Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jun. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

35. Wyjątkowo pechowy spacerek...


Yyy... Cześć? Pamięta mnie ktoś jeszcze?
Nie wiem, co powiedzieć.. To była najdłuższa przerwa w mojej karierze -.- Rozdział pisało mi się fatalnie.. Brakowało mi weny, motywacji i czasu.. Jak nie zadania domowe, to przygotowania do konkursu ze Zwiadowców (W którym, tak na marginesie zajęłam całkiem niezłe miejsce :D Warto było!).. Ogółem, miałam sporo na głowie.. Mam nadzieję jednak, że mnie nie zlinczujecie..
Dobra, głowa mnie boli, spać mi się chce.. Nie będę się rozpisywać :) Dedykacja dla... wielbicieli wiewiórek, gołębi i skowronków, bo.. to fajne stworzenia :D
Na koniec obrazki z Renem, a w rozdziale 36 spodziewajcie się Nichroma (nazbierałam na tę okazję dość dużo obrazków ^^) Czekam na zamówienia odnośnie 37 :)

35. Wyjątkowo pechowy spacerek...

- Ile tu jeszcze będzie tego paskudztwa?!
- Hao! Uważaj, za tobą! – krzyknął Yoh ze strachem w oczach, pokazując palcem na stworzenia latające koło prawego ucha długowłosego.
- To nie jest śmieszne – odparł Hao, podpalając kolejną setkę komarów, które jak na złość musiały się go uczepić. Oczywiście braciszek miał z tego niezły ubaw.
- Moim zdaniem jest – wyszczerzył się krótkowłosy.
- Jak to możliwe, że po mojej stronie jest jakaś setka jezior i jedno wielkie bagno, a ty sobie spokojnie idziesz po lesie?
           Młodszy z bliźniaków tylko wzruszył ramionami i rozejrzał się.
           Od kilkunastu godzin szli wzdłuż oddzielającej ich od siebie poświaty. Jak do tej pory, Hao miał wyjątkowego pecha. Zaczęło się od ataku wściekłego szopa, a skończyło na brodzeniu po kolana w błocie z armią krwiożerczych komarów dookoła. Yoh zaś cały czas szedł sobie spacerkiem po lesie, raz po raz natykając się na krzaki malin czy jagód. Jedynymi zwierzętami, jakie do tej pory spotkał na swojej trasie, były dwie wiewiórki, przyglądające się mu z zainteresowaniem z drzewa oraz kilka skowronków, umilających mu podróż swoim śpiewem.
- Wiesz, powinieneś zacząć dostrzegać przyjemniejsze aspekty… Przynajmniej nie pada deszcz…
           Wtedy, jak na zawołanie, część nieba nad głową Hao pokryła się ciemnymi chmurami. Silny wiatr zwiał nieostrożne komary, ku lekkiej uldze długowłosego. Zadowolenie to nie trwało jednak długo, gdyż zaraz potem zaczął padać deszcz tak ulewny, jakby ktoś co chwila wylewał na jego głowę wiadra zimnej wody.
           Ognisty szaman wycelował palec w brata, który przyglądał mu się z głupkowatą miną.
- Powiedz jedno słowo, a… - zaczął, jednak dokończenie uniemożliwił mu pewien odruch bezwarunkowy. - Aaaa… Psik!
- Na zdrowie!
           Władca płomieni mruknął tylko w odpowiedzi i szepnął coś do unoszącego się nad jego głową Ducha Ognia (oczywiście w formie zielonookiego płomyczka ^^). Stworzonko zamrugało tylko w odpowiedzi. W tym momencie w miejscu deszczu zaczęło pojawiać się coraz więcej pary, zmieniając otoczenie Hao w coś w rodzaju niezbyt ciepłej sauny parowej. Chłopak uśmiechnął się z pewną satysfakcją do bliźniaka.
- Jesteś pewien, że to był dobry pomysł? – spytał po kilku krokach Yoh. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
- Tak… A co?
- Nic… - odpowiedział niewinnie właściciel pomarańczowych słuchawek.
           Zachowanie wielbiciela cheeseburgerów niezbyt spodobało się ognistemu szamanowi. Czyżby o czymś zapomniał? Ledwo co o tym pomyślał, zapadł się po pas w błotnistej kałuży. Nie widział jej wcześniej, gdyż pole widzenia zostało bardzo zmniejszone przez białą mgłę.
           Hao spojrzał na uśmiechającego się brata.
- Nic już nie mów…

♥♥♥

           Tymczasem przed siedzibą rady zebrał się całkiem spory tłum ludzi, niezadowolonych z braku możliwości obserwowania finału. Nie po to w końcu zostawali w Patch tak długo, by czekać bezczynnie na wynik!
           Wśród nich znaleźli się także Manta oraz Faust. Właściwie to nekromanta nie wyglądał na zbyt przejętego całą sprawą. Był tu z prośby Silvy, któremu zależało na zapewnieniu opieki medycznej w razie ewentualnych zamieszek. Tak, przyznać trzeba, że sytuacja stała się naprawdę groźna…
- Pokażcie nam finał! – krzyczało kilka osób.
- Chcemy zobaczyć walkę! – wołały inne.
- Żądamy zwrotu pieniędzy! – wrzeszczał jakiś wysoki szaman, nie do końca wiadomo czemu.
- Jakich pieniędzy? – zdziwił się Manta. – Przecież nikt nie płacił nic za oglądanie finału…
- Jakich…? – mężczyzna ewidentnie się zmieszał. – W sumie… Nie wiem… Wkręciłem się – wzruszył ramionami i wrócił do nawoływania. Na wszelki wypadek, Manta wycofał się na bezpieczną odległość.
           On sam też bardzo chciał zobaczyć zmagania Hao i Yoh w finale. Mimo, że nie wyobrażał sobie, jak miałaby wyglądać ich walka. Bądź, co bądź, nie stanęli przeciw sobie w pojedynku od czasu pamiętnego dnia, kiedy X-laws zabrali ognistego szamana.
- Yyy… Przepraszam…! – odezwał się ktoś z tyłu, jednak nikt go nie słuchał.  
- To członkowie rady mogą sobie oglądać finał, a my mamy tu czekać bezczynnie!? – wrzasnął mężczyzna stojący bardziej z przodu.
- Nie! – odpowiedział tłum.
- Chodźcie ludzie! – zawołał znowu. – Zobaczymy finał na telewizorze rady!
- Tak! – zgodzili się z nim szamani, po czym cała grupa, licząca sobie jakieś kilkadziesiąt osób, ruszyła w stronę siedziby Patch Tribe.
           Manta nie wyobrażał sobie, jak cały ten tłum miałby zmieścić się przed tym niewielkim, wiecznie psującym się telewizorkiem. Po wymienieniu porozumiewawczego spojrzenia z Faustem, obaj ostrożnie poczęli się wycofywać.
           Widok tych wszystkich szamanów, próbujących się wcisnąć przez niewielkie drzwiczki był dość… interesujący. Oyamada zastanawiał się, jak muszą się czuć osoby przyciśnięte przypadkiem do chropowatej ściany…
- Przepraszam! – zawołał ktoś z tyłu, jednak ponownie nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Tylko nekromanta zdał sobie sprawę, że jakiś metr za nimi stoi wystraszony całym zamieszaniem Tallim. Wyglądało na to, że był tam już od pewnego czasu.
- Coś się stało? – spytał beznamiętnym głosem Niemiec.
- Ja chciałem tylko powiedzieć, że telebim jest na arenie… I że nie trzeba się…
           Urwał, bo w tym momencie jedna z drewnianych kolumn, przytrzymujących daszek nad wejściem do budynku siedziby rady, złamała się, przez co na tłum spadła dość duża płachta materiału. Chwilę potem, z zawiasów wypadły drzwi. O okiennicach nie było już nawet sensu wspominać, gdyż dawno zniknęły pod nogami wściekłych szamanów. Nie minęła minuta, a na ziemię z brzękiem spadła też tabliczka informująca o przeznaczeniu budynku.
- …pchać… - szepnął Tallim ze strachem, oczami wyobraźni widząc już reakcję Goldvy.

♥♥♥

           Minęło kilka godzin i obaj bracia przeprawiali się teraz przez pustynie. Jednak, o ile w przypadku Hao była to gorąca, piaszczysta pustynia, o tyle Yoh trafiła się pustynia lodowa. Toteż na obecną chwilę każdy z nich marzył, by znaleźć się na miejscu tego drugiego.
- Z-zi-zim-mn-no… - szepnął sam do siebie właściciel pomarańczowych słuchawek, klepiąc się do ramionach, by pobudzić krążenie. Szczękały mu zęby, a każdy wydmuchany przezeń obłoczek pary, niemal natychmiast zamieniał się w lód.
- Za… ciepło… - westchnął tylko ognisty szaman, wycierając pot z czoła. Nie dość, że słońce go oślepiało, to jeszcze musiał uważać by nie stanąć przypadkiem na skorpiona. A pajęczaki te w tym wymiarze osiągały naprawdę sporą wielkość.
           Jednak pomimo gorąca, które tępiło wszystkie zmysły, Hao wciąż przeklinał w duchu tą paskudną ścianę, która nie pozwalała mu pomóc bratu. Przecież wystarczyłaby sama obecność Ducha Ognia, by Yoh zrobiło się cieplej… Przecież jak tak dalej pójdzie, to chłopak odmrozi sobie wszystkie kończyny! Hao tak bardzo chciał go teraz przytulić, pocieszyć, rozgrzać…
- Jak się trzymasz, Hao? – usłyszał nagle głos bliźniaka. Jego twarzyczkę, poza czerwonym nosem i policzkami, zdobił jak zawsze szeroki uśmiech. „Niesamowite…” - pomyślał długowłosy – „Jak on to robi, że zawsze zachowuje spokój i pogodę ducha…?”
- Jakoś leci… - odpowiedział. – Nawet mam nowego przyjaciela… - dodał, wskazując na nietypową, pustynną jaszczurkę, która przyczepiła mu się do pelerynki i jak na złość nie miała zamiaru zejść.
- A mi się trochę za gorąco zrobiło… Nie wiesz może czy gdzieś tu nie sprzedają klimatyzatorów? – Żart nie był może najwyższych lotów, ale mimo to sprawił, że Hao uśmiechnął się lekko.

♥♥♥

- Brr… Aż mi zimno jak na nich patrzę… - powiedziała Pirika, spoglądając na telebim. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, odruchowo pocierała dłońmi o ramiona, tak jakby chciała się rozgrzać.
- Patrząc na Hao, aż mam ochotę wskoczyć do basenu z lodem… - dodała Jun, siedząca tuż obok.
           Na trybunach zebrał się już całkiem spory tłum, który i tak w każdej chwili się powiększał. Ogromny ekran, który mógł mieć spokojnie dwadzieścia metrów kwadratowych powierzchni, podzielony był na dwie połowy. Po lewej stronie pokazywane były zmagania Hao, po prawej Yoh. Momentami, kiedy silniejszy powiew wiatru wzbijał śnieg lub piasek w powietrze, ciężko było odróżnić, który z Asakurów jest który.
- Jak to możliwe, że jeszcze nie zamarzł? Ja bym już dawno zamieniła się w kostkę lodu… - powiedziała panna Usui. W jej oczach widać było współczucie.
- Myślę, że pomogły treningi Anny… - uśmiechnął się Lyserg. – Skoro wytrzymał to, wytrzyma wszystko.
- A zdaje się panna Anabelle też nie pozwalała Hao się obijać – dodał John.
           Nagle, co najmniej połowa widowni wstrzymała oddech. Yoh w ułamku sekundy zapadł się pod ziemię. I to dosłownie. Wpadł do głębokiej dziury, wcześniej ukrytej pod grubą warstwą śniegu.
- Nie! – pisnęło kilkoro dziewcząt.
- Yoh! – wrzasnęli jak jeden mąż wszyscy przyjaciele Asakury.
           Hao również musiał usłyszeć krzyk brata, gdyż zatrzymał się i z przerażeniem spojrzał w stronę bliźniaka. Zawołał coś do niego, jednak wśród szumu i świstu wiatru, nie dało się rozróżnić słów. Widać było jednak, jak długowłosy usilnie stara się przedostać na drugą stronę „muru”. Niestety, ani podlatywanie bardzo wysoko, ani teleportacja nie dawały oczekujących rezultatów. Wściekły władca płomieni kopnął kamień, chcąc w ten sposób rozładować gniew. Jak na złość niewielka skałka okazała się cięższa niż na pierwszy rzut oka… Nie dość, że starszy z Asakurów dość boleśnie uderzył się w przód stopy (specjalnie na finał ubrał zwykłe adidasy), to jeszcze obudził wygrzewającą się w słońcu kobrę.
           Niezadowolony z pobudki wąż, skoczył do ataku. Hao ocaliła tylko szamańska zręczność, bo kły jadowe ominęły jego ramię o zaledwie kilka centymetrów. Zaraz po wykonaniu uniku, długowłosy odwrócił się. W ostatniej chwili, bo gad zaatakował ponownie. Na szczęście, Duch Ognia czuwał nad swoim szamanem. Gdy kobra wyskoczyła, czerwony potwór zamienił ją w garstkę popiołu.
           Hao, którego oddech gwałtownie przyspieszył podczas krótkiej walki, dopiero teraz odetchnął z ulgą. Zaraz zdał sobie jednak sprawę z niebezpieczeństwa, które groziło Yoh. Odwrócił się w stronę brata w momencie, gdy ten wystrzelił z dziury w lodzie niczym kaskader z armaty w cyrku. Właściciel pomarańczowych słuchawek trzymał w ręku wielkie podwójne medium. Jak widać, nie tylko nad Hao czuwa duch stróż…
- Wszystko gra?! – zapytał Hao, próbując przekrzyczeć odgłosy wiatru, kiedy tylko jego brat wylądował na ziemi.
- Nie! Zarysowały mi się słuchawki… - zapłakał Yoh.
           Szamani, którzy na widok atakującego węża wręcz wstrzymali oddech, teraz tylko westchnęli. Kilka osób dodatkowo przejechało dłonią po twarzy. Miłość młodszego Asakury do jego pomarańczowej ozdoby włosów, była znana w całym Patch.
- To wyglądało groźnie… - szepnęła Tamao. W jej oczach wciąż było widać lekki niepokój.
- Nie martw się o nich – uśmiechnął się do niej Lyserg. – Wiesz, jacy są… Prędzej bałbym się o Króla Duchów…

♥♥♥

           Tę noc bliźniacy spędzili na niewielkiej łączce. Mieli szczęście, że udało im się opuścić niegościnne obszary przed zapadnięciem zmroku.
           Wstali o świcie, po czym zjedli niewielkie śniadanie składające się z dziwnych, aczkolwiek bardzo smacznych różowych owoców, które rosły na krzaczkach dokoła. Miały słodki, momentami kwaskowaty smak, ale wystarczyło zjeść dwa, by być najedzonym. Nie do końca pewni, kiedy znów natrafią na coś równie pożywnego, bracia zabrali po kilka sztuk na zapas.
           Szli teraz już od jakichś dwóch godzin. Słońce nie świeciło zbyt mocno, a na niebie zebrało się trochę chmur. Bliźniaków otaczała też mgła, nieco zmniejszająca pole widzenia. Mimo to, było całkiem ciepło. Otoczenie nad wyraz podejrzane… Pomimo sielankowej atmosfery, żaden z Asakurów nie tracił koncentracji. Wiedzieli już, że nawet chwila nieuwagi może się skończyć tragicznie.
- Hej, Hao! – zawołał Yoh do brata, wskazując niewyraźny kształt przed nimi. – Widzisz to, co ja?
           Długowłosy przyłożył dłoń do czoła, by lepiej widzieć. Jakieś kilkaset metrów przed nimi znajdowała się jakby ciemnoszara skała. Jej nieco zamglony zarys, odcinał się znacząco od białego, pochmurnego nieba.
- Wygląda jak zarys jakiejś góry… - odparł ognisty szaman po chwili obserwacji.
- Chodź, zobaczymy! – zawołał wielbiciel cheeseburgerów i przyspieszył do truchtu.
           Chwilę potem, obaj znaleźli się przed wysoką na kilkanaście metrów ścianą z czarnej skały. Wyglądało to jak koniec trasy.
- Yyy… Co dalej?
- Nie mam pojęcia…
           Rozejrzeli się. Skała była zupełnie gładka, więc wspinaczka odpadała. Czyżby Król Duchów chciał, aby nad nią przelecieli? Ledwo co zadali sobie takie pytanie, jakby znikąd rozległ się głos:
- Bracia Asakura, przed wami przedostatnia próba. Skoro doszliście tutaj, oznacza to, że macie wystarczającą wytrzymałość fizyczną. Teraz sprawdzimy na ile jesteście wytrzymali psychicznie.
           W tym momencie, w ścianie pojawiły się dwa wejścia, po obu stronach świetlistego muru. Wyglądały zupełnie jak…
- Jak Yomi… - powiedział cicho Yoh, spoglądając na nowo powstałą jaskinię.
- Po drugiej stronie czeka na was prastara arena, gdzie stoczycie walkę. Powodzenia – zakończył tajemniczy osobnik.
           Bracia spojrzeli po sobie niepewnie. Yomi była przecież bardzo niebezpiecznym miejscem, gdzie zapominało się o wszystkim…
- To… Do zobaczenia po drugiej stronie… - zaczął Hao, po czym zbliżył się do prawie przezroczystej ściany i położył na niej dłoń. Yoh zrobił to samo z drugiej strony. Niby niepozorny gest, jednak obu dodał sił.
- Tak, na razie – uśmiechnął się krótkowłosy.
           Stali tak jeszcze przez minutę, po czym oddalili się i w tym samym momencie weszli do jaskini. To, co na nich czekało, okazało się być jednak dużo gorsze niż przypuszczali…

 Teraz obrazki z paniczem Tao :D
Uznałam, że tym razem pojawi się w towarzystwie siostrzyczki i.. kogoś jeszcze :D
http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=665198

http://bbznet.pukpik.com/scripts2/view.php?user=sktfcboard&board=3&id=10&c=1&order=numview



http://shaman-king-love.deviantart.com/art/Ryu-and-Len-colour-116739939?q=gallery%3Ashaman-king-love%2F26309629&qo=20

http://hao-hime.deviantart.com/art/Ren-191783690?q=gallery%3Ahao-hime%2F40350679&qo=7

http://www.zerochan.net/876398



 Przypominam jeszcze o działalności Spisu SK, gdzie jestem jedną z autorek :) Jeżeli posiadasz bloga o SK - czynnego lub zakończonego, zgłoś się do nas :D http://sk-spis.blogspot.com/
Przy okazji.. Co sądzicie o nowym wyglądzie bloga? :)

 Bay!

niedziela, 10 lutego 2013

32. Ciężka sprawa...


Witajcie Kochani! :D
Z góry przepraszam za zwłokę.. Jakoś tak źle mi się tą notkę pisało... I przyznać muszę, że wyszła chyba najgorzej ze wszystkich dotychczasowych.. Mówiłam już kiedyś, że nie lubię notek przejściowych? Ehh.. Chyba tak...
Nevermind, nie będę się rozpisywać. Powiem tylko, że w przyszłym tygodniu będzie lepiej ^^ A,  i że planuję niespodziankę na 14.02 ^^ Ale to niespodzianka, więc ćśś!

32. Ciężka sprawa... (wymyśl tu tytuł jak Ci weny brakuje.. -.-)


Minęło kilka tygodni. Tygodni, w trakcie których bliźniacy ponownie stawali się sobie coraz bliżsi. Ich obietnica, złożona w dniu uratowania Hao, była dla nich świętością. Nikt, absolutnie nikt nie miał prawa rozdzielać braci. No, oczywiście w granicach rozsądku…
           Do naszej gromadki z czasem dołączyła trójka dziewcząt: Anabelle, Cassandra i Natalie. Przyjaciółki powoli przyzwyczajały się do wszechobecnego śmiechu oraz nietypowych kłótni w tej niezwykłej „rodzince”. W pewnym momencie zdały sobie sprawę, że nie potrafiłyby już z tego zrezygnować. Za bardzo przywiązały się do Asakurów i ich wesołych towarzyszy.
           W ostatnich dniach odbyło się dość sporo walk. Drużyna „The Ren” pokonała z radością „€2”, a „Drużyna Asakury” w przyjacielskiej potyczce zwyciężyła „Believers”. Asakurowie mieli też okazję zobaczyć jak walczą ich nowe znajome. Ku wielkiemu zdumieniu Hao, udało im się pobić „Hanagumi”. Jednak w jeszcze większy szok wprawiła bliźniaków nazwa ich zespołu. Nazywały się bowiem „The oak leaf team”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Drużynę Dębowego Liścia”. Przy wypowiadaniu tej nazwy, Silva, pełniący rolę sędziego, rzucił naszym braciom spojrzenie pod tytułem „Mówiłem, że znam taką drużynę” (dla zapominalskich odsyłam do rozdziału 20 ^^).
           Obecnie liczba szamanów pozostałych w turnieju była naprawdę nieliczna i oczywistością było, że już wkrótce rozpocznie się ostatnia runda. A to oznaczało zmierzenie się z najsilniejszymi zawodnikami. Dojście aż tutaj naprawdę nie było łatwe. Pozostali najlepsi, można by powiedzieć „elita”.
           I rzeczywiście, tak długo wyczekiwany przez wszystkich komunikat, pewnego słonecznego popołudnia rozległ się po Patch. Nasi szamani byli wtedy w trakcie spożywania smacznego obiadku u Karima.
- Uwaga szamani – usłyszeli głos Goldvy, nieco zmieniony przez głośniki. – Gratulujemy wszystkim, którzy nadal nie odpadli w turnieju! Została Was zaledwie osiemnastka… - W tym momencie dało się słyszeć jakieś trzaski i niewyraźne szepty. Po krótkich zakłóceniach, przewodnicząca rady kontynuowała: - Znaczy się… szesnastka… Szesnaścioro najlepszych wojowników reprezentujących tu najwyższy poziom. Możemy zatem ogłosić początek finałowej rundy! Teraz każdy walczy na swoją kartę. Walki jeden na jednego w najróżniejszych miejscach i warunkach. A następnie finał. Dokładnie za dziesięć dni. Powodzenia i niech Król Duchów wam sprzyja!
           Wszyscy spojrzeli po sobie z zaskoczeniem. Dotychczas, mimo iż wiedzieli, że szamanów pozostałych w turnieju jest niewielu, nie myśleli na poważnie o finale. A tu dowiadują się, że odbędzie się on za dziesięć dni! Szamani potrzebowali kilku chwil, aby na spokojnie przyswoić sobie informacje.
- Zaraz… Szesnastu uczestników? – zdziwił się Manta. – Jak to możliwe? Przecież…
- Opacho zrezygnował – poinformował go Hao. – Sam powiedział, że nie chce, a ja do niczego nie mam zamiaru go zmuszać.
- A ta druga osoba? – zainteresowała się Cassandra, podnosząc wzrok znad książki o aniołach i demonach, w którą zawzięcie zaczytywała się w każdej możliwej chwili, ku niezadowoleniu znudzonych towarzyszek.
- Nie wiem – wzruszył ramionami szatyn.
- A ja chyba tak… - powiedział Lyserg, przerywając na chwilę jedzenie ryby z frytkami (jest się rodowitym Anglikiem, nie? ^^) – Pamiętacie tę drużynę, której lider zwyciężył walkę, ale został ciężko ranny? Jak oni się nazywali…?
- Bodajże „Regenval – podpowiedziała mu Meene.
- To możliwe… - włączył się do dyskusji Ryu.
           W tym momencie rozdzwoniły się dzwonki wyroczni na przedramionach drużyn „The Ren”, „Asakury”, „The oak leaf…” i „Gwiazdy”.
- Walki? Już? – zdziwił się John, podnosząc wzrok  znad gazety „The Patch Times”.
- Hmm… „Gratulacje z okazji przejścia do finałowej rundy turnieju…” - zaczął czytać Yoh. – „Twoim pierwszym przeciwnikiem będzie…” – w tym miejscu zamarł, po czym odwrócił głowę w kierunku chłopaków i napotkał równie niepewne spojrzenie przyjaciela.
- No kto?? – dopytywał się Ryu.
- Horo Horo Usui… - szepnął cicho słuchawkowy.

♥♥♥

Patch Village, 133 dzień  Turnieju Szamanów

Pogoda: żar się z nieba leje
Najbliższa walka kogoś z drużyny: nadmiar informacji

         To zdarzyło się tak strasznie szybko… Zaledwie dowiedzieliśmy się o finałowej rundzie, a każdy, kto pozostał w turnieju otrzymał już swojego przeciwnika. Chyba zapiszę tutaj wszystkich, bo ciężko będzie się potem połapać…
Kalendarium walk:
Jutro: Faust vs K. Leo (dawniej drużyna „Sondag”); Natalie vs Ryu
Pojutrze: Luchist vs Choco, Hao vs L. Vens („Sondag”)
Środa: Piątek: Ren vs B. Retgt („Regenval”); Cassandra vs A. Merizzo („Sondag”)
Czwartek: Anabelle vs G. Fietz (drużyna „Regenval”), Yoh vs Horo.


         Anna zarządziła wielki trening dla Yoh, Hao, Fausta oraz Ryu. Mam wrażenie jednak, że oni sami zbytnio nie narzekają. Wszyscy wzięli się za trenowanie. Ostatnia runda to nie byle co. Ren już zupełnie zwariował. Nawet Jun nie może odciągnąć go od biegania, rozciągania i innych, nietypowych ćwiczeń.
         Niestety, skoro aż cztery znajome nam drużyny przeszły do finału, czeka nas teraz sporo walk między przyjaciółmi. Najbardziej przeżywają to chyba Yoh i Hao. O ile tylko któryś z nich nie przegra w pojedynku (chociaż na to raczej się nie zapowiada), będą musieli ze sobą walczyć. Mam cichą nadzieję, że tak szybko do tego nie dojdzie.

            Manta

♥♥♥

           Czas mijał niesłychanie szybko. Wydawało się, że ledwo co nasi szamani otrzymali informacje o walkach, a już musieli stawać na arenie. Pierwszy pojedynek w finałowej rundzie stoczyli z samego rana Faust oraz pewien Arab o nazwisku Leo. Po zaciętej wymianie ciosów, która trwała około dwudziestu minut, Tallim ogłosił zwycięstwo nekromanty. Zanim jednak nasi przyjaciele zdążyli się nacieszyć wygraną, przeciwko sobie stanęli Ryu i Natalie. W tym momencie kibicowanie stało się nieco kłopotliwe.
           Blondynka zaraz po rozpoczęciu utworzyła wielką kontrolę ducha. Tuż za nią wyrósł ogromny smok. Widać było, że dziewczynie zależy na wygranej.
- Błąd – szepnął Hao obserwując walkę. – Ona ma za mało foryoku, żeby już na wstępie je wykorzystywać…
           Tymczasem szaman-motocyklista również wytworzył kontrolę ducha. Gdy tylko stanął na swoim wielkim pojeździe, zasypał go grad ciosów zadawanych przez rywalkę. Brunet odparł je, nie przemęczając się przy tym zbytnio. Wyglądało na to, że był pewny siebie. Zdał sobie bowiem sprawę, że te drobne ataki nie stanowią dlań żadnego zagrożenia. Niestety, ignorancja nie popłaca. Natalie w pewnym momencie zamiast kilku drobnych, posłała na Ryu jeden, potężny cios. Nieprzygotowany na to Tokageroh, nie zdołał się obronić.
           Zaskoczony Ryu przez chwilę zawisł w powietrzu (Tak jak w kreskówkach ^^ Rozgląda się zaskoczony, potem patrzy w dół i leci xD). Zaraz potem upadł z hukiem na ziemię, wbijając się swoją fryzurką głęboko w piasek. Przez kilka sekund miał problem, by oderwać głowę od podłoża. Gdy jednak mu się to udało spostrzegł, iż przypadkowo zabrał pasażera na gapę. I to nie byle jakiego…
- Aaaa! – krzyknął na widok zwisającego z jego czuba skorpiona. Wystraszony zapomniał nieco o walce i zaczął wymachiwać rękami oraz biegać w kółko wołając „Zabierzcie to ode mnie!!”.
           Widownia tylko westchnęła. Kilka osób przejechało dłonią po twarzy. Tymczasem Natalie zrezygnowała z wielkiej kontroli ducha, umieszczając swojego smoka w wachlarzu. Stała przez chwilę przyglądając się zdezorientowanemu Ryu. Gdy brunetowi udało się w końcu pozbyć natręta, blondynka zaatakowała z pełną mocą. Ta walka trwała już zdecydowanie za długo, a w końcu za niecałe pół godziny Karim zamknie bar. I gdzie potem zjeść kolację?
           Nieprzygotowany na odparcie ataku Ryu poleciał kilka metrów w tył, tracąc przy tym resztę foryoku.
- Wygrywa Natalie Russo! – ogłosił Radim, po czym jak najszybciej ulotnił się z areny (biedakowi też zależało na kolacji ^^).
           Blondynka zaś uśmiechnęła się niewinnie i podbiegła uradowana do swoich przyjaciółek.

♥♥♥

- Wygrywa Yoh Asakura z drużyny… yyy… nieważne… - Tallim ogłosił wynik walki, nieco się pod koniec zapominając. – To była ostatnia walka 1/8 finału. Zostało już tylko ośmioro zawodników. I tylko jeden z nich zostanie królem szamanów – członek rady nie mógł się powstrzymać przed dodaniem „tego czegoś” do swojej wypowiedzi. Zapewne mówiłby jeszcze długo, lecz jak zdał sobie sprawę, nikt za bardzo go nie słuchał.
           Słuchawkowy stał nad leżącym na ziemi Horo Horo. Niebieskowłosy był wbrew pozorom silnym przeciwnikiem, toteż młodszy Asakura przez jakiś czas musiał naprawdę zacięcie walczyć. Jednak, wynik walki był jaki był. A Usui musiał po prostu się z tym pogodzić.
- To była dobra walka, stary – uśmiechnął się snowboardzista, podnosząc się z ziemi.
- Przykro mi, że Ci się nie udało… - zaczął Yoh. – Wiem, że zależało Ci na ocaleniu drobiażdżków…
- Prawda… - humor szamana z północy nieco się pogorszył.
- Nie łam się. Jak mój braciszek wygra turniej, już ja przypilnuję, aby pomógł rodzinie Corey – wyszczerzył się Asakura. Przyjaciel odpowiedział mu tym samym. Zaraz potem jednak zauważył zbliżającą się do niego siostrzyczkę, która nie była w najlepszym nastroju…
- To ja spadam! – zawołał Horo i popędził, nie do końca wiadomo gdzie ^^.
- Nie byłbym taki pewien, co do mojego zwycięstwa… - Yoh poczuł nagle czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się i spojrzał w ciemne oczy Hao. – Po tym, co tu widziałem wydaje mi się, że kto inny zasiądzie na tronie… Świetnie się spisałeś.
- Taa… Wiesz, to nie ja pokonałem swojego rywala w dziesięć sekund…- zaczął słuchawkowy, po czym dodał nieco ciszej – Dzięki…
- Nie masz za co dziękować. Naprawdę, to była dobra walka. Jestem z ciebie dumny.
           Słysząc ostatnie zdanie wypowiedziane przez bliźniaka, krótkowłosy poczuł w sercu pewne ciepło. Ciężko sobie nawet wyobrazić, jak ważne były dla niego te słowa. Nie liczyło się zwycięstwo. Tylko to, aby jego braciszek był dumny. „No, braciszek i Anna” – dodał w myślach.
- To ja jestem dumny,  że jestem bratem przyszłego króla szamanów – Yoh wyszczerzył ząbki w lekko złośliwym uśmiechu. Przyjazne kłótnie, o to, który z nich wygra, towarzyszyły Asakurom od początku finałowej rundy. Zwykle zaczynały się od niewinnych słów a kończyły…
- Hej, przestań! – krzyknął Yoh, nie potrafiąc odpędzić się od nagłego ataku łaskotek, zadawanego mu z wielką satysfakcją przez ognistego szamana.
- Już ja ci dam gadanie głupot! – zawołał Hao.
           Anna oraz stojące obok niej dziewczęta z dawnej „The oak leaf team” spojrzały na „walczących” ze sobą braci z pobłażaniem. Fryzury bliźniaków obecnie przypominały skutki romansu błyskawicy i kępy szczypiorku (Arigatou Spokoyoh-san ^^).
- O co poszło tym razem? – spytał zdezorientowany Ren, stając obok Cassandry.
- O to, co zwykle – Anabelle uśmiechnęła się lekko. – O zwycięzcę turnieju.
- Phi! Nie wiem, dlaczego oni robią sobie jakieś nadzieje… Przecież i tak to ja wygram turniej…
           W tym momencie z głośników rozległ się głos. Tym razem jednak, należał on do Silvy.

♥♥♥

- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Nie przeczytam tego… Ja… się wstydzę… - powiedziała Rutherford czerwieniąc się na całej twarzy. Goldva spojrzała na nią z naganą.
- No wiesz! Wystarczy, że nie byłaś ani razu sędzią! Bierz ten mikrofon!
- Proszę dać jej spokój! – wtrącił się Silva, nie mogąc patrzeć na zmuszanie towarzyszki z rady szamanów do wygłoszenia komunikatu.
           Przewodnicząca spojrzała na niego z jadem w oczach. Zaraz potem do głowy wpadł jej pewien pomysł.
- W takim razie ty przeczytasz – oznajmiła, podając mu plik gęsto zapisanych kartek z notatkami.
           Silva spojrzał na nie z szeroko otwartymi oczami. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ale widząc wdzięczność w oczach Rutherford, powiedział sobie „Raz kozie śmierć” i zaczął przeglądać otrzymane dokumenty.
           W pewnej chwili jego wzrok natrafił na tabelę, przedstawiającą rozkład walk w finale. A także kto z kim mógłby się zmierzyć. Coś przykuło jednak jego uwagę.
- Goldva… Nie sądzisz, że lepiej by było aby Yoh i Hao Asakura stoczyli ze sobą walkę wcześniej? Przecież, jak…
- Taka jest wola Króla Duchów – przerwała mu staruszka.
- Ale gdy oni spotkają się w finale…
- Tego nie wiemy. Przecież przed nimi jeszcze kilka walk. Kto wie, czy któryś z nich nie odpadnie.
           Brunet zamilkł. Wciąż jednak niepewnie przyglądał się kartkom. Przez kilka minut skupiony był na własnych myślach. Na ziemię sprowadził go jednak zniecierpliwiony głos Goldvy.
- Czytasz, czy nie?
- Tak, tak… - odpowiedział szybko zaskoczony, po czym dodał nieco ciszej -  A co?
           Przywódczyni spojrzała na niego jak na jakiś niedorozwój i wyciągnęła mu z dłoni pomarańczowy arkusz papieru z napisem „DO PRZEKAZANIA PRZEZ GŁOŚNIKI”. Nasz ulubiony sędzia zmieszał się trochę, po czym chwycił mikrofon i zaczął czytać.
- Uwaga sza… Co jest do licha z tym mikrofonem?! – zdenerwował się i uderzył nieszczęsnym elektronicznym urządzeniem o ścianę, wywołując tylko nieprzyjemny pisk. – Ekhem… Uwaga szamani! Uroczyście ogłaszamy początek ćwierćfinału! A zmierzą się w nim… Yoh Asakura i Natalie Russo! Luchist Lasso i Cassandra Brooks! Johann Faust VIII i Anabelle Wilson! Ren Tao i Hao Asakura! Wszystkie walki odbędą się na arenie! Możliwość zakupienia rozetek, transparentów oraz czapek z twarzą ćwierćfinalistów oraz członków rady w sklepie u Radima, już od 10$! 

Jeszcze tylko obrazki z Jun ^^







Psychiczne to jakieś... O.o

Na następną notkę... Ktoś z drużyny "The Ren".. Kto? Wy zdecydujcie!
Bay!