, więc cieszcie się Amkiem i Elizą:
http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&global=1&q=e+stands+for+elisa#/d2h9w7h

http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&global=1&q=eliza+faust&offset=120#/d2uf0d5




http://liedeke.deviantart.com/art/another-amidamaru-chibi-139202775




I to tyle :) Ankiety nie daję, bo mam pewne plany ^^
Pozdrawiam :*
Dobranoc ^^