Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marco. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2013

Spis Blogów!

Siemka, z góry przepraszam, ale tym razem to nie jest ani rozdział, ani notka :(
Chciałabym w imieniu swoim i całej ekipy poinformować o otwarciu Spisu Blogów SK ^^ 



Mam nadzieję, że wszyscy zaangażujecie się w spis, aby nowi szamani nie mieli już teraz kłopotów z odnajdywaniem opowiadań o naszym ukochanym anime :)

Ach, i jeśli byście mogli.. *słodkie oczka* Zanim zaczniecie zadawać tryliardy pytań, zapoznajcie się z regulaminem, dobzie? 
A żeby nie było tak nudno, to dodam kilka obrazków :D 
Przypominam, kliknij, by powiększyć ^^







Za ten obrazek wielkie podziękowania dla Spokoyoh <3 Wszystkie te heteliowo-szamańskie obrazki są nieziemskie, kochana! :D


Do zobaczenia w spisie :D

sobota, 26 stycznia 2013

30. Pianta Medicinale

 Witam ^^
Z początku chciałabym, póki jeszcze pamiętam powiedzieć...
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MEENE!! :D 
Tak, nasza kochana panna Montgomery ma dzisiaj urodzinki :D Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe, jak dodam też obrazek z nią...? 
A skoro jesteśmy już przy obrazkach, tym razem będą Ren i Horo. Mieli podobną liczbę głosów, więc uznałam, że tak będzie najlepiej ^^.
Nie przeciągając, notka długa. Dość sporo dialogów, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Dedyk dla Natishy i Kasumi.. One już wiedzą, dlaczego ;>

30. Pianta Medicinale


Słońce powoli zaczynało kierować się ku spoczynkowi, barwiąc niebo na wspaniały, różowobrzoskwiniowy kolor. Pojedyncze chmury przyozdabiały ten niesamowity widok dodając mu jeszcze pewnego rodzaju magii. Każdy chyba zakochałby się w tej niebiańskiej scenerii, dającej uczucie, iż jest się częścią niesamowitego świata, pełnego tajemnic i czarów. Zapewne niejedna osoba marzyłaby, aby polecieć w stronę tej ognistej kuli i żyć wśród tego malowniczego krajobrazu już zawsze. Tak, zachód słońca był, jest i będzie pięknym zjawiskiem pozwalającym oderwać się od rzeczywistości.
         Były jednak osoby, które nie dały się ponieść urokowi chwili i kierowały się w przeciwną stronę, na wschód. Wiatr rozwiewał ich włosy, gdy z ogromną prędkością przemierzały przestworza na grzbiecie wielkiego, czerwonego potwora.
- Dziękuję ci jeszcze raz, Duchu Ognia, że zgodziłeś się zabrać nas do Włoch – powiedział z wdzięcznością Yoh, pełniący tymczasowo rolę pilota.
- Nie ma sprawy – odpowiedział SoF (Spirit of Fire dla niezorientowanych) swoim przypominającym trzaskanie płomieni głosem. – Bardziej pomogę Hao w ten sposób, niż czuwając przy nim bezczynnie.
- Gdzie właściwie mamy znaleźć tę roślinę, o której mówił Faust? – spytał Manta, podchodząc ostrożnie do siedzącego przyjaciela.
- Z tego, co wiem, to jedynym miejscem, gdzie możemy ją znaleźć jest wyspa Capri, a konkretnie okolice drogi nazywanej Via Krupp.
         Niewysoki szaman spojrzał na towarzysza. Widział w jego oczach ogromny smutek, ale także determinację. Pianta medicinale była ich jedyną nadzieją. Dla Asakury nie istniało w tej chwili pytanie „A co, jeśli jej tam nie będzie?”. Musiała być. W tej chwili przed zupełnym zatraceniem się w rzeczywistości podtrzymywała go tylko nikła nadzieja na cud. Oyamada wolał nawet nie myśleć, co by się mogło stać, gdyby nie znaleźli rośliny lub też nie przybyli na czas.
- Yoh? – odezwał się w pewnej chwili.
- Tak? – odparł szatyn nieco nieobecnym głosem.
- Włochy są pod nami…
- Co?! Och, tak… Rzeczywiście – przyznał mu rację nieco zmieszany, a na jego twarzy na chwilkę pojawił się ten dobrze wszystkim znany zakłopotany uśmiech. – Duchu Ognia! Lądujemy!
        
♥♥♥

                   Obudził się nagle z płytkiego snu bez marzeń. To, co zobaczył, porządnie go zdziwiło. Nie wiadomo, jakim sposobem znalazł się wewnątrz czyjegoś domu. Spojrzał na swoją rękę, niedawno jeszcze krwawiącą dość obficie z zadanej nożem rany. Zaskoczony stwierdził, iż została ona ładnie opatrzona. Mimo wszystko jednak trucizna pozostawała w jego krwi. Można to było poznać choćby po nienaturalnie żółtawym kolorze skóry i lekkim zdrętwieniu palców.
         Uniósł się nieco, aby dokładniej obejrzeć pomieszczenie. Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Obok leżało jeszcze kilka tatami, pod ścianą stała niewielka komoda, a na parapecie stała doniczka z jakąś rośliną o dużych, ciemnozielonych liściach. Spoglądając przez okno, widać było tylko fragment nieba. W sumie nic dziwnego, gdy patrzy się z jego obecnej perspektywy. Chciał właśnie wstać, gdy usłyszał spokojny, melancholijny głos.
- Wybierasz się dokądś? – spytał Faust, stojąc w drzwiach ze swoją nieodłączną torbą lekarską.
- C-co? – zdziwił się Antonio. – Co ja tu robię? Więzicie mnie?! – dodał nieco ostrzejszym tonem. Nie miał zamiaru pokazywać, że zgadza się na obecny stan rzeczy.
- Nie więzimy, tylko przechowujemy – rozległ się młodzieńczy głos i po chwili obok nekromanty pojawił się Ren.
- Mistrz Yoh kazał się tobą zaopiekować, do czasu aż wróci z lekarstwem.
         Pessimo zaniemówił. Spojrzał tylko niezadowolony na przyjaciół Asakury. Chciał coś powiedzieć, jednak żadne inteligentne zdania nie przychodziły mu do głowy. W końcu o czymś sobie przypomniał.
- Co z moją drużyną? – spytał.
         Niemiec i Chińczyk tylko popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami. Faust widząc, że jego pacjent nie potrzebuje na razie opieki, powoli wyszedł z pomieszczenia. Ren nakazał Włochowi nigdzie się nie ruszać, po czym dołączył do towarzysza.
         Gdy odeszli, Antonio chciał z początku wstać z łóżka i wymknąć się. Jednak, gdy próbował się podnieść, spotkał się z ogromnym bólem nóg. „No jasne – trucizna.” - pomyślał i bezwładnie opadł z powrotem na poduszkę. Zastanowił się, co też stało się z innymi członkami drużyny „Euro”. Czemu nie chcieli się nim zająć? Dlaczego zostawili go samego i nie zareagowali, gdy Yoh zmuszał go do wydania nazwy trucizny? Znał odpowiedzi na te pytania. Mimo wszystko, nie chciał ich przyjąć do wiadomości.
         „Fernando… Wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi… To znaczy… Ja sam zapewne w razie niebezpieczeństwa byłbym gotów go zostawić. Ale po nim tego się nie spodziewałem. Sądziłem, że jednak trochę mu na naszej przyjaźni zależy… Björn… On zawsze był dla wszystkich oziębły i raczej z nikim się nie spoufalał. Nie myślałem jednak, że tak po prostu mnie zostawi. Po tym wszystkim, co przeżyliśmy szukając kryształów. A pozostali? Martin, Leonidas, Agnes… No nawet ta wariatka Helga! Myślałem, że są inni. Nikomu nie można ufać. Byli ze mną do czasu, aż przegraliśmy. A teraz odwrócili się plecami…”
         Czuł jak z każdą myślą jego przygnębienie rośnie, a on sam traci siły. Nie, nie ma sensu teraz o tym myśleć. Później się z nimi rozprawi. Później, to znaczy…
         W tym momencie zdał sobie sprawę, że jego „później” zależy w tej chwili już tylko od jednego, czternastoletniego szamana, który w tej chwili właśnie zbliżał się do pewnej wyspy na Morzu Tyrreńskim…

♥♥♥

- Witamy na Capri – powiedział Duch Ognia sadzając trójkę nastolatków na skalnym wybrzeżu.
- Jeszcze raz bardzo dziękujemy – odparł Yoh i zwrócił się w stronę bardzo stromego zbocza, na którym znajdowała się droga Via Krupp.
         To był niesamowity widok. Wbudowana niemalże w skalną ścianę ścieżka, obecnie oświetlona tylko blaskiem księżyca robiła ogromne wrażenie. Łączyła ona tzw. „mały port” Marina Piccola z ogrodami Augusta znajdującymi się około stu metrów wyżej. Wybrukowana dróżka wiła się serpentynowo przez dwa kilometry.
- Czeka nas długi spacerek – mruknął Yoh, po czym przeskoczył przez betonową barierkę by znaleźć się na uliczce. Chwilę potem dołączyli do niego Anna i Manta. Z początku szli dość szybkim marszem, pokonując w ciszy pierwszą połowę trasy. Niestety, mimo iż był środek nocy, temperatura jak na złość nie chciała zejść poniżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza. Z czasem tempo naszych przyjaciół zmalało. Na samą górę dotarli dopiero godzinę później. Zmęczeni ciepłem oraz brakiem jakiegokolwiek orzeźwiającego podmuchu usiedli na niewielkiej ławeczce. W tym momencie usłyszeli z oddali jak dzwon na jakimś kościele wybija godzinę czwartą nad ranem.
- Minęło już piętnaście godzin… - powiedział Yoh z nieobecnym wzrokiem.
         Manta i Anna popatrzyli po sobie. Mimo iż oboje byli ogromnie smutni z powodu ciężkiego stanu Hao, ich uczucia nie mogły równać się z bólem, którego doświadczał Asakura. Świadomość, że jego brat może umrzeć i to z jego winy, nie dawała mu spokoju.
- Chodźmy – powiedziała nagle blondynka, chcąc wyrwać ukochanego z nieprzyjemnych myśli. – Ogrody Augusta są już blisko.
         Szatyn posłusznie wstał, po czym cała trójka udała się w stronę wspaniale prezentującego się parku. Po jakimś czasie stanęli przed nieco wyblakłą tablicą informacyjną. Niestety, z powodu ciemności trudno było cokolwiek z niej odczytać.
- Nie macie przypadkiem latarki? – spytał Manta, jednak jego towarzysze tylko przecząco pokręcili głowami. Yoh nie miał zamiaru się poddawać. Brak latarki nie przeszkodzi mu w zdobyciu, bądź co bądź, ważnych informacji.
- Amidamaru, zbliż się – polecił swojemu duchowi. – Posłużysz nam za latarkę.
         Duch, niezbyt szczęśliwy z powodu zdegradowania jego roli do zwykłej lampy, z niezadowoloną miną podleciał nieco bliżej, rzucając światło na litery układające się w napis „Ogrody Augusta”. Słuchawkowy szaman zaczął czytać odruchowo przejeżdżając palcem po tekście.
- Ogrody Augusta… Historia… Cośtamcośtam… Flora… Blablabla… Ogrody słyną też z bardzo trującej rośliny o nazwie pianta velenosa… blabla… A także leczniczego kwiatu zwanego pianta medicinale! To tutaj! – ucieszył się chłopak, mając teraz pewność, że znaleźli się w odpowiednim miejscu.
- Jest też rysunek – powiedziała Anna, pokazując na obrazek przedstawiający kwiat o dużych jasnozielonych liściach i ciemnoróżowych płatkach.
- Rozdzielmy się i poszukajmy. Musi gdzieś być… - zaproponował Manta, co spotkało się z aprobatą pozostałych.
         Każdy ruszył w inną stronę. W ciemnościach zadanie nie było zbyt proste, zwłaszcza, że gęste korony drzew nie przepuszczały blasku księżyca. Z początku wypatrywali kwiatu idąc po wyznaczonych ścieżkach, jednak widząc, że nie daje to zbytniego efektu, przeszli na trawę przekraczając niewysoki „murek” z krzewów.
- Hmm…  Tu coś jest… - mruknął do siebie Asakura zaglądając pod jeden z krzaków. – Gdyby tylko nie było tu tak ciemno…
         W tym momencie, jak na zawołanie miejsce przed nim zostało oświetlone przez latarkę.
- O, teraz lep… - zaczął, po czym zamilkł sparaliżowany. Powoli odwrócił głowę, aby zobaczyć, co było źródłem światła.
- Stop! Che cosa stai cercando? – spytał wysoki mężczyzna w szarozielonym mundurze.
- Ja… Nie znam włoskiego… - Yoh nie wiedział za bardzo, co powiedzieć.
- Dość tego. Idziesz ze mną – rozkazał strażnik i chwytając szatyna za ramię, poprowadził go do niewielkiego budynku.
         Było to właściwie jedno pomieszczenie, którego główne wyposażenie stanowiły biurko, komputer, dwa krzesła oraz mnóstwo zdjęć przedstawiających miejsca w Ogrodach. Krótko mówiąc – biuro strażników parku.
- Ponawiam pytanie. Czego tu szukasz? – odezwał się mężczyzna, nakazując chłopakowi, by usiadł na krześle.
         Yoh uznał, że nie ma sensu wymyślać niestworzonych historii, które mogłyby wytłumaczyć jego pobyt w tym miejscu o tak nietypowej porze.
- Mój brat zatruł się sokiem z pianta velenosa… Przybyliśmy tu, aby odnaleźć pianta medicinale… Z tego, co wiem to jedyna odtrutka.
- Cóż, to prawda. Jednak muszę cię zmartwić. Pianta medicinale to roślina chroniona i nikt nie może jej zabrać.
- Ale tu chodzi o życie mojego brata! – powiedział Yoh, niemalże krzycząc.
- Przykro mi. Pomógłbym ci, gdybym mógł. Ba! Pewnie dałbym ci ten kwiat, nawet skoro jest chroniony… Wierz mi, moja młodsza siostra też kiedyś się zatruła. Znam doskonale twój ból.
- To dlaczego…? – zaczął nastolatek, ale strażnik znakiem ręki nakazał mi milczenie.
- Ponieważ pianta medicinale nie rośnie tu od jakichś trzech lat.
- Co…? – Asakura nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Jeszcze przed czterema laty, ciemnoróżowe kwiaty można było zobaczyć niemalże wszędzie. Nikt nie myślał wtedy o ich ochronie. Pamiętam nawet turystkę, która zabrała je w doniczce do domu. Jednak zaledwie rok później mieliśmy tutaj wypadek. Zamiast nawozu, ktoś rozpylił nad roślinami trutkę na chwasty, przez co ogród wyglądał przez kilka miesięcy jak pobojowisko. Udało nam się uratować część gatunków roślin, jednak pianta medicinale zniknęła na zawsze.
- To znaczy, że nigdzie już jej nie ma? – głos wielbiciela cheeseburgerów zadrżał.
- Pewnie jest. Ale tylko w doniczce u tej turystki sprzed czterech lat. Ale raczej nie wierzę, by udało jej się utrzymać swoje kwiaty w dobrym stanie przez ten czas. Naprawdę, ogromnie mi przykro, ale nie mogę pomóc.
         Szatyn nie mógł uwierzyć, w to co usłyszał. Przez chwilę wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą. W tym momencie, do budynku weszli Anna z Mantą, którzy widzieli jak Yoh jest prowadzony przez mężczyznę w mundurze.
- Co się stało? – spytał Manta, widząc w jakim stanie jest jego przyjaciel.
- Pianta medicinale wyginęła – powiedział beznamiętnie chłopak.
         To był cios także dla jego przyjaciół. Do tej pory wierzyli szczerze, że odnajdą odtrutkę, podadzą ją Hao i wszystko skończy się dobrze. A teraz… Cała ich nadzieja stracona. Oyamada chciał w jakiś sposób pocieszyć Asakurę, jednak gdy się do niego zbliżył, ten wstał i nic nie mówiąc wyszedł z pomieszczenia. Kyoyama wymieniła krótkie spojrzenie ze strażnikiem, po czym razem z niewysokim szamanem pobiegła za ukochanym.
         Kiedy ich oczy ponownie przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyli, że Asakura jest już przy Via Krupp i zaczyna dość szybkim krokiem iść z powrotem w kierunku brzegu. Podążyli za nim, jednak, mimo iż biegli, ciężko było im go dogonić. Gdy znaleźli się na ostatnim zakręcie, zdali sobie sprawę, że Yoh gdzieś zniknął. A przynajmniej tak się wydawało. Powoli wschodzące słońce oświetliło niewielką postać siedzącą na skale i patrzącą na uderzające o brzeg fale. Chłopak podkurczył nogi i oparł głowę o kolana. Gdy blondynka podeszła bliżej, usłyszała ciche łkanie.
- Yoh… - szepnęła siadając obok. Ukochany zwrócił w jej stronę zaszklone oczy.
- Anno… On może umrzeć… I to wszystko moja wina… Jak mogłem być tak głupi i zaufać jakiemuś duchowi zamiast własnemu bratu? – Z jego oczu popłynęło kilka łez. Kyoyama pocałowała go delikatnie w czoło, po czym pozwoliła, by szatyn się do niej przytulił.  Siedzieli tak przez dość czas, aż w końcu oboje zmorzył sen.
Gdy się obudzili, słońce zdążyło już zupełnie wstać nad horyzont. Kilkadziesiąt metrów od brzegu przepłynął pierwszy statek wycieczkowy.  
- Która godzina? – spytał w końcu Asakura unosząc nieco głowę.
- Jest dziewiąta – odpowiedział mu Manta, który nie do końca wiadomo kiedy przysiadł obok i pracował zawzięcie na swoim laptopie. Po jego podkrążonych oczach można było wywnioskować, że wcale nie spał.
- Czego tam szukasz? – zainteresował się szatyn, patrząc na przeglądającego jakąś długą listę przyjaciela.
- Mam tu listę urlopów pracowników Instytutu Botaniki i Zoologii sprzed czterech lat.
         Słuchawkowy nie wiedział zbytnio, po co Oyamadzie takie informacje. Widząc niezrozumienie na twarzy przyjaciela, niewysoki szaman wyjaśnił:
- Kiedy spaliście, wróciłem na górę i wypytałem strażnika dokładniej o tą osobę, która wzięła pianta medicinale do siebie. Powiedział mi, że była to chyba kobieta z jakiegoś instytutu botaniki w Nowej Zelandii. No i przeszukałem listę osób, które wzięły urlop w tamtym czasie. Znalazłem dwie kobiety, które mogłyby być szukanymi przez nas właścicielkami prawdopodobnie ostatniego kwiatu.
- Skąd miałeś taką listę? – zdziwił się Yoh, na co Manta jakby nieco się speszył.
- Ma się swoje sposoby – powiedział cicho.
- Jesteś niesamowity… Wiesz, gdzie te kobiety mieszkają? – spytał słuchawkowy, ożywiając się. Jego przyjaciel potwierdził skinieniem głowy.
- W takim razie… Duchu Ognia! – zawołał szaman i przed nimi wyrósł wielki czerwony potwór. – Jak najszybciej zabierz nas na Nową Zelandię!

♥♥♥

         Tego samego ranka, w niewielkiej miejscowości na Zachodniej Pustyni, cała nasza gromadka, z wyjątkiem Hao i Fausta siedziała przy stoliku przed restauracją Karima i kończyła drugie śniadanie. Dziewczęta jak zwykle plotkowały o wszystkim i o niczym, jednak dało się wyczuć w ich głosach, że coś jest nie tak. Chłopcy natomiast jedli w ciszy, myślami będąc razem z Yoh, Anną i Mantą na Capri. Zastanawiali się, co teraz mogą robić ich przyjaciele i czy odnaleźli leczniczą roślinę.
         Ren dopijał akurat czwartą szklankę mleka (jego foch skończył się tak szybko jak się zaczął :D), gdy z zamyślenia wyrwał go głos siostry.
- Patrzcie, jakie ciacho! – zawołała do przyjaciółek pokazując stojącego w cieniu po drugiej stronie ulicy chłopaka w ciemnozielonym płaszczu z kapturem. Obok niego, tyłem do naszej gromadki stała jeszcze jedna zakapturzona postać.
- Zaklepuję! – krzyknęła Pirika, z uwielbieniem wpatrując się w tajemniczego młodzieńca.
- Ej! Nie ma tak! Pierwsza go zobaczyłam! – oburzyła się Chinka, na co jej brat przejechał dłonią po twarzy.
- Spokojnie, obok jest jeszcze jeden – powiedziała nieśmiało Tamao. Czuła się nieco dziwnie w takim towarzystwie. Zdecydowanie nie należała do dziewcząt myślących tylko o chłopakach i modzie.
- Mój! – krzyknęła nieco za głośno panna Tao.
         Zaraz potem niebiesko- i zielonowłosa wstały i ruszyły w stronę swoich nowych obiektów westchnień. Gdy od chłopaka dzieliły ich już tylko cztery metry, druga, dotąd stojąca tyłem osoba, odwróciła się. Nie wyobrażacie sobie, jaki był zawód Jun, gdy owa osoba okazała się być… dziewczyną. A konkretnie średniego wzrostu szatynką o włosach niemalże identycznych jak u Hao oraz dużych, ciemnozielonych oczach.
-  Yyy… Cześć… - zaczęła niepewnie Tao. – Yyy… Jestem Jun, a to moja przyjaciółka Pirika…
- Cześć – uśmiechnęła się nowa znajoma. – Ja jestem Anabelle, a to mój duch stróż, Gilan.
- D-duch? – wyszeptała panna Usui, po czym wybuchnęła płaczem. – Nieee… Życie jest niesprawiedliwe…
         Anabelle spojrzała na niebieskowłosą pytająco, jednak nie otrzymując żadnej odpowiedzi zwróciła się do Jun:
- Wy jesteście przyjaciółkami Hao Asakury, prawda? Oglądałam wczorajszą walkę… To było naprawdę okrutne. Cieszę się, że tamci szamani pozbyli się tego blondyna. Sama bym do nich dołączyła, ale siedziałam po drugiej stronie stadionu…
- Tak, jesteśmy… Jak chcesz, dołącz do nas. Będzie nam bardzo miło – zielonowłosa wskazała na stolik, gdzie było jeszcze kilka wolnych siedzeń.
- Chętnie – uśmiechnęła się szatynka. – Tylko, że ja jestem tutaj z przyjaciółkami z drużyny… - wskazała na wychodzące ze sklepu nastolatki. Pierwsza z nich była dość wysoka i miała długie, ciemne włosy z prostą grzywką, Druga natomiast, nieco niższa była blondynką o dużych, niebieskich oczach.
- Zabierz je ze sobą. Miejsca nie braknie – powiedziała Pirika, której już zakończył się chwilowy kryzys.
- W takim razie, przedstawiam Cassandrę i Natalie.
         Dziewczęta, nie do końca wiedząc, o co chodzi, tylko uśmiechnęły się i pomachały łapkami. Zaraz potem cała piątka usiadła z powrotem przy stoliku. Po krótkiej prezentacji, Anabelle zapytała:
- Co tak właściwie stało się z Hao? Widziałam jak ten… nie powiem kto dźgnął go nożem…
- W tej chwili jest nieprzytomny – odpowiedział Ren. - Na tym nożu była trucizna. Jego brat, Yoh poleciał do Włoch po odtrutkę.
- Trucizna? – zainteresowała się Cassandra. – Można wiedzieć, jaka? Interesuję się trochę alchemią.
- Zaraz… Jak to mówił Faust…? – spytał Horo, który miał drobne problemy z zapamiętywaniem długich nazw.
- Pianta velenosa – pomógł mu Lyserg, który jak dotąd wcale się nie odzywał.
- Właśnie. Pianta gile z nosa – powtórzył niezbyt dokładnie Usui, przez co oberwał w tył głowy od fioletowowłosego (ciekawe czemu, nie?).
         Cassandra zaśmiała się, po czym zamyśliła na moment.
- Znam tą roślinę. Odtrutką na nią jest pianta medicinale, prawda?
- Tak. Tylko, że rośnie ona tylko i wyłącznie we Włoszech – mruknął niezadowolony Ryu.
         Na te słowa Brunetka wymieniła z Anabelle porozumiewawcze spojrzenie.

♥♥♥

         Minęły kolejne godziny. Mimo, iż Duch Ognia starał się jak mógł, podróż na wyspę zajęła im ponad sześć godzin. Licząc ze zmianą czasu, była teraz druga w nocy. Kiepska pora na odwiedziny, nie? Jednak nie mieli czasu, aby czekać do rana. Zostało im już tylko około dwudziestu godzin, a liczyć trzeba jeszcze powrót do Patch… Nie do końca pewni, zadzwonili do drzwi niezbyt dużego domu.
         Z początku nikt nie otwierał. Czekali ponad dziesięć minut. Mieli właśnie odwrócić się i pójść, gdy w drzwiach stanęła zaspana kobieta. Widać było po niej, że ubierała się na szybko. Jej brązowe włosy były w dość fatalnym stanie, a bluzka założona tył na przód.
- Czego chcecie!? Nie widać, która godzina? – ofuknęła nowo przybyłych. Widząc jednak nietypowy smutek w oczach całej trójki, nieco złagodniała. – Co się dzieje?
- Przepraszamy, że niepokoimy o takiej godzinie, ale to sprawa życia i śmierci. Czy jest pani pracownicą Instytutu Botaniki i Zoologii?
         Kobieta, nieco zaskoczona pytaniem z początku nie odpowiedziała. Po chwili jednak zreflektowała się.
- Tak, owszem. Ale nie stójmy w progu. Wejdźcie – powiedziała, otwierając szerzej drzwi i wpuszczając trójkę szamanów do środka.
- Mamy do pani pytanie. Czy była pani może na wycieczce we Włoszech cztery lata temu?
         Coraz bardziej zdziwiona Nowozelandka przytaknęła tylko głową.
- A czy wzięła pani może roślinę pianta medicinale do domu z Ogrodów Augusta z Capri?? – zapytał Yoh z wielką nadzieją w oczach.
- Owszem, wzięłam… Nie wiem jednak, po co wam takie informacje...
- Chodzi o mojego brata. Został otruty podczas walki, a pianta medicinale jest jedyną odtrutką. Czy jest szansa, abyśmy dostali tę roślinę…? Możemy zapłacić.
- Nie będziecie za nic płacić. Dlatego, że nie mam przy sobie tej rośliny, a nawet gdybym miała to i tak nie wzięłabym od was pieniędzy.
- Nie ma pani? – spytała Anna, gdyż jej narzeczony nie był w stanie nic rzec. Jego ledwo co odbudowana nadzieja, znów legła w gruzach.
- Oddałam ją córce, gdy wyjeżdżała. Nie wiem niestety, czy ten kwiat może przetrwać podróż – odrzekła kobieta smutno. Naprawdę było jej szkoda tego chłopaka. Nic jednak nie mogła zrobić.
         Szamani nie prosili już o nic więcej. Przeprosili za nachodzenie w nocy i wyszli, pożegnani przez profesorkę. Yoh niemal od razu przywołał Ducha Ognia.
- Co teraz? – spytał Manta wdrapując się na „grzbiet” czerwonego potwora. – Szukamy tej dziewczyny?
- Nie, Manta. Już nie ma szans, aby ją znaleźć. Wracamy do Patch. Ja… Chcę być przy nim, kiedy… - nie dokończył. Nie mógł, bo w jego oczach natychmiast pojawiły się łzy. I już nikt nie potrafił go pocieszyć.
         Stróż Hao, nie czekając nawet na komendę, wzniósł się w powietrze, kierując w stronę Ameryki Południowej.
         Tymczasem, kobieta obserwowała to zdarzenie z okna sypialni.
- Biedni młodzi szamani… - powiedziała pani profesor obserwując wzbijającego się w powietrze DO. Stojący obok niej duch młodego rycerza nic nie odpowiedział.

I to na tyle :D
Zapraszam na spamik ^^
Szkoda tylko, że Cebin a nie John... Obrazek od http://marcomaxwell.deviantart.com/ 



I teraz to już wszystko. Jeśli chodzi o przyszłą notkę, będę wredna..
a) Yoh
b) Hao
Pozdrawiam :*

wtorek, 25 grudnia 2012

26. Czy aby na pewno możemy mu zaufać?

Ohayo! Meri Kurisumasu!
Na początku chciałabym wszystkim życzyć wesołych, radosnych, szamańskich, asakurzastych Świąt :D Mam nadzieję, że Aniołek/Gwiazdor/Gwiazdka/Dzieciątko/Czy-kto-tam-u-Was-przynosi-prezenty był bogaty ^^ Ja sama, nie powiem, jestem z tegorocznych prezentów zadowolona :D A najbardziej ze słuchawek a'la Hao <3 (Obrazek) i mangi "Hetalia" ^^ Kyaa!! Ale jestem z tego happy :D
Gomen, że rozdział dopiero dzisiaj.. Miał być wczoraj, ale no chyba sami rozumiecie.. Wigilia..  *.* Mam nadzieję, że nie zabijecie mnie za jakość i treść tej notki... I tytuł, który jest do bani -.-
Tym razem rozdział dedykuję.... hmm.... Chłopaki?
Choco: Natishy za to, że stale poprawia Yohao humor :D
Ren: Yochi'emu za uratowanie Johna i Meene *.*
Will: I Kasumi za pomoc przy notce ^^
Na koniec jak zwykle obrazki, zgodnie z życzeniem - "Bliźniacy i ktoś"

26. Czy aby na pewno możemy mu zaufać?

Był cudowny, słoneczny dzień. Pogoda już dawno nie ukazała się w tak cudownej formie. Wszystkim od razu polepszały się nastroje. Nawet Anna uległa ogólnej, przyjemnej aurze i pozwoliła chłopakom mieć dzień wolny. Toteż wszyscy byli happy ^^. Ren udał się z Horo i Choco do baru Silvy na mleczny koktajl, Ryu wygrzebał skądś przepis na wyjątkowo skomplikowane ciasto, Faust i Eliza poszli pohasać sobie po (wyimaginowanych) łączkach, John zabrał Lyserga na strzelnicę, a Meene oraz pozostałe dziewczęta wyruszyły na zakupy. Hao, Yoh, Manta oraz Aku poszli natomiast nad jeziorko.
         Oczywiście bliźniacy + woda = apokalipsa, toteż nic dziwnego, że nie minęło pięć minut, a cała czwórka wylądowała w stawie. Oczywiście z szerokimi uśmiechami na twarzyczkach. Jednak, gdy jakaś zbłąkana ryba zaplątała się w pelerynkę Aku, po chwilowym „Aaaaa! Zabierz to ode mnie!!”, wszyscy uznali, że pora już skończyć kąpiel. Wyszli z pewnym ociąganiem na brzeg, a następnie położyli na trawce susząc się w ciepłych promieniach słońca. Przez jakiś czas leżeli tylko i wsłuchiwali się w odgłosy natury. W pewnej chwili jednak Aku zerwał się z miejsca jak oparzony.
- K-która godzina?
- Za kilka minut dwunasta, a co? – odparł Yoh, leniwie spoglądając na dzwonek wyroczni.
- Ojej.. Będę już musiał lecieć.. Ale wpadnę potem, jeśli wam to nie przeszkadza?
- Jasne, że nie – wyszczerzył się słuchawkowy. – Do zobaczenia!
         Onaji pomachał jeszcze chłopakom na pożegnanie i pobiegł w kierunku miasta. Hao obserwował go jeszcze przez jakiś czas, aż odezwał się cicho, patrząc w niebo.
- Wiesz Yoh, chyba…
         Jednak przerwało mu głośne chrapanie. No tak, mógł się spodziewać, że braciszek będzie chciał wykorzystać wolny dzień na nadrabianie straconych godzin zbawiennego snu. Przekręcił głowę w stronę Manty, który leżał obok z otwartymi oczami.
- Chyba jednak myliliśmy się, co do Aku. On nie jest zły…
- Też tak sądzę. To była zbyt pochopna ocena… - odpowiedział mu niewysoki chłopak z lekkim uśmiechem.

♥♥♥
           
- Jak mi go zaraz nie oddasz, to pożałujesz, że się urodziłeś!
- Och, Ren! Daj spokój!
- Powtarzam ostatni raz! ODDAWAJ MI MOJE MLEKO, CHOCO!!!
         Obaj członkowie drużyny „The Ren” stali po przeciwnych stronach jednego ze stołów u Silvy, w tym Amerykanin miał w ręce kartonik „Łaciatego”.  Biedny członek rady przyglądał się zza lady wściekłemu Chińczykowi, który trzymał guan-dao w rękach. Ostrze broni znajdowało się zaledwie centymetry od półki z łatwo tłukącymi się szklankami.
- D-dość! – zdołał w końcu wyjąkać Indianin. I w samą porę, bo fioletowowłosy już przymierzał się do ataku, w którym zapewne ucierpiałyby również nieszczęsne naczynia. – P-proszę op-puścić lokal!
         To chyba zadziałało, bo młody Tao opuścił guan-dao. Spojrzał raz jeszcze na lekko wystraszonego komika, który odłożył kartonik na stół między nimi, po czym zabrał swoje mleko i rzucając krótkie „idziemy”, skierował się do wyjścia. Horo i Choco po chwilowym wahaniu ruszyli za nim.
- Następnym razem nie żyjesz – powiedział do McDonnela popijając swój ukochany napój.
- To, co robimy? – zapytał Horo, niezbyt szczęśliwy z przymusowego opuszczenia niedokończonego jeszcze lunchu.
         Zapadła cisza. W niewielkim miasteczku nie było zbyt wiele do roboty… No chyba, że ktoś lubi trenować…
- Jeśli nie macie co robić, to zapraszamy na walkę – usłyszeli nagle jakiś lekko zarozumiały głos tuż za plecami. – Wierzcie mi, będzie na co popatrzeć…
         Wszyscy trzej w jednym momencie się odwrócili. Stali twarzą w twarz z siódemką szamanów w czarno-granatowych mundurach, których pozy i ustawienie przypominały nieco dawnych X-laws. Ten, który się do nich odezwał był wysoki i przystojny, o kruczoczarnych włosach i aroganckim spojrzeniu.
- A wy to..?
- Drużyna Euro. A konkretnie €1 i €2 – oznajmił brunet.
- Przyszli zwycięzcy turnieju – dodał stojący za nim, nieco podobny z wyglądu mężczyzna.
- Doprawdy? – spytał Ren, a w jego głosie dało się wyczuć kpinę.
- Ale turnieju nie zwyciężymy jak nie przybędziemy na walkę – wtrącił blondyn o ponurym spojrzeniu.
- Björn ma rację! Antonio, Fernando, musimy iść – przytaknęła mu wyjątkowo urodziwa dziewczyna, patrząc na niego z lekkim… zachwytem? Najwidoczniej złowrogo wyglądający chłopak się jej podobał…[W: Yyy…? Serio..??][Ch: Wiesz, Will… To jest taki sposób…] [W: Sposób? Na co?] [Ch: No na podrywanie… Trzeba zgrywać takiego „złego chłopaka”. Serio, to działa ^^] [R: Taa… Bo ty o tym wiesz najlepiej…] [Ch: Co takiego masz na myśli!?] [R & W: Yyy.. Że nie masz dziewczyny?] [Ch: -.-] (Przepraszam, ale moglibyście mi łaskawie nie przeszkadzać? Jak chcecie rozmawiać o podrywaniu, to do biura matrymonialnego! *Wykopuje chłopaków z pokoju* Przepraszamy za usterki. Można kontynuować.)
- Dla ciebie wszystko, skarbie – odparł brunet ze zniewalającym uśmiechem, ku wyraźnemu niezadowoleniu towarzyszki.
         Zaraz potem cała siódemka odwróciła się i ruszyła dalej w stronę stadionu. Ren, Choco i Horo przez chwilę obserwowali oddalających się szamanów.
- Wyglądali na pewnych siebie… Nie przypominają wam nieco naszych starych znajomych? – spytał po chwili młody Tao.
- X-laws? Aż za bardzo… - mruknął w odpowiedzi Usui.
- Jednak ta walka… Nie powiem, ciekawi mnie – powiedział, po części do chłopaków, po części do siebie fioletowowłosy.
         Tak, więc kilka minut później cała trójka siedziała na trybunach w oczekiwaniu na rozpoczęcie pojedynku. Przeciwnikami miały być drużyny „€1” i „Złota Rzeka”. Członkami drugiego zespołu byli dwaj mężczyźni i jedna kobieta pochodzący prawdopodobnie z Dzikiego Zachodu. Byli ubrani w charakterystyczne stroje a’la Western, a ich duchami okazali się być trzej groźnie wyglądający kowboje.
         Na środek areny wyszedł już gotowy do sędziowania Karim. Po krótkim przywitaniu na ekranie pojawiła się informacja obwieszczająca, że jako pierwsi zmierzą się Fernando Banavidez i Samantha Jackson. Do przodu wysunął się ciemnowłosy mężczyzna, który chwilę wcześniej zapewniał o zwycięstwie drużyny Euro w całym turnieju oraz jasnowłosa kowbojka. Członek rady krzyknął „Start!” i obaj walczący przywołali swoje duchy. Stróżem Hiszpana okazał się być ogromny byk, podobny do tych, z którymi zmierzają się toreadorzy.
- Islero! Do płachty! – krzyknął brunet wyciągając skądś krwistoczerwony materiał. - Ataque del toro! (hiszp. Atak byka)
W tym samym czasie Samantha wprowadziła swojego ducha do kapelusza. Jednak nie zdążyła nawet przeprowadzić jednego ataku, gdy ze wszystkich stron w jej kierunku poleciały setki maleńkich byków. Osłoniła się od większości, ale kilkunastu udało się przełamać jej obronę, pozostawiając płytkie, aczkolwiek bardzo bolesne i krwawiące rany na całym ciele. Jednak, ledwo co zniknęły małe stworki, tuż obok dziewczyny wyrósł olbrzymi czarny byk, na którego grzbiecie stał Fernando z wrednym uśmieszkiem. Kowbojka chciała chyba zaatakować, lecz nagle została przygwożdżona do ziemi przez rogi wielkiego zwierzęcia. Chwilę potem byk zniknął, jednak tylko po to, by w następnej sekundzie pojawić się tuż za nią. Hiszpan ewidentnie bawił się Samanthą, co chwila dodając jej obrażeń. Wyglądało to trochę jak kot przygotowujący się do rozprawienia z nieszczęsną zdobyczą.
- Co za sadysta! – krzyknął Choco, patrząc ze strachem na ciemnowłosego przedstawiciela drużyny „€1”, który zdawał się mieć przyjemność z zadawania bólu przeciwniczce.
Gdy wreszcie (choć dla niektórych zdawało się to trwać całą wieczność) na tablicy pojawił się komunikat o zwycięstwie Banavideza, kobieta leżała nieprzytomna, cała w płytszych i głębszych ranach. Piasek dookoła niej zaczął przybierać krwistoczerwony kolor. Fernando uśmiechnął się tylko pogardliwie i podszedł do czekających na niego członków drużyny. Przywódca, którego nazywali Antonio, opierał się swobodnie o ścianę z założonymi rękami. Jasnowłosy zaś, jak zwykle patrzył na niego z ponurym wyrazem twarzy. Żaden jednak nie odezwał się ani słowem.
         Tymczasem Samantha została już przeniesiona na nosze i zabrana z areny przez dwójkę medyków. Jej towarzysze ze strachem spoglądali na półżywą przyjaciółkę. Niższy z mężczyzn poluzował trochę rewolwer, który nosił przy pasie. Prawdopodobnie właśnie on miał walczyć w następnym pojedynku. I rzeczywiście tak się stało. Karim wyczytał z ekranu, że zmierzyć mają się ze sobą Jason Buckle i Björn Larsen.
         Przeciwnicy ustawili się na pozycjach. Zanim jeszcze rozpoczęła się walka, szaman z Dzikiego Zachodu powiedział wściekle:
- Zemszczę się za moją siostrę.
         Blondyn nie odpowiedział. Przez cały czas na jego twarzy pozostawała chłodna obojętność. Nawet po starcie, ani na moment nie stracił opanowania. Kowboj natychmiast przywołał ducha, wsadził go do rewolweru i wystrzelił. Członek drużyny „€1” zrobił  tylko jeden krok w lewo i pozwolił, by strumień foryoku przeleciał obok, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Jason nie przejął się tym zbytnio i ponownie zaatakował. Jednak wściekłość i chęć zemsty zupełnie przysłoniły mu zdrowy rozsądek. Atakował ze wszystkich stron, używając mocniejszych i nieco słabszych ciosów, ale żaden z nich nie trafiał w cel. Larsen stał spokojnie w miejscu, raz na jakiś czas uchylając się. Buckle zdał sobie ze swojego błędu dopiero, gdy zużył większość swojej szamańskiej mocy. Przez chwilę stał w miejscu próbując złapać oddech. Ten moment wykorzystał Norweg. Zamachnął się wielkim toporem, który powstał w wyniku kontroli ducha, i ciął powietrze, zupełnie jak Yoh przy Niebiańskim Cięciu. Potężny atak poleciał w stronę Jasona i zanim ten zdołał cokolwiek zrobić, trafił prosto w jego brzuch zostawiając podłużną, głęboką ranę. Kowboj otworzył szeroko oczy i z głuchym jękiem upadł na ziemię. Björn obdarzył go obojętnym spojrzeniem i podszedł do swoich towarzyszy.
         Na widowni panowała absolutna cisza. Wszyscy byli zbyt wstrząśnięci, aby cokolwiek powiedzieć. Od „nawrócenia” Hao, żadna walka nie kończyła się śmiertelnymi obrażeniami. A członkowie drużyny „€1” najwidoczniej nie mieli oporów przed przekroczeniem tej granicy.
- Wygrywa drużyna „Euro 1” – oznajmił Karim, jednak nawet w jego głosie dało się wyczuć pewien niepokój.
Zwyczajowo po ogłoszeniu wyników, widzowie bili brawo zwycięzcom. Tym razem panowała zupełna cisza. W pewnym momencie z jakiegoś rzędu dał się słyszeć płacz dziecka. Trzej mężczyźni zwrócili głowy w kierunku małej dziewczynki w kowbojskim kapelusiku. Jej łzy skwitowali tylko pogardliwym uśmiechem.

♥♥♥
           
- Sprawdzam.
- Dwie pary – uśmiechnął się Ryu.
- Trzy karty – powiedział na to Faust.
- Kolor – przebił ich zadowolony Yoh. – A Ty, Hao? – spytał bliźniaka, który przez całą grę zdawał się nie zmieniać wyrazu twarzy.
- Poker – wyszczerzył się zadowolony władca płomieni ukazując trójkę, czwórkę, piątkę, szóstkę i siódemkę trefl.
- Niech to… Wygrałeś -.-
         Motocyklista, nekromanta i właściciel pomarańczowych słuchawek niechętnie przesunęli swoje czekoladowe ciastka w stronę ognistego szamana. Ten przyjął je z radością. Jak widać czasem trzeba mieć po prostu szczęście. Widząc jednak zawiedzione minki brata i przyjaciół, wspaniałomyślnie postawił miseczkę na środku stołu. Zaraz potem przeprosił wszystkich i udał się po coś do sypialni.
         Gdy wszyscy pałaszowali słodkie przysmaki, do domku weszli Ren, Choco i Horo. Cała trójka miała nietęgie miny. Zwłaszcza na twarzy Chińczyka wyglądało to niespotykanie. Niepokój naszej gromadki zwiększył się jeszcze bardziej, gdy niebieskowłosy odmówił zjedzenia ciastka.
- Co jest, chłopaki? – spytała Pirika, która razem z dziewczętami siedziała na sofie oglądając jakiś serial.
- Widzieliśmy walkę drużyny „Euro”… Oni…
- Są okrutni! Zupełnie nie liczą się z konsekwencjami! Zostawili przeciwników ledwo żywych!
- A są silni. Bardzo silni.
- I tak w ogóle to są zupełnie jak X-laws! Noszą mundury, tylko, że czarno-granatowe.
- I są chyba jeszcze gorsi!
         Członkowie drużyny „The Ren” mówili jeden przez drugiego. To, co widzieli naprawdę musiało być poważne. Jedno jest pewne – nie można tak tego zostawić.
- Pomówimy o tym później…? – zapytał Yoh po chwili zadumy. – Zaraz przyjdzie…
         W tym momencie dał się słyszeć dzwonek u drzwi. Szatyn od razu pobiegł otworzyć.
- Cześć Aku! – zawołał na powitanie.
- Ohayo! To, co? Idziemy? – odparł z uśmiechem blondyn.
- Wiesz, jeszcze musimy poczekać na Ha…
- Och no chodź! – przerwał mu Onaji i pociągnął go za rękę. – Nie mam dzisiaj zbyt dużo czasu!
 - No ale… - chciał coś powiedzieć Yoh, jednak przyjaciel już wyciągnął go na zewnątrz. Zawołał więc tylko „do zobaczenia później” do naszej gromadki i pobiegł za kopią swojego brata.
         Ledwie drzwi się zamknęły, do przedpokoju wszedł ognisty szaman.
- Jakby co, to ja jestem got…
- Oni już poszli – przerwał mu smutno Manta, stojący w przejściu do pomieszczenia służącego za salon. – Przykro mi…
         Zaraz potem niewysoki szaman wszedł z powrotem do pokoju, gdzie grali w pokera, zostawiając starszego Asakurę samego. Nie do końca wiadomo, jak długo Hao stał tam jeszcze bez ruchu, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w zamknięte drzwi.

I jeszcze obiecane obrazki "Bliźniacy i Ktoś"






Plus mały świąteczny bonus ^^

http://doodlz18.deviantart.com/art/SK-Christmas-106647681


Świąteczne życzenia również od naszych starych znajomych ^^
http://browse.deviantart.com/?q=bean+king+x+laws#/d2gzbi6

http://browse.deviantart.com/#/d35kuzj - Nie pytajcie, czemu to wstawiłam...
   
http://piener.deviantart.com/art/merry-christmas-344550688
http://janeelend.deviantart.com/art/Merry-Shaman-Christmas-188117068  - A ten obrazek mam teraz jako tło w google Chrome ^^

Jeszcze ankieta:
a) Szamańska zima
b) Manta (w podziękowaniu, że się zajmuje Hao w ciężkich chwilach)
c) Wasz Wybór :D

I to już wszystko ^^
Meri Kurisumasu i do następnej notki :D Mam nadzieję, że wyrobię się jeszcze w tym roku ;) A jak nie, to szamańskiego sylwestra z imprezą jak u NWG :D
Ach, no i przypominam o komentarzach :D