Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meene. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 grudnia 2012

26. Czy aby na pewno możemy mu zaufać?

Ohayo! Meri Kurisumasu!
Na początku chciałabym wszystkim życzyć wesołych, radosnych, szamańskich, asakurzastych Świąt :D Mam nadzieję, że Aniołek/Gwiazdor/Gwiazdka/Dzieciątko/Czy-kto-tam-u-Was-przynosi-prezenty był bogaty ^^ Ja sama, nie powiem, jestem z tegorocznych prezentów zadowolona :D A najbardziej ze słuchawek a'la Hao <3 (Obrazek) i mangi "Hetalia" ^^ Kyaa!! Ale jestem z tego happy :D
Gomen, że rozdział dopiero dzisiaj.. Miał być wczoraj, ale no chyba sami rozumiecie.. Wigilia..  *.* Mam nadzieję, że nie zabijecie mnie za jakość i treść tej notki... I tytuł, który jest do bani -.-
Tym razem rozdział dedykuję.... hmm.... Chłopaki?
Choco: Natishy za to, że stale poprawia Yohao humor :D
Ren: Yochi'emu za uratowanie Johna i Meene *.*
Will: I Kasumi za pomoc przy notce ^^
Na koniec jak zwykle obrazki, zgodnie z życzeniem - "Bliźniacy i ktoś"

26. Czy aby na pewno możemy mu zaufać?

Był cudowny, słoneczny dzień. Pogoda już dawno nie ukazała się w tak cudownej formie. Wszystkim od razu polepszały się nastroje. Nawet Anna uległa ogólnej, przyjemnej aurze i pozwoliła chłopakom mieć dzień wolny. Toteż wszyscy byli happy ^^. Ren udał się z Horo i Choco do baru Silvy na mleczny koktajl, Ryu wygrzebał skądś przepis na wyjątkowo skomplikowane ciasto, Faust i Eliza poszli pohasać sobie po (wyimaginowanych) łączkach, John zabrał Lyserga na strzelnicę, a Meene oraz pozostałe dziewczęta wyruszyły na zakupy. Hao, Yoh, Manta oraz Aku poszli natomiast nad jeziorko.
         Oczywiście bliźniacy + woda = apokalipsa, toteż nic dziwnego, że nie minęło pięć minut, a cała czwórka wylądowała w stawie. Oczywiście z szerokimi uśmiechami na twarzyczkach. Jednak, gdy jakaś zbłąkana ryba zaplątała się w pelerynkę Aku, po chwilowym „Aaaaa! Zabierz to ode mnie!!”, wszyscy uznali, że pora już skończyć kąpiel. Wyszli z pewnym ociąganiem na brzeg, a następnie położyli na trawce susząc się w ciepłych promieniach słońca. Przez jakiś czas leżeli tylko i wsłuchiwali się w odgłosy natury. W pewnej chwili jednak Aku zerwał się z miejsca jak oparzony.
- K-która godzina?
- Za kilka minut dwunasta, a co? – odparł Yoh, leniwie spoglądając na dzwonek wyroczni.
- Ojej.. Będę już musiał lecieć.. Ale wpadnę potem, jeśli wam to nie przeszkadza?
- Jasne, że nie – wyszczerzył się słuchawkowy. – Do zobaczenia!
         Onaji pomachał jeszcze chłopakom na pożegnanie i pobiegł w kierunku miasta. Hao obserwował go jeszcze przez jakiś czas, aż odezwał się cicho, patrząc w niebo.
- Wiesz Yoh, chyba…
         Jednak przerwało mu głośne chrapanie. No tak, mógł się spodziewać, że braciszek będzie chciał wykorzystać wolny dzień na nadrabianie straconych godzin zbawiennego snu. Przekręcił głowę w stronę Manty, który leżał obok z otwartymi oczami.
- Chyba jednak myliliśmy się, co do Aku. On nie jest zły…
- Też tak sądzę. To była zbyt pochopna ocena… - odpowiedział mu niewysoki chłopak z lekkim uśmiechem.

♥♥♥
           
- Jak mi go zaraz nie oddasz, to pożałujesz, że się urodziłeś!
- Och, Ren! Daj spokój!
- Powtarzam ostatni raz! ODDAWAJ MI MOJE MLEKO, CHOCO!!!
         Obaj członkowie drużyny „The Ren” stali po przeciwnych stronach jednego ze stołów u Silvy, w tym Amerykanin miał w ręce kartonik „Łaciatego”.  Biedny członek rady przyglądał się zza lady wściekłemu Chińczykowi, który trzymał guan-dao w rękach. Ostrze broni znajdowało się zaledwie centymetry od półki z łatwo tłukącymi się szklankami.
- D-dość! – zdołał w końcu wyjąkać Indianin. I w samą porę, bo fioletowowłosy już przymierzał się do ataku, w którym zapewne ucierpiałyby również nieszczęsne naczynia. – P-proszę op-puścić lokal!
         To chyba zadziałało, bo młody Tao opuścił guan-dao. Spojrzał raz jeszcze na lekko wystraszonego komika, który odłożył kartonik na stół między nimi, po czym zabrał swoje mleko i rzucając krótkie „idziemy”, skierował się do wyjścia. Horo i Choco po chwilowym wahaniu ruszyli za nim.
- Następnym razem nie żyjesz – powiedział do McDonnela popijając swój ukochany napój.
- To, co robimy? – zapytał Horo, niezbyt szczęśliwy z przymusowego opuszczenia niedokończonego jeszcze lunchu.
         Zapadła cisza. W niewielkim miasteczku nie było zbyt wiele do roboty… No chyba, że ktoś lubi trenować…
- Jeśli nie macie co robić, to zapraszamy na walkę – usłyszeli nagle jakiś lekko zarozumiały głos tuż za plecami. – Wierzcie mi, będzie na co popatrzeć…
         Wszyscy trzej w jednym momencie się odwrócili. Stali twarzą w twarz z siódemką szamanów w czarno-granatowych mundurach, których pozy i ustawienie przypominały nieco dawnych X-laws. Ten, który się do nich odezwał był wysoki i przystojny, o kruczoczarnych włosach i aroganckim spojrzeniu.
- A wy to..?
- Drużyna Euro. A konkretnie €1 i €2 – oznajmił brunet.
- Przyszli zwycięzcy turnieju – dodał stojący za nim, nieco podobny z wyglądu mężczyzna.
- Doprawdy? – spytał Ren, a w jego głosie dało się wyczuć kpinę.
- Ale turnieju nie zwyciężymy jak nie przybędziemy na walkę – wtrącił blondyn o ponurym spojrzeniu.
- Björn ma rację! Antonio, Fernando, musimy iść – przytaknęła mu wyjątkowo urodziwa dziewczyna, patrząc na niego z lekkim… zachwytem? Najwidoczniej złowrogo wyglądający chłopak się jej podobał…[W: Yyy…? Serio..??][Ch: Wiesz, Will… To jest taki sposób…] [W: Sposób? Na co?] [Ch: No na podrywanie… Trzeba zgrywać takiego „złego chłopaka”. Serio, to działa ^^] [R: Taa… Bo ty o tym wiesz najlepiej…] [Ch: Co takiego masz na myśli!?] [R & W: Yyy.. Że nie masz dziewczyny?] [Ch: -.-] (Przepraszam, ale moglibyście mi łaskawie nie przeszkadzać? Jak chcecie rozmawiać o podrywaniu, to do biura matrymonialnego! *Wykopuje chłopaków z pokoju* Przepraszamy za usterki. Można kontynuować.)
- Dla ciebie wszystko, skarbie – odparł brunet ze zniewalającym uśmiechem, ku wyraźnemu niezadowoleniu towarzyszki.
         Zaraz potem cała siódemka odwróciła się i ruszyła dalej w stronę stadionu. Ren, Choco i Horo przez chwilę obserwowali oddalających się szamanów.
- Wyglądali na pewnych siebie… Nie przypominają wam nieco naszych starych znajomych? – spytał po chwili młody Tao.
- X-laws? Aż za bardzo… - mruknął w odpowiedzi Usui.
- Jednak ta walka… Nie powiem, ciekawi mnie – powiedział, po części do chłopaków, po części do siebie fioletowowłosy.
         Tak, więc kilka minut później cała trójka siedziała na trybunach w oczekiwaniu na rozpoczęcie pojedynku. Przeciwnikami miały być drużyny „€1” i „Złota Rzeka”. Członkami drugiego zespołu byli dwaj mężczyźni i jedna kobieta pochodzący prawdopodobnie z Dzikiego Zachodu. Byli ubrani w charakterystyczne stroje a’la Western, a ich duchami okazali się być trzej groźnie wyglądający kowboje.
         Na środek areny wyszedł już gotowy do sędziowania Karim. Po krótkim przywitaniu na ekranie pojawiła się informacja obwieszczająca, że jako pierwsi zmierzą się Fernando Banavidez i Samantha Jackson. Do przodu wysunął się ciemnowłosy mężczyzna, który chwilę wcześniej zapewniał o zwycięstwie drużyny Euro w całym turnieju oraz jasnowłosa kowbojka. Członek rady krzyknął „Start!” i obaj walczący przywołali swoje duchy. Stróżem Hiszpana okazał się być ogromny byk, podobny do tych, z którymi zmierzają się toreadorzy.
- Islero! Do płachty! – krzyknął brunet wyciągając skądś krwistoczerwony materiał. - Ataque del toro! (hiszp. Atak byka)
W tym samym czasie Samantha wprowadziła swojego ducha do kapelusza. Jednak nie zdążyła nawet przeprowadzić jednego ataku, gdy ze wszystkich stron w jej kierunku poleciały setki maleńkich byków. Osłoniła się od większości, ale kilkunastu udało się przełamać jej obronę, pozostawiając płytkie, aczkolwiek bardzo bolesne i krwawiące rany na całym ciele. Jednak, ledwo co zniknęły małe stworki, tuż obok dziewczyny wyrósł olbrzymi czarny byk, na którego grzbiecie stał Fernando z wrednym uśmieszkiem. Kowbojka chciała chyba zaatakować, lecz nagle została przygwożdżona do ziemi przez rogi wielkiego zwierzęcia. Chwilę potem byk zniknął, jednak tylko po to, by w następnej sekundzie pojawić się tuż za nią. Hiszpan ewidentnie bawił się Samanthą, co chwila dodając jej obrażeń. Wyglądało to trochę jak kot przygotowujący się do rozprawienia z nieszczęsną zdobyczą.
- Co za sadysta! – krzyknął Choco, patrząc ze strachem na ciemnowłosego przedstawiciela drużyny „€1”, który zdawał się mieć przyjemność z zadawania bólu przeciwniczce.
Gdy wreszcie (choć dla niektórych zdawało się to trwać całą wieczność) na tablicy pojawił się komunikat o zwycięstwie Banavideza, kobieta leżała nieprzytomna, cała w płytszych i głębszych ranach. Piasek dookoła niej zaczął przybierać krwistoczerwony kolor. Fernando uśmiechnął się tylko pogardliwie i podszedł do czekających na niego członków drużyny. Przywódca, którego nazywali Antonio, opierał się swobodnie o ścianę z założonymi rękami. Jasnowłosy zaś, jak zwykle patrzył na niego z ponurym wyrazem twarzy. Żaden jednak nie odezwał się ani słowem.
         Tymczasem Samantha została już przeniesiona na nosze i zabrana z areny przez dwójkę medyków. Jej towarzysze ze strachem spoglądali na półżywą przyjaciółkę. Niższy z mężczyzn poluzował trochę rewolwer, który nosił przy pasie. Prawdopodobnie właśnie on miał walczyć w następnym pojedynku. I rzeczywiście tak się stało. Karim wyczytał z ekranu, że zmierzyć mają się ze sobą Jason Buckle i Björn Larsen.
         Przeciwnicy ustawili się na pozycjach. Zanim jeszcze rozpoczęła się walka, szaman z Dzikiego Zachodu powiedział wściekle:
- Zemszczę się za moją siostrę.
         Blondyn nie odpowiedział. Przez cały czas na jego twarzy pozostawała chłodna obojętność. Nawet po starcie, ani na moment nie stracił opanowania. Kowboj natychmiast przywołał ducha, wsadził go do rewolweru i wystrzelił. Członek drużyny „€1” zrobił  tylko jeden krok w lewo i pozwolił, by strumień foryoku przeleciał obok, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Jason nie przejął się tym zbytnio i ponownie zaatakował. Jednak wściekłość i chęć zemsty zupełnie przysłoniły mu zdrowy rozsądek. Atakował ze wszystkich stron, używając mocniejszych i nieco słabszych ciosów, ale żaden z nich nie trafiał w cel. Larsen stał spokojnie w miejscu, raz na jakiś czas uchylając się. Buckle zdał sobie ze swojego błędu dopiero, gdy zużył większość swojej szamańskiej mocy. Przez chwilę stał w miejscu próbując złapać oddech. Ten moment wykorzystał Norweg. Zamachnął się wielkim toporem, który powstał w wyniku kontroli ducha, i ciął powietrze, zupełnie jak Yoh przy Niebiańskim Cięciu. Potężny atak poleciał w stronę Jasona i zanim ten zdołał cokolwiek zrobić, trafił prosto w jego brzuch zostawiając podłużną, głęboką ranę. Kowboj otworzył szeroko oczy i z głuchym jękiem upadł na ziemię. Björn obdarzył go obojętnym spojrzeniem i podszedł do swoich towarzyszy.
         Na widowni panowała absolutna cisza. Wszyscy byli zbyt wstrząśnięci, aby cokolwiek powiedzieć. Od „nawrócenia” Hao, żadna walka nie kończyła się śmiertelnymi obrażeniami. A członkowie drużyny „€1” najwidoczniej nie mieli oporów przed przekroczeniem tej granicy.
- Wygrywa drużyna „Euro 1” – oznajmił Karim, jednak nawet w jego głosie dało się wyczuć pewien niepokój.
Zwyczajowo po ogłoszeniu wyników, widzowie bili brawo zwycięzcom. Tym razem panowała zupełna cisza. W pewnym momencie z jakiegoś rzędu dał się słyszeć płacz dziecka. Trzej mężczyźni zwrócili głowy w kierunku małej dziewczynki w kowbojskim kapelusiku. Jej łzy skwitowali tylko pogardliwym uśmiechem.

♥♥♥
           
- Sprawdzam.
- Dwie pary – uśmiechnął się Ryu.
- Trzy karty – powiedział na to Faust.
- Kolor – przebił ich zadowolony Yoh. – A Ty, Hao? – spytał bliźniaka, który przez całą grę zdawał się nie zmieniać wyrazu twarzy.
- Poker – wyszczerzył się zadowolony władca płomieni ukazując trójkę, czwórkę, piątkę, szóstkę i siódemkę trefl.
- Niech to… Wygrałeś -.-
         Motocyklista, nekromanta i właściciel pomarańczowych słuchawek niechętnie przesunęli swoje czekoladowe ciastka w stronę ognistego szamana. Ten przyjął je z radością. Jak widać czasem trzeba mieć po prostu szczęście. Widząc jednak zawiedzione minki brata i przyjaciół, wspaniałomyślnie postawił miseczkę na środku stołu. Zaraz potem przeprosił wszystkich i udał się po coś do sypialni.
         Gdy wszyscy pałaszowali słodkie przysmaki, do domku weszli Ren, Choco i Horo. Cała trójka miała nietęgie miny. Zwłaszcza na twarzy Chińczyka wyglądało to niespotykanie. Niepokój naszej gromadki zwiększył się jeszcze bardziej, gdy niebieskowłosy odmówił zjedzenia ciastka.
- Co jest, chłopaki? – spytała Pirika, która razem z dziewczętami siedziała na sofie oglądając jakiś serial.
- Widzieliśmy walkę drużyny „Euro”… Oni…
- Są okrutni! Zupełnie nie liczą się z konsekwencjami! Zostawili przeciwników ledwo żywych!
- A są silni. Bardzo silni.
- I tak w ogóle to są zupełnie jak X-laws! Noszą mundury, tylko, że czarno-granatowe.
- I są chyba jeszcze gorsi!
         Członkowie drużyny „The Ren” mówili jeden przez drugiego. To, co widzieli naprawdę musiało być poważne. Jedno jest pewne – nie można tak tego zostawić.
- Pomówimy o tym później…? – zapytał Yoh po chwili zadumy. – Zaraz przyjdzie…
         W tym momencie dał się słyszeć dzwonek u drzwi. Szatyn od razu pobiegł otworzyć.
- Cześć Aku! – zawołał na powitanie.
- Ohayo! To, co? Idziemy? – odparł z uśmiechem blondyn.
- Wiesz, jeszcze musimy poczekać na Ha…
- Och no chodź! – przerwał mu Onaji i pociągnął go za rękę. – Nie mam dzisiaj zbyt dużo czasu!
 - No ale… - chciał coś powiedzieć Yoh, jednak przyjaciel już wyciągnął go na zewnątrz. Zawołał więc tylko „do zobaczenia później” do naszej gromadki i pobiegł za kopią swojego brata.
         Ledwie drzwi się zamknęły, do przedpokoju wszedł ognisty szaman.
- Jakby co, to ja jestem got…
- Oni już poszli – przerwał mu smutno Manta, stojący w przejściu do pomieszczenia służącego za salon. – Przykro mi…
         Zaraz potem niewysoki szaman wszedł z powrotem do pokoju, gdzie grali w pokera, zostawiając starszego Asakurę samego. Nie do końca wiadomo, jak długo Hao stał tam jeszcze bez ruchu, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w zamknięte drzwi.

I jeszcze obiecane obrazki "Bliźniacy i Ktoś"






Plus mały świąteczny bonus ^^

http://doodlz18.deviantart.com/art/SK-Christmas-106647681


Świąteczne życzenia również od naszych starych znajomych ^^
http://browse.deviantart.com/?q=bean+king+x+laws#/d2gzbi6

http://browse.deviantart.com/#/d35kuzj - Nie pytajcie, czemu to wstawiłam...
   
http://piener.deviantart.com/art/merry-christmas-344550688
http://janeelend.deviantart.com/art/Merry-Shaman-Christmas-188117068  - A ten obrazek mam teraz jako tło w google Chrome ^^

Jeszcze ankieta:
a) Szamańska zima
b) Manta (w podziękowaniu, że się zajmuje Hao w ciężkich chwilach)
c) Wasz Wybór :D

I to już wszystko ^^
Meri Kurisumasu i do następnej notki :D Mam nadzieję, że wyrobię się jeszcze w tym roku ;) A jak nie, to szamańskiego sylwestra z imprezą jak u NWG :D
Ach, no i przypominam o komentarzach :D

środa, 24 października 2012

17. Gdyby fanatyzm był dyscypliną sportową, Marco zdobyłby medal olimpijski^^


     Ohayo! 
Heh xD Zapewne zastanawia Was dzisiejszy tytuł... Cóż, powiedzmy, że miałam wenę twórczą ^^ Ale niestety... tylko na tytuł =.= Naprawdę... Moim zdaniem ten rozdział jest nudny, nijaki i ogólnie do skasowania... Ale nie mam żadnego pomysłu co tu wcisnąć, a gdybym tak szybko ciągnęła akcję, to wszystko wyszłoby nienaturalnie i w ogóle fe... 
Teraz drobna sprawa - kochany Anonimie, dziękuję Ci za miły komentarz^.^. Mogłabym jednak dowiedzieć się, kim jesteś..? Jakoś tak wolę znać imiona albo nicki czytelników =)
Hmm... Coś jeszcze miałam powiedzieć i nie wiem co... Yyy.... A tak! Może zauważyliście, że tu obok --> pojawił się pewien obrazek^^ Jest to mój duch-stróż. Nazywa się Will Treaty i jest zwiadowcą <3 Ogólnie to moja największa miłość, zaraz po bliźniakach^^ Co prawda wątpię, żeby się odzywał, ale może kiedyś... Will, przywitaj się!
Will: Witam... *posyła tajemnicze spojrzenie spod kaptura płaszcza*
Jak ktoś czytał "Zwiadowców", to wie o co chodzi :D
Dobra, nie gadam tyle. Rozdział dedykuję fanom Johna *.*


17. Gdyby fanatyzm był dyscypliną sportową, Marco zdobyłby medal olimpijski^^

Przechodził akurat obok wejścia do sypialni, gdy usłyszał głos przyjaciela:
- Hao… Ty idioto…
         Zaskoczony, podsunął się do drzwi i zajrzał do środka. Jego szok zwiększył się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, że Yoh klęczy z pochylona głową, a na pościel przed nim kapią łzy. W ręce trzymał jakąś karteczkę. Manta czuł, że Asakura chciałby być teraz sam, jednak nie potrafił go zostawić. Widząc, że szatyn nie przejawia skłonności do uspokojenia się, powoli wszedł do sypialni.
- Yoh… Co się stało? – spytał cicho. Starał się mówić wolno i spokojnie, aby zbytnio nie zaskoczyć przyjaciela. Jednak zdruzgotany właściciel pomarańczowych słuchawek i tak aż podskoczył ze strachu.
- M-Manta?! – odwrócił głowę w kierunku jasnowłosego, bezskutecznie próbując ukryć łzy pod brązowymi kosmykami. Wyglądał naprawdę strasznie. Zaczerwienione oczy i policzki, szybki oddech i lekkie drżenie były idealnymi dowodami na to, że nic nie jest w porządku.
- Co się dzieje Yoh? – zapytał ponownie zaniepokojony Oyamada.
         Szatyn spojrzał na niewysokiego z niepewnością. W końcu dał mu znak ręką, aby się zbliżył.
- Nie mogę… Nie mogę tu bezczynnie siedzieć – wyszeptał Asakura. – On…mnie potrzebuje… - z jego oczu ani na chwilę nie przestawały płynąć łzy.
- Kto? – spytał zdziwiony Manta.
- Hao… - wypowiedział to tak cicho, prawie bezgłośnie.
- Co?! – zaskoczony jasnowłosy chłopak, nie potrafił wykrztusić nic więcej.
         Yoh jednak nic nie powiedział. Ukrył twarz w dłoniach i usiadł z podkurczonymi nogami.
- Jak to? Przecież…
- To…mój brat… - wyszeptał tylko słuchawkowy szaman.
- Ale to morderca! Jest zły!
- Nie mów tak o nim! – krzyknął wyraźnie wściekły Asakura. – Zresztą… On nie jest zły!
- No co ty? Yoh…
- CO TU SIĘ DZIEJE?! – w drzwiach pojawiła się niezadowolona Anna. – Manta! Przecież wiesz dobrze, że Faust zabronił… - przerwała, widząc załamanego narzeczonego. Jej głos natychmiast złagodniał. – Yoh… Co się stało?
- Anno…ja…
         Nie mógł już dłużej w sobie tego tłamsić. Podszedł do Kyoyamy i przytulił się do niej. Dziewczyna nie protestowała. Opiekuńczo pogłaskała go po głowie. Przez chwilę łkał cicho w jej ramionach. Gdy poczuła, że się już nieco uspokoił, delikatnie odsunęła go od siebie.
- O co chodzi?
         Chłopak westchnął. Spojrzał na siedzących obok przyjaciela i ukochaną.
- Prosił mnie by nikomu nie mówić… Ale ja tak nie potrafię… Wy jesteście moimi najbliższymi przyjaciółmi. Błagam, obiecajcie, że nikomu nie powiecie…
         Anna i Manta spojrzeli po sobie, a następnie przenieśli wzrok na załamanego szatyna.
- Obiecujemy – powiedziała cicho dziewczyna.
- Nie mogę tu z wami zostać Anno. Muszę uratować Hao.
- Że co?!
- On… Zaczęło się od naszej turniejowej walki. Ja…my… Sam nie wiem, jak to się stało. Ale wtedy pojawili się X-laws i uwięzili mnie. To przez nich na arenie pojawiła się ta dziwna mgła. Hao poddał się, aby mnie ratować.
         Na twarzach obojga słuchaczy pojawiło się zaskoczenie. Nie spodziewali się czegoś takiego. Jednak słuchawkowy kontynuował.
- Chciałem wam, powiedzieć, ale… Nie mogłem czekać. Wiem, że to się wydaje nieprawdopodobne, ale Hao naprawdę zmienił się przez te kilka dni. Już nie chce zniszczyć ludzkości. To mój brat, kocham go i muszę mu pomóc. On… nie wiem co konkretnie zrobił, ale prawdopodobnie zawarł pakt z tymi psycholami, żeby nas ratować. Już drugi raz się dla mnie poświęcił! Nie mogę tu siedzieć bezczynnie, kto wie, co oni mu zrobią!
         Kyoyama i Oyamada byli w totalnym szoku. Nie wiedzieli co powiedzieć. Chyba jeszcze nigdy nie widzieli Asakury w takim stanie. Pomimo  rozpaczy, w jego oczach widać było zdeterminowanie. Nawet, gdyby chcieli, to i tak nie udałoby się im powstrzymać szatyna. Tylko jak to możliwe, że w ciągu tak krótkiego czasu, Hao stał się dla Yoh tak ważny…?
- To jak? Mogę na Was liczyć? – w głosie chłopaka było tyle smutku i błagania, że chyba nikt nie potrafiłby mu odmówić…

♥♥♥

         Marco znęcał się nad nim jeszcze przez jakiś czas. Po dość długim czasie, wykończony chłopak stracił przytomność. Dopiero wówczas,  blondyn „łaskawie” dał mu spokój…
         Obudził się w jakimś ciemnym lesie. Otaczała go jednak niepokojąca cisza, zupełnie jakby całe życie się stąd wyniosło. Wiatr nie szumiał w koronach drzew, nigdzie nie było widać żadnych zwierząt. Zupełnie jakby ktoś wyłączył głos.
         Wstał i rozejrzał się uważnie. Między grubymi, pokrytymi mchem pniami dojrzał jakąś czarno-pomarańczową sylwetkę. Ruszył w tamtym kierunku. Po kilkunastu krokach znalazł się na małej polance. Na pierwszy rzut oka nigdzie nie zauważył owej postaci. Dopiero, gdy wyszedł na środek łączki, dostrzegł ją, a właściwie GO, siedzącego na gałęzi jednego z drzew. Jego serce wypełniła radość i wielka ulga.
- Yoh! – zawołał uradowany. Bliźniak zeskoczył na ziemię i podszedł do Hao. – Tak się cieszę, że cię widzę!
- Ja też się cieszę braciszku – odparł słuchawkowy szaman i przytulił się do brata.
- Gdzie jesteśmy? – spytał władca płomieni.
- Hmm… Zdaje się, że w lesie – odpowiedział Yoh z powalającą szczerością. Hao uśmiechnął się tylko i poczochrał bratu włosy.
- Amerykę odkryłeś, Sherlocku…
         Weszli razem między drzewa. Z początku przedzierali się przez gęste zarośla, aż dotarli do niewielkiego jeziorka, którego błękitna tafla lśniła w blasku słońca. Cisza, mimo że nadal im towarzyszyła, przestała wydawać się taka groźna. Nie wiadomo tylko, czy właśnie to pozorne uczucie bezpieczeństwa nie było powodem do obaw…
         Długowłosy podszedł do brzegu i przykucnął, aby się napić. Jednak nie udało mu się zanurzyć rąk w chłodnej wodzie. Zaledwie kilka centymetrów od tafli jeziorka, natrafił na niewidzialną przeszkodę. Kiedy namyślał się nad tym niecodziennym zjawiskiem, usłyszał krzyk brata.
- Zostaw mnie! Puszczaj! Niee!
         Momentalnie się odwrócił. To, co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach. Marco trzymał wyrywającego się Yoh i przykładał mu ostrze noża do gardła.
- Zostaw go! – krzyknął Hao. Chciał przywołać ducha stróża, lecz nie udało mu się to.
- Nie – Lasso uśmiechnął się wrednie. Następnie uważnie zmierzył wzrokiem ognistego szamana i szybkim ruchem wbił Yoh nóż w bok. Młody Asakura spojrzał ze smutkiem na brata, jęknął głucho i osunął się bezwładnie na ziemię.
- Nieee!!!!
         Gwałtownie otworzył oczy. Leżał na łóżku w jakimś niewielkim pomieszczeniu. Podeszła do niego pewna znana mu blondynka.
- Właśnie chciałam cię obudzić. Miałeś koszmary? Krzyczałeś przez sen – powiedziała szeptem. Hao odetchnął z ulgą . A więc to był tylko sen.
- Meene…? – spytał nie do końca przytomnie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z niecodziennej sytuacji. – Gdzie ja jestem?
- Ćśś… - przyłożyła palec do ust. – Jesteśmy w pokoju Johna. Gdy zemdlałeś, Marco kazał Chrisowi cię wynieść. Uznaliśmy jednak, że nie powinieneś leżeć na podłodze w takim stanie – wskazała na jego podrapane, posiniaczone ręce i twarz. Jego lewe przedramię zostało już opatrzone, a zaschnięta krew starta z dłoni i policzków.
- My…? Czyli kto? – jakoś nie wierzył, że np. taki Lasso zrobiłby dla niego coś miłego…
- John i ja – dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
         Tymczasem Asakura powoli przetwarzał zasłyszane informacje. Tylko jedno mu w tym wszystkim nie pasowało.
- Dlaczego mi pomogliście?
         Panna Montgomery nieco się zawstydziła. Nie patrząc na rannego chłopaka odpowiedziała cicho:
- Wiesz… Nie wszyscy tutaj jesteśmy bezwzględnymi fanatykami… Zresztą, niezależnie, sojusznik czy wróg, gdy ktoś potrzebuje pomocy, to się mu jej udziela. Tak zawsze mnie uczono… - na chwilę przerwała i zamyśliła się, w końcu niemal bezgłośnie dodała – To, że jesteśmy członkami X-laws nie oznacza, że popieramy wszystko, co robi Marco. I nie wszyscy jesteśmy tutaj…z własnej woli…
         Mimo iż długowłosy zdawał sobie z tego sprawę, słowa blondynki wywołały u niego zaskoczenie. Mówiła to trochę tak jakby nie do końca wiedziała czy dobrze robi. Trochę jak zagubione dziecko. Tak jak on, gdy nie widział już sensu w zabijaniu i tworzeniu królestwa szamanów… Ale o co chodzi z tym „nie jesteśmy tu z własnej woli”?
         Te rozmyślania przerwało nagłe wpadnięcie Johna (oczywiście nie dosłownie xD). Był zziajany i wyglądał na nerwowego.
- Marco…chce…żeby Hao…spotkał się…z…Jeanne…Teraz… - wydyszał Denbat.
         Meene, nieco wystraszona, wydała z siebie cichy pisk i spojrzała niepewnie na leżącego na łóżku chłopaka. Hao usłyszał przypadkiem jej myśli: „A co, jeśli Jeanne dowie się, że mu pomogliśmy…?”
- Spokojnie – odezwał się Asakura. – Umiem blokować swój umysł. Nie wydam was.
         Zaskoczona Kanadyjka (taak… Meene pochodzi z Kanady. Sama zaczynam się siebie bać – coś za dużo wiem o X-laws… ^^) niepewnie spojrzała na szatyna.
- Przepraszam cię, ale wyjątkowo głośno myślisz – usprawiedliwił się Hao z rozbrajającym uśmiechem.

♥♥♥

         John odprowadził go aż pod drzwi owej „Białej Sali”, jak zwykli ją nazywać X-laws. Następnie ostrożnie zapukał i po usłyszeniu krótkiego „Wejść!”, wpuścił młodego szamana do środka. Sam zaś, gdy tylko podwoje (podobno synonim…) się zamknęły, zajął stanowisko obserwatorskie przy dziurce od klucza xD.
         Wewnątrz, Hao zastał tylko Marco czytającego jakąś gazetę („Miesięcznik Psychopaty” :D) i Lyserga, gorączkowo studiującego treść jakiejś niewielkiej książeczki (nie, to nie to co myślicie ^^ Nie tym razem xD). Blondyn jakby nie zauważył Asakury. Przerzucił spojrzenie na zielonowłosego i zawołał do niego:
- Ucz się, ucz! Jeśli chcesz dorównać wiedzą pozostałym, musisz nadrobić jeszcze ponad rok nauki. To, że przeczytałeś „1001…” i „2002…”, nie znaczy, że nie masz zaległości.
         Diethel pokiwał gorliwie głową i wrócił do lektury. Tymczasem, okularnik łaskawie raczył zwrócić uwagę na czekającego władcę płomieni. Zmierzył szatyna uważnym wzrokiem, aż zatrzymał się na jego lewym, opatrzonym przez Meene, ramieniu. Nie przestając wpatrywać się w nieszczęsną rękę Haosia, wstał i podszedł do długowłosego. To, co wydarzyło się później, trwało zaledwie kilka sekund.
- Ty złodzieju! – krzyknął Lasso, zamachnął się i mocno uderzył biednego chłopaka w twarz. Ognisty szaman zachwiał się. Z jego noska popłynęła krew. Instynktownie, chciał zawołać swojego ducha stróża, jednak jego kochanego, ciepłolubnego stworzonka nigdzie nie było. No tak… Mógł się spodziewać, że X-laws zabiorą mu SoF.
- Co ja takiego zrobiłem…? – spytał cicho.
- Ukradłeś bandaże!
         Asakura nic nie odpowiedział. Co prawda, nie ukradł niczego, ale dla Marco każdy powód jest dobry, byle tylko się nad nim poznęcać… T.T Nie było sensu się spierać. Marco jednak nie poprzestał na jednym uderzeniu. Już drugi raz w ciągu tego dnia chwycił szatyna za jego śliczną czuprynkę i gwałtownie uniósł w powietrze.
         Znęcał się nad chłopakiem jeszcze przez jakiś czas, wywołując… niezbyt miłe odczucia zarówno u Hao, jak i u siedzącego obok Lyserga. W końcu pozostawił go obolałego, leżącego na podłodze. Świeżo zasklepiona rana na ręce znów się otworzyła, a bandaż zaczął przybierać czerwoną barwę.
         Starając się nie zważać na ból, podniósł się z ziemi i spróbował wstać. Jednak podpieranie się rannym ramieniem nie było najlepszym pomysłem i wysiłek ognistego szamana poskutkował jedynie przetoczeniem się na brzuch.
- A co…z Jeanne…? – spytał prawie bezgłośnie.
- Dla ciebie pani Jeanne! – krzyknął Marco, a Asakura zapragnął ponownie stracić świadomość. Byle tylko uwolnić się od tego bólu, byle oddalić się od tego psychopaty… Lasso kontynuował – Zaraz zabiorę cię do Jeanne. Chociaż i tak nie jesteś godny z nią rozmawiać…
         Blondyn dość brutalnie chwycił długowłosego za kołnierz pelerynki i sprowadził go do pionu. W tym samym momencie, do Sali wpadł przerażony Larch. Tym razem dosłownie „wpadł”, bo nie zauważył czającego się przy dziurce do klucza Denbata i razem z nim znalazł się w środku w trybie natychmiastowym, niemal wyważając drzwi. Biedny John został przygwożdżony do podłoża przez…ekhem…dość masywne cielsko Diarca. Amerykanin wstał zaraz, nieświadomie wykorzystując głowę naszego romantyka jako podpórkę. Pragnąc jak najszybciej stanąć przed Marco, spróbował biec, lecz tym razem na przeszkodzie stanęła mu ręka Anglika. Larch po raz kolejny runął jak długi tuż pod stopami nieco^^ zażenowanego okularnika. Wreszcie, pechowcowi udało się podnieść i wydyszeć:
- Przybyli…inspektorowie…

Ok, to wszystko^^
Znaczy, jeśli chodzi o tekst. Bo oczywiście jak zawsze czeka nas jeszcze spamik z obrazkami *.*
Zanim wkleję obiecany temacik, chcę się pochwalić tym ślicznym obrazkiem z Johnem i Meene, który udało mi się wczoraj znaleźć:
Oni są tacy kawaii^^

A teraz już "Bliźniaki i zwierzaki", czyli znając Haosia - duużo miauczenia^^
(przypominam - kliknij aby powiększyć)







Tak, żeby nie były same koty^^
Przetrwaliście tą notkę? Podziwiam *.* Mam wielką nadzieję, że następny rozdział będzie ciekawszy. Chciałabym już skończyć motyw z dręczeniem Haosia... :( Ehh...
To teraz ankieta:
- Anna
- Pirika
- Jun
Dajmy dziewczętom się wykazać^^
Buziaki i do next *.*

piątek, 5 października 2012

12. Tajni agenci w akcji, czyli totalna mieszanka Mission Impossible, Jamesa Bonda i Matrixa ;)


Uff...

Ohayo!

Witam wszystkich! W końcu przepisałam ten rozdział... A już myślałam, że nigdy nie skończę. Normalnie jestem totalnie kaput, jak to mówią... Nie wiem co się stało, ale chyba po tym tygodniu dopadło mnie jakieś koszmarne zmęczenie... No nic, jutro odeśpię  :D
Notka dość późno jak na mnie. Za to długa. Nawet bardzo długa. :) Najdłuższa w mojej karierze (chyba 6 stron Worda). Nie oznacza to niestety dobrej jakości... 
Właściwie, to z początkowej części jestem zadowolona xD Ale im dalej tym gorzej :( Dlatego może zrobię tak: 
Dedykuję początek notki wszystkim czytelnikom bloga :D A koniec to chyba tylko mojemu zmęczeniu... Tak, tak mister Zmęczenie! Zobacz sobie co narobiłeś!! *Zmęczenie patrzy ze strachem i ucieka*. I od razu lepiej! :D
Dobra, nie przynudzam :) Zapraszam na notkę!
 (ps: niektóre fragmenty najlepiej słuchać przy TEJ muzyczce xD)

12. Tajni agenci w akcji, czyli totalna mieszanka Mission Impossible, Jamesa Bonda i Matrixa ;)


*W tle muzyczka z Mission Impossible*
            Zaczynało się już powoli ściemniać. Wąskimi uliczkami, do których nie docierało światło ulicznych lamp, przemykało pięć osób w dość ciekawych strojach.
- Stać – szepnął chłopak ubrany w długie czarne spodnie, ciemną koszulkę i skórzany płaszcz a’la Matrix.
Zatrzymali się w cieniu, zaraz obok głównej drogi. Rozejrzał się uważnie. Gdy uznał, że nikt ich nie zobaczy, na palcach przemknął na drugą stronę i dał ręką znak pozostałym. Dwie wysokie postaci w nieco podobnym ubiorze, uważnie rozglądając się na boki, szybko przedostały się do niego. Zaraz po nich, nieco niższa osoba, posiadająca dodatkowo okulary przeciwsłoneczne (nocą^^), w bardzo widowiskowy sposób (z fikołkiem, jakimś dziwnym przeskokiem i pozą a’la James Bond) przebyła tę, jakże niebezpieczną drogę. W końcu, za nią ruszył spokojnym krokiem ostatni z „tajnych agentów”. Nie przejmował się zbytnio specjalnymi efektami. Po prostu szedł. Nie wyglądał też na zadowolonego ze stroju, jaki przyszło mu nosić. Jego ignorancja nie została zbyt entuzjastycznie przyjęta przez grupę.
- No wiesz Ren! – skarcił go Horo. – Jak możesz być takim ignorantem?!
- A może tak przestalibyście się wygłupiać?! I tak cieszcie się, że znoszę jakoś te wasze głupie pomysły…

Retrospekcja Rena:

- No to jak? Ustalone? Wyruszamy o zachodzie słońca – oznajmił Horo.
- Dlaczego akurat wtedy?  Czemu nie wcześniej? – spytał Ren.
- Yoh napisał, żeby się nie martwić. Jeśli nie wróci do zachodu, to go poszukamy – odparł Faust.
- No i tak jest zawsze na filmach! – zawołał entuzjastycznie Choco, na co Chińczyk tylko przejechał dłonią po twarzy.
            Wtedy do pokoju wszedł Ryu z wielkim workiem na plecach. Tuż za nim wkroczyli Anna i Manta. Brunet położył pakunek na stole i począł wyciągać z niego dziwne, czarne ubrania.
- Uznałem, że skoro idziemy na misję, to trzeba mieć odpowiedni strój – powiedział, pokazując wszystkim długie, czarne skórzane płaszcze oraz ciemne koszule.
            Fioletowowłosemu wręcz opadła szczęka. Spodziewał się, że Horo i Choco będą…yy…sobą xD, ale nie sądził, że udzieli się to też Ryu i Faustowi. Wszyscy zaczęli z zadowoleniem przyglądać się ubraniom i planować wyprawę.
            Od Silvy nie dowiedzieli się zbyt wiele. Tyle tylko, że podobno ktoś widział X-laws na północy wioski. Sam sędzia nie był zbyt skory do rozmowy o fanatykach, więc nie mieli, co liczyć na dokładniejsze informacje. Co prawda, nie powiedzieli mu, że chodzi tu o zaginięcie Yoh… Na szczęście, Faust dość dobrze poznał Patch, wędrując po nim podczas romantycznych spacerków z Elizą i powiedział im o jakimś zamku, który nadawałby się na rezydencję psycholi.
- A co ze strojem dla mnie? – zapytał zawiedziony Manta, widząc, że w worku nie było płaszcza w jego rozmiarze.
- Ty… nie idziesz – powiedziała cicho Anna, co spowodowało dość głośne protesty Oyamady.
- Przykro mi, mały kolego. Ale nie martw się, wrócimy z mistrzem Yoh szybciej, niż zdążysz powiedzieć „Król Szmanów”.
            Jasnowłosy posmutniał, jednak nie powiedział nic więcej.
- Czy tylko ja uważam ten pomysł za niedorzeczny? – zapytał Ren jakieś istoty w niebiosach (tj. na suficie xD) Nie doczekał się z ich strony żadnej odpowiedzi…


- Choco! Zdjąłbyś może te głupie okulary! To nie film sensacyjny!
            Komik i niebieskowłosy naburmuszyli się, jednak nic nie odpowiedzieli. Ren tymczasem poprawił nieco kołnierz płaszcza i zwrócił się do Fausta:
- Mówiłeś, że wiesz gdzie jest ten urząd…jakmutam…?
- Byliśmy tam z Elizą. Leży mniej więcej na północ stąd. Musimy iść… w tamtą stronę – wskazał na niewielką, ciemną plamę wyróżniającą się dość mocno na tle pustyni. – Zaraz za zamkiem jest niewielki lasek.
- Myślę, że najlepiej będzie, jak wejdziemy od strony zagajnika – odpowiedział na to fioletowowłosy.
            I tak, pięć postaci przemykało nadal ciemnymi uliczkami, po chwili już całkiem znikając w mroku.

♥♥♥

            Bliźniacy oraz Amidamaru pochłonięci byli wielce skomplikowaną grą słowną…
- Duch – powiedział Yoh.
- Harusame – odparł na to jego stróż.
- Energia – dodał Hao.
- Atak.
- Korale.
- Epos.
            Trudne, prawda? xD Otóż tę grę zaproponował, wielce znudzony właściciel pomarańczowych słuchawek. Polegała ona na wymyśleniu słowa zaczynającego się na ostatnią literę wyrazu wypowiedzianego przez poprzednika.
- Szaman.
- Narty
- Hmm… Yoh!
- Hao!
- Yyy… - Amidamaru, nieco wytrącony z uwagi przez szybkie odpowiedzi współgraczy, nie miał pomysłu, co dalej.
- Może ogień? – usłyszeli jakiś obcy głos. Przypominał nieco trzaskanie płomieni w ognisku. Zaskoczeni bracia aż podskoczyli.
- Kto to powiedział? – spytał nieco wystraszony Yoh, rozglądając się na boki.
- Ja.
- Aaa, Duch Ognia… Zaraz… TY MÓWISZ?! – krzyknął zszokowany Hao. Jego szczęka opadła aż do samej ziemi ;) – Cz-czemu nic o tym nie wiedziałem? – zapytał z pretensją.
- Jakoś nie było okazji pogadać…
            Na czole długowłosego pojawiła się charakterystyczna kropelka. Yoh i Amidamaru spojrzeli na siebie i wzruszyli ramionami. Starszy Asakura, fochnięty na swojego ducha, odszedł na kilka kroków i usiadł na ziemi splatając ręce. Latający płomyczek na wszelki wypadek gdzieś się ulotnił.
            Szamani nie wznawiali już gry. Zwłaszcza po ognistym szamanie widać było, że nie ma ochoty do żartów. Właściwie, to po dłuższym czasie zabawa i tak stawała się koszmarnie nudna (wiem coś o tym :D). Yoh na początku chciał usiąść obok brata, lecz patrząc na niego uznał, że jest on w nastroju na pogawędki. Przysiadł więc nieco dalej i pogrążył we własnych myślach. W głowie zobaczył od razu obraz przyjaciół: Ryu z jego wyjątkową fryzurą, Faust zapatrzony w Elizę, Horo i Choco kłócący się o jakieś głupoty i zmęczony ich zachowaniem Ren, Manta ze swoim nieodłącznym laptopem…i Anna. Jego piękna, cudowna Anna.
            Hao, podniósł wzrok i spojrzał na brata. Był nieco zaskoczony, widząc tak zamyślonego Yoh. Zwłaszcza, że chłopak nie wyglądał na szczęśliwego. Po kilku chwilach, gdy nic w zachowaniu bliźniaka nie zapowiadało poprawy humoru, przysiadł tuż obok i spytał:
- Co cię gryzie?
            Słuchawkowy szaman nie odpowiedział. Westchnął tylko i podkurczył nogi, obejmując rękami kolana. Po chwili milczenia spojrzał na brata.
- Nic, nic… Po prostu…
- Myślałeś o przyjaciołach? – dokończył za niego władca płomieni (kocham tą nazwę^^).
- Czy mógłbyś uprzejmie nie czytać mi w myślach? – zapytał z lekkim oburzeniem, odsuwając się trochę.
- Wcale nie czytałem ci w myślach… - szepnął nieśmiało Hao.
            Młodszy Asakura zawstydził się nieco. Nie chciał oskarżać bliźniaka, zwłaszcza o coś takiego. Więc czemu było to dla niego takie dziwne? Przecież w przypadku bliskiej osoby nie trzeba czytać w myślach, aby wiedzieć, że coś ją martwi… Zasępił się jeszcze bardziej.
- Tęsknisz za nimi, prawda?
- Bardzo. A najbardziej za Anną… - Yoh nie chciał kłamać, zresztą… długowłosy i tak by to wyczuł.
- Przepraszam, że cię w to wpakowałem… - powiedział cicho Hao, nie patrząc na brata. Nadal wyrzucał sobie, że nie trzymał języka za zębami. Przecież to było jasne, że Marco i jego towarzysze chcieli go wtedy sprowokować…
            Z zamyślenia wyrwał go cichy szept:
- To nie twoja wina. Tylko ich – słuchawkowy szaman wskazał ręką na stojącego obok krat strażnika, którym tym razem był Cebin Mendel.
            Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Po kilku minutach Hao przysunął się nieco bliżej do bliźniaka i oparł głowę na jego ramieniu.
- Yoh… Czy mógłbyś mi coś obiecać?
- Tak?
- Jak stąd wyjdziemy… Nie mów swoim przyjaciołom o mnie… W ogóle, nie mów nikomu… Proszę…
- Ale dlaczego? – spytał zaskoczony szatyn.
- Ja… nie jestem jeszcze gotowy… Zresztą… Co by powiedzieli na to, że zadajesz się z mordercą?
- Hao… Przecież… - urwał. Nie miał pojęcia, co mówić dalej. Nie zaprzeczy, że jego brat był mordercą. Ale… Czy przypadkiem nadal nie planuje stworzenia swojego królestwa tylko dla szamanów? Przecież do tej pory nie powiedział niczego o zmianie planów… - Przecież ty nie jesteś już zły… Prawda?
- Ja… nie wiem…
- Nadal chcesz zniszczyć ludzkość? – zapytał młodszy z braci z lekkim strachem.
- Nie – zaprzeczył szybko władca płomieni. – Już od dłuższego czasu uważałem, że mój plan nie miał sensu… Po prostu czuję się tak, jakby moja nienawiść gdzieś zniknęła. Żałuję tego, co się stało. I że przeze mnie musisz tu siedzieć… - podniósł wzrok. W jego oczach szkliły się łzy.
            Yoh uśmiechnął się z ulgą. A widząc, że Hao bardzo tego potrzebuje, objął brata i przytulił go mocno. Ognisty szaman od razu odwzajemnił uścisk. Po chwili ponownie spojrzał na twarz bliźniaka.
- To jak? Obiecujesz?
- Niech ci będzie. Obiecuję.

♥♥♥

- Wow… To jest… Wielkie… - niebieskowłosemu wręcz odjęło mowę.
- Jak to możliwe, że wcześniej tego nie widzieliśmy?
- Nie przychodziliście tutaj. To raczej dość ponure i mroczne miejsce – odpowiedział swoim melodyjnym głosem Faust.
            Rzeczywiście, w świetle Księżyca budynek robił piorunujące wrażenie. Srebrzysty blask nadawał szarym ścianom tajemniczości. Ciemny las szumiał złowrogo, a powykręcane cienie przesuwały się po ziemi niczym nocne mary. Nawet gwiazdy nie przypominały tu tych małych punkcików, świecących wesoło na nieboskłonie. Wyglądały raczej jak miliony oczu, obserwujące każdy, nawet najmniejszy ruch intruzów, gotowe w każdej chwili poinformować o tym X-laws. Gdzieś zahukała sowa. W innym miejscu trzasnęło niedomknięte okno. Wszystko zdawało się żyć własnym życiem.
            Szamani wycofali się na bezpieczną odległość i obeszli budynek. Gdy znaleźli się w lesie, przytłoczyła ich nieco straszna atmosfera tego miejsca. Jakieś zwierzątko przemknęło im pod nogami wywołując szelest liści. Tuż nad ich głowami przeleciał nietoperz. Nerwy mieli napięte do granic możliwości. Niby zwykły ciemny zagajnik, a wywoływał strach porównywalny do odczuć Choco przy jego ostatnim spotkaniu z Hao.
- C-co to b-było?- wyjąkał Ryu, gdy tuż obok przebiegła kuna.
- Myślicie, że są tu jakieś duchy? – spytał inteligentnie^^ Horo.
            Na te słowa przy szamanie-motocykliście oraz fioletowowłosym pojawili się Tokageroh i Bason z miną pt. „Żarty sobie stroisz?”. Jednak niebieskowłosy nie zwrócił na nich uwagi.
- Dobra. Wystarczy. Jesteśmy tu, żeby pomóc Yoh – powiedział Ren, usilnie starając się nadać swojemu głosowi pewny ton. – Chodźcie.
            Wspomnienie o przyjacielu pomogło nieco przezwyciężyć lęk. Cała piątka ruszyła przed siebie i ostrożnie wyszła zza drzew na bardziej otwartą przestrzeń ogrodu. Ich uwagę przykuły lekko uchylone drzwi.  Rozejrzeli się i podeszli bliżej. Każdy z nich utworzył kontrolę ducha. Ren szedł pierwszy, nieco za nim pozostali dwaj członkowie jego turniejowej drużyny. Tyły zabezpieczali Ryu i Faust z Elizą. Fioletowowłosy ostrożnie chwycił klamkę. W tej samej chwili usłyszał dziwny odgłos i stłumiony krzyk. Odwrócił się. Jego przyjaciele leżeli na ziemi, zaplątani w wielkiej, białej sieci. Zanim zdołał cokolwiek zrobić, poczuł, że wokół niego obwiązuje się gruby sznur. Unieruchomiony, stał niepewnie nie wiedząc, co dalej. Zza niewielkiej kępy krzewów wyszło dwóch X-laws. Wtedy, tuż obok swojego ucha usłyszał znajomy, znienawidzony głos przywódcy strażników sprawiedliwości (SS xD).
- Tęsknicie za przyjacielem? Pozwólcie, że was do niego zabierzemy…

♥♥♥

            Czas mijał niesłychanie wolno. Jedynie dzięki dzwonkom wyroczni, zmianom wart i posiłkom (aczkolwiek skromnym -.-), dało się odczuć jego upływ. Bliźniacy spędzili go na spaniu xD oraz rozmowach na mało ważne tematy. Yoh opowiedział bratu o swoich ulubionych rzeczach i miejscach, sam zaś dowiedział się, że Hao mówi płynnie aż kilkunastoma językami i uwielbia czekoladę <3, równie mocno jak on cheeseburgery^^. Może i ich pogawędki nie miały w sobie jakichś głębszych treści, lecz dla Asakurów były bardzo cenne. Dzięki nim, poznawali się lepiej. Jednak obaj, póki co zgodnie unikali rozmów o przeszłości. Czuli, że nie jest to jeszcze właściwy moment. Zwłaszcza Hao był z tego wielce rad, ponieważ sam do końca nie miał pewności jak wytłumaczyć… niektóre sprawy.
            Spojrzał na dzwonko-zegarek =). Było już późno, po dwudziestej pierwszej. Jakąś godzinę temu po raz kolejny zamienili się wartownicy. Teraz, przy kracie stał ponownie… no kto?? No oczywiście, że nasz kochany, jedyny w swoim rodzaju JOHN! (Musiałam! Musiałam go tu wstawić <zaciesz> Chociaż na chwilkę…xD) Przyniósł ze sobą mnóstwo czystych kartek oraz długopis i zaczął coś pisać. Czasem, po kilku zdaniach, wykreślał coś, zdenerwowany zwijał papier w kulkę i wyrzucał na bok. Po pewnym czasie uzbierał się tam całkiem niezły stosik :)
- Listy miłosne? – mruknął pod nosem Hao z lekkim uśmieszkiem.
            Wtedy w korytarzu rozległo się echo kroków jakiejś osoby. John wstał i podszedł do przybysza, znikając ognistemu szamanowi z oczu. Mówili cicho, więc nie dało się zrozumieć rozmowy. Znajdowali się również za daleko, by Hao mógł wykorzystać reishi. Po kilku minutach do krat podszedł znowu Denbat, tym razem w towarzystwie Porfa Griffith’a. Łysy (brak synonimów… zresztą i tak go nie lubię xD) uśmiechał się wrednie. Jasnowłosy natomiast wydawał się zmartwiony. O co mogło chodzić?
- Będziecie mieli towarzystwo – poinformował starszy z X-lawsów. Na jego twarzy pojawiła się satysfakcja. A to nie wróży nic dobrego…
            Właściciel pomarańczowych słuchawek z niepokojem zbliżył się do krat. Hao, po krótkim wahaniu wycofał się pod tylną ścianę celi, znikając zupełnie w mroku *u*. Ponownie dały się słyszeć kroki, tym razem większej grupy osób. Na czele niewielkiego oddziału szedł dumnie Marco, a za nim Larch i Cebin, trzymający w rękach ciężkie łańcuchy, którymi skuci byli…
            Nie! To niemożliwe! To nie mogą być oni!! … Przyjaciele Yoh!
- Co tam Asakura? – spytał wrednie okularnik. – Tęskniłeś za przyjaciółmi?
            Szatyn, do którego zwracał się Lasso, wpatrywał się w więźniów z niedowierzaniem. Zaraz potem poczuł, że opuszczają go wszystkie siły i upadł na kolana spuszczając głowę. Znowu! Znowu przez niego! To chyba jakaś klątwa! Najpierw Hao poddał się i pozwolił uwięzić, aby go ratować… Teraz jeszcze przyjaciele… Czemu wszyscy muszą za niego cierpieć?!
            X-laws wepchnęli piątkę szamanów do celi. Gdy drzwi się zamknęły, łańcuchy stworzone z foryoku wyparowały. Marco i jego towarzysze nic więcej nie powiedzieli, ale za to zabrali Johna T.T… Jego miejsce zajął Larch Diarc.
            Przez moment nic się nie działo. Niezadowoleni szamani zbierali się z ziemi po dość bolesnym potraktowaniu przez psycholi… Nagle Yoh, który z nieco nieobecnym spojrzeniem gapił się na przyjaciół, poczuł mocny uścisk. To Ryu rzucił się aby wyściskać swojego mistrza.
- Mistrzu Yoh!! Znaleźliśmy cię! – wołał uradowany brunet.
- Wiesz co stary, nie powinieneś był uciekać… - powiedział Horo starając się przybrać surowy ton. Założył ręce i patrzył na Asakurę z wyższością. Nie wytrzymał długo. Zaraz potem wybuchnął głośnym śmiechem.
- Fajnie cię widzieć Yoh! Chociaż wolałbym w nieco innych okolicznościach… – dodał Choco. – Hej, a słyszeliście ten kawał o blondynie w okularach, który idzie do dentysty?
- NIE!!! – krzyknęli wszyscy, za wyjątkiem szatyna, który nadal tkwił w objęciach motocyklisty i powoli zaczynał mieć problemy z tlenem…
- Ryu… - mruknął Ren chcąc zwrócić uwagę wysokiego bruneta. Jednak, gdy jego uprzejme upomnienie nie poskutkowało, wrzasnął – RYU! Yoh zaraz się udusi!!!
            Dopiero ten krzyk dotarł do przeszczęśliwego mr. Umeimya, który, aczkolwiek niechętnie, zgodził się wypuścić słuchawkowego szamana. Gdy Asakura wyregulował oddech i usiadł naprzeciwko przyjaciół, nadszedł czas na poważną rozmowę…
- Chyba jesteś nam winien wyjaśnienia? – bardziej stwierdził niż spytał fioletowowłosy.
- Chyba tak… - westchnął Yoh. Na szczęście udało mu się zamaskować zdenerwowanie i niepokój. Obiecał bratu, że nie powie… I co teraz?
- Ale zanim zaczniesz… Chcieliśmy cię wszyscy przeprosić… Za to, że cię nie słuchaliśmy… - powiedział zawstydzony Horo, a pozostali pokiwali głowami na znak, że również jest im przykro.
- Ja też przepraszam… Ale… naprawdę nie mogłem czekać – Asakura spojrzał na nich. W jego oczach widać było wielki żal.
- Mistrzu… Czy powiesz nam, co takiego zabrali ci X-laws?
            Szatyn nie miał pojęcia, co robić. Póki co, skupił się na nieokazywaniu emocji, które nim targały. Próbował na szybko coś wymyślić… Jednak nie chciał okłamywać przyjaciół… Normalnie między młotem Mosuke, a kowadłem… Z pomocą, bezwiednie przybył mu Amidamaru, który pojawił się tuż obok. Teoretycznie… Nie będzie to kłamstwo…
- Oni… Odebrali mi… kogoś, na kim naprawdę mi zależy – odpowiedział w końcu chłopak patrząc w prawo. Pozornie wydawałoby się, że spojrzenie skierowane jest na ducha stróża, jednak prawda była nieco inna… Dokładnie za samurajem znajdował się najciemniejszy kąt celi – miejsce, gdzie ukrył się Hao. Może nie było to najlepsze rozwiązanie [Ren: Yohao nie miała żadnego pomysłu -,-], ale… przynajmniej nie powiedział nic nieprawdziwego.
- Tak nam przykro Yoh. Gdybyśmy tylko… - zaczął Faust.
- Dobra, przepraszaliście już. Nie wracajmy do tego – Asakura marzył już tylko o szybkim zakończeniu rozmowy.
- Ale… Dlaczego właściwie cię uwięzili? – spytał podejrzliwie Ren.
- Yyy… Może… Nie no, nie wiem!
- Musieli mieć jakiś ważny powód… - zaczął się zastanawiać Chińczyk. Yoh coraz bardziej obawiał się dalszej części tej rozmowy… I momentu, kiedy przyjaciele zdadzą sobie sprawę z obecności Hao… Odruchowo zerknął w stronę brata. Niestety, ani lekki strach, ani też krótkie spojrzenie szatyna, nie umknęło uwadze fioletowowłosego. Popatrzył zaintrygowany na Asakurę, po czym przeniósł wzrok na ciemny kąt pomieszczenia. Powoli wstał. Wystraszony Yoh uczynił to samo. Ren, ciekaw co kryje się za niepokojem przyjaciela, powoli ruszył w stronę niezbadanej części celi. Z początku nic nie widział, jednak gdy jego żółte oczęta (dla Ciebie Moniczko *.*) przywykły do ciemności, stanął jak sparaliżowany i wydał z siebie głuchy okrzyk.
- C-co…C-co TY tu robisz?!


 No i to tyle :) 
Koniec tragiczny, wiem :(
Ale nareszcie wstawiłam coś, o czym chciałam już dawno napisać!! <zaciesz> Czyli fragment o obsesji na punkcie czekolady ^.^ Taak... Po prostu ubóstwiam czekoladę <3 We wszystkich postaciach... Ale najlepiej to roztopioną, w której moczy się truskawki i mandarynki... *.*
Ehh.. No i się rozmarzyłam.. Prawie tak jak ostatnio na chemii^^ (jak nie interesuje Cię ta wielce pasjonująca^^ historia, to polecam przejście dalej xD). Tak więc pierwszą połowę lekcji... rozmyślałam o bliźniakach i sposobach na ukaranie X-laws ;) Moja mina jak się pewnie domyślacie musiała być... ciekawa ;P Pan trochę dziwnie się na mnie patrzył, ale to szczegół... Potem jednak usłyszałam coś ciekawego... :) Otóż nasz nauczyciel zaczął mówić o krówkach (cukierki, nie mućki xD) i o tym jak się je tworzy... Musiał być ładnie zaskoczony widząc, z jakim zainteresowaniem zaczęłam go słuchać xD
Dobra, podzieliłam się wielce ciekawą anegdotą z życia, to teraz pora na obrazki z...

X-LAWS!!!
Normalnie nie wierzę, że się z tego cieszę...



 John!!! /

 \ Tu też!!!

 I tutaj!!!

 To może i nie John, ale za to jego miłość ;)

 A teraz coś EXTRA!!!! :D <zaciesz na maxa>




 Oryginalny fragment mangi!



 Ubóstwiam ten obrazek *.*
 I coś, w co po prostu nie mogłam uwierzyć!!! DZIĘKI DZIĘKI DZIĘKI Spokoyoh!!! :D
No po prostu jedno słowo: CUDO!!!

Ale się podekscytowałam... Od kiedy to JA LUBIĘ KOGOŚ Z X-LAWS?!!!!
[Ren: Od kiedy się nad nimi znęcasz...]
Racja xD

Następny temacik obrazków?
a) "Grunt to rodzinka" - ponownie ;)
b) "Za co kochamy bliźniaków"
c) "Za co kochamy NWG" (Naszą Wesołą Gromadkę^^)

Do zobaczenia w następnej (mam nadzieję lepszej) notce!!!
Bye!! :*