Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NWG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NWG. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lutego 2013

33. Ćwierćfinał, czyli początek trudnej drogi



Ech... Ferie, ferie i po feriach... 
Wiem, że obiecywałam nieco bardziej przyłożyć się do pisania i szkrobnąć nieco więcej, jednakże... Sama nie wiem... Jakoś miałam za mało czasu :( Głównie przez narty, narty i jeszcze raz narty <33 Cóż, niewiele poradzę, że tak kocham jeździć.. ^^
Notka pisana długo... Głównie przy soundtracku z "The Legend of Zelda - Twilight Princess" <333 Heh, "The LoZ" jest moją miłością, zaraz po SK :D Właśnie.. Po opublikowaniu notki miałam zagrać.. To trza by się kapke pospieszyć xD
Dziękuję wszystkim za ciepłe odebranie mojego oneshota :D Miło mi, że historia Yoh i Anny przypadła Wam do gustu. Nie wiem, może mnie za to zlinczujecie, ale mam w planach publikowanie jednego opowiadanka w tym stylu w każdym miesiącu. Mam już nawet pewien pomysł... ;>
Rozdział chciałabym zadedykować Neko-chan w podziękowaniu za wspaniały, najdłuższy w historii tego bloga komentarz :D Mam nadzieję, że Cię nie zawiodę ^^
A oprócz tego, chcę zadedykować rozdział również wszystkim tym, którzy są ze mną od początku... Sporo osób się tu przewinęło.. Niektórzy odeszli, pojawili się nowi... Cóż, arigatou wszystkim ^^  Za ponad 10.000 wejść <33 
Heh, niedawno czytałam swoje stare rozdziały.. Pamiętam jak dziękowałam za tysiąc.. Cóż, pozostaje mi tylko dobijać do setki xD (złudne nadzieje xD)

33. Ćwierćfinał, czyli początek trudnej drogi....

- Osiemset czterdzieści cztery…… Osiemset czterdzieści pięć…… Osiemset czterdzieści sześć…
- No dalej! Żwawiej koteczku!
- Osiemset czterdzieści siedem, osiemset czterdzieści osiem, osiemset czterdzieści dziewięć…
- Tysiąc osiemdziesiąt dwa, sto trzynaście, szesnaście, dwa tysiące osiemdziesiąt siedem…
- Osiemset pięćdziesiąt… Zamknij się Hao… Osiemset pięćdziesiąt jeden…
- Dwadzieścia siedem, pięćset trzydzieści osiem…
- Hao! Zamknij się! Osiemset pięćdziesiąt dwa…
- Siedemset dwadzieścia trzy…
- Siedem… HAO!!
           Tym razem młodszy Asakura już nie wytrzymał. Zerwał się z ziemi i z furią w oczach począł gonić roześmianego bliźniaka. Nie po to od świtu robił brzuszki, żeby mu teraz braciszek bezczelnie przeszkadzał! Wściekły zebrał resztę sił i skoczył władcy płomieni na plecy, przygważdżając go do ziemi.
- Jedz piach zdrajco! – zawołał i „wymył” dokładnie twarz swojej ofiary. Jednak, ku zaskoczeniu młodszego z braci, długowłosy nagle zerwał się i role zupełnie się odwróciły.
- Palant!
- Idiota!
- Głupek!
- Mówiłem już, że cię kocham?
- Tak. A ja?
- Też.
- Debil.
           Na czole Anny pojawiła się charakterystyczna kropelka. Dziewczyna, mimo iż przyzwyczaiła się do tych kłótni wiedziała, że nie wnoszą one zbyt dużo w trening jej narzeczonego. Co prawda Hao miał mieć dzisiaj walkę, jednak nie oznacza to, że może się lenić i psuć trening Yoh.
           W tym momencie, blondynka zauważyła Anabelle, siedzącą niedaleko na ławce i popijającą gorącą czekoladę (8,99$ w barze Karima). Kyoyama wiedziała, że dziewczyna obecnie nie ma zbyt wiele do roboty. Po wczorajszej, bardzo zaciętej, aczkolwiek przegranej walce z Faustem, Nowozelandka miała wolne. W pewnym momencie, Anna wpadła na pewien pomysł.
- Anabelle! – zawołała. Siedząca na ławce dziewczyna uniosła zaskoczona głowę. Widząc, kto ją zawołał, szybko podbiegła do narzeczonej Yoh.
- Tak, Anno? Mogę ci w czymś pomóc?
           Ku zdumieniu panny Wilson, blondynka wcisnęła jej do ręki stoper, po czym wskazała na Hao.
- Trudno nadzorować trening jednego Asakury, a co dopiero dwóch. Hao jest twój. Nie bądź dla niego zbyt łagodna. Powodzenia.

♥♥♥

           Ta walka trwa już zdecydowanie za długo… Jak on to robi?! Blokuje wszystkie moje ataki i nawet się nie męczy! Dość tego! Nie mogę przegrać tej walki! Nie mogę! Przecież to moje przeznaczenie… Byłem do tego szkolony odkąd tylko pamiętam. Rodzina liczy na mnie. Nie mogę przegrać. Pora skończyć ze słabszymi atakami. Teraz albo nigdy… Dla ciebie Jun…
- Przepraszam Yoh… Ale nie mam zamiaru go oszczędzić. – szepnął Ren i wkładając w guan-dao całe swoje foryoku, wskoczył w powietrze. Gigantyczne ostrze, jakiego nikt jeszcze nie widział, zbliżało się z ogromną prędkością do Hao, stojącego na ramieniu Ducha Ognia. Szatyn, który zaledwie przed chwilą odparł cios z lewej, teraz wydawał się zupełnie nieprzygotowany na tak nagłe i silne uderzenie. Tymczasem broń Chińczyka nieubłaganie zbliżała się do nieosłonionego władcy płomieni. I nagle…
BUM!
           Wszystkich w promieniu jednego kilometra oślepiło ostre światło. Fala ciepła rozniosła się po stadionie. Jednak było to nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się na samej arenie. Nastąpił wielki wybuch. Ogień i foryoku zmieszały się w upiornym tańcu, a walczący zniknęli w kłębach gęstego dymu. Przez kilka sekund mogło się wydawać, że płomienie po prostu zmiotły przeciwników z powierzchni ziemi.
           Nastała cisza. Powoli ciemny dym począł się rozrzedzać, ukazując stojącego na ramieniu Ducha Ognia Hao oraz leżącego po drugiej stronie areny, nieprzytomnego Rena. Władca płomieni miał po wybuchu nieco…zmieniony wygląd. Mianowicie jego śliczne włoski ułożone były teraz mniej więcej na wzór Johna Denbata (podobnie jak w anime, gdy zmienił Ducha Ognia w Ducha Wody), a połowa pelerynki została po prostu spalona. Resztę ubranka pokryła sadza. Mimo to, chłopak uśmiechał się i nie wyglądało, aby był w jakikolwiek sposób ranny. Na ekranie pojawiła się informacja, którą potwierdził jeszcze członek rady:
- Wygrywa Hao Asakura!
           Ludzie poczęli wiwatować, a najgłośniej z nich rzecz jasna darł się Yoh. Jednak długowłosy nie pysznił się za bardzo zwycięstwem. Zrezygnował z wielkiej kontroli ducha i swobodnie wylądował na ziemi. Zaraz potem pobiegł do przeciwnika. Niestety, było z nim dużo gorzej niż myślał. Tao nie tylko stracił przytomność, całe jego ciało pokrywały pęcherze, powstałe w wyniku silnego poparzenia. Oprócz tego, wzdłuż piersi przebiegała dość długa, aczkolwiek niezbyt głęboka rana. Asakura sam nie wiedział, co było jej przyczyną. Sam nie zadawał zbyt wielu ciosów, więc możliwe, że Ren sam zranił się w wyniku sparowania jego ataku. Ognisty szaman wyglądał na dość przerażonego. Wcale nie chciał tak bardzo uszkodzić rywala. W końcu byli przyjaciółmi…
           Do nieprzytomnego podbiegło już kilku medyków, w tym również Faust. Kilku lekarzy spojrzało na Asakurę z lekkim… strachem? Zaraz potem dołączyła do nich także zaniepokojona stanem brata Jun. Na widok ran i poparzeń, zielonowłosa wydała z siebie głuchy okrzyk i gdyby nie Lee Pyron, zapewne upadłaby na ziemię. Hao poczuł się nagle jak intruz, jak najmniej pożądana tu w tej chwili osoba. Na moment przed oczami ukazały mu się obrazy jego dawnych ofiar. Spalone ciała, płonące budynki, krzyki bezbronnych ludzi… W oczach chłopaka odmalował się strach. Bał się. Bał się, że to może się jeszcze kiedyś powtórzyć. Przecież obiecał sobie, że nigdy już nikogo nie zabije, a tu… O mało co, a z jego ręki zginąłby ich bliski przyjaciel.
           Zrobił kilka kroków do tyłu. W pewnym momencie jednak poczuł, że na kogoś wpadł. Odwrócił się szybko przepraszając, gdy zdał sobie sprawę, kto przed nim stoi.
- M-marco…? – zdziwił się młody szaman, wycofując się na względnie bezpieczną odległość. Blondyn nic nie odpowiedział. Spojrzał na Asakurę z nienawiścią w oczach, po czym przeniósł wzrok na grupkę lekarzy, którzy przenosili właśnie ciało Rena na nosze.
           W pewnym momencie, po lewej stronie okularnika stanął nie kto inny jak Iron Maiden Jeanne we własnej osobie. Z prawej zaś ustawił się… Antonio. Tak, ten sam Antonio Pessimo, który nie tak dawno o mało co nie pozbawił Hao życia.
- Cóż to, Asakura? – spytał drwiąco blondyn, przenosząc ponownie spojrzenie na szatyna. – Wracamy do dawnych przekonań? Widzę, że aby wygrać nie cofniesz się już nawet przed poważnym zranieniem przyjaciela… No no…
- To nie było zamierzone… - zaczął Hao, jednak jego ton nie był zbyt pewny. Lasso powiedział na głos to, czego władca ognia sam się obawiał.
- Czego tu szukacie? – odezwał się nagle nowy głos, wyraźnie wykazujący niechęć do trójki psychopatów. Do długowłosego dołączył Yoh.
- Niczego… Przyszliśmy tylko pogratulować walki – powiedział Marco ze sztucznym uśmiechem. – Ale nie będziemy przeszkadzać. W końcu Hao musi się nacieszyć swoim zwycięstwem – Włoch wyjątkowo mocno zaakcentował ostatnie słowo. Gdy tylko skończył, cała trójka posłała bliźniakom niezbyt przychylne spojrzenia i skierowała się ku wyjściu z areny.
- Co się dzieje, Hao? – spytał z troską właściciel pomarańczowych słuchawek, ustawiając się naprzeciw brata.
- Sam nie wiem… - odparł na to ognisty szaman i wzruszył ramionami. Jednak jego pozornie obojętna postawa skrywała niepokój, malujący się w oczach nastolatka.
           Wielbiciel cheeseburgerów spojrzał podejrzliwie na bliźniaka, odgadując, że coś jest nie w porządku. Zachowanie władcy płomieni było na to wystarczającym dowodem. Yoh wiedział, że Hao prędzej czy później powie, co go gryzie. Zrozumiał też, że to zapewne arena nie jest odpowiednim miejscem na takie rozmowy.
           W tym momencie, starszy Asakura zachwiał się i osunął bezwładnie na piasek. Młodszy, który zupełnie się tego nie spodziewał, aż krzyknął. Zwróciło to uwagę nekromanty oraz jeszcze kilku lekarzy. Faust dał im znak ręką, by zajęli się Renem, a sam podbiegł do nieprzytomnego Hao.
- Co się stało? – spytał, licząc, że Yoh będzie wiedział, co mogło być przyczyną zasłabnięcia. Ku jego zdumieniu, chłopak tylko pokręcił głową.
- Nie wiem… - rzekł cicho i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z twarzy brata. Ten jednak nadal leżał bez ruchu, nie zdając sobie sprawy, że właśnie rozpoczął się dla niego wyjątkowo ciężki okres…

♥♥♥

- Yoh... Wiem, że to dla ciebie ważne, ale naprawdę musisz już iść… - powiedział powoli Manta, stojąc w drzwiach sypialni bliźniaków. Właściciel pomarańczowych słuchawek nie odpowiedział. Od wczoraj Hao się nie obudził, zresztą tak samo jak Ren. Młodszy Asakura większość czasu spędzał przy łóżku brata. Trochę szkoda mu było, że ognisty szaman nie zobaczy jego walki.
- Masz rację… Nie mogę przegapić własnego pojedynku… Zapewne Natalie już czeka…
           Wielbiciel cheeseburgerów uścisnął raz jeszcze dłoń władcy płomieni, po czym ostrożnie wstał i udał się do wyjścia. Gdy stał już w drzwiach, zatrzymał go cichy, niemal niedosłyszalny głos:
- Powodzenia, braciszku… - szepnął Hao unosząc się nieco na rękach, po czym ponownie opadł nieprzytomny na łóżko. Wywołało to lekki uśmiech na twarzy młodszego z braci.
- Dzięki… - powiedział, a następnie pobiegł za Oyamadą, który już dawno znajdował się poza budynkiem.

♥♥♥

           Silva spojrzał zniecierpliwiony na zegarek. Walka powinna trwać już od niecałej minuty. Gdzie jest Yoh? – zastanawiał się. – Jeśli nie przybędzie w ciągu trzydziestu sekund, przegra walkowerem…
           W tym momencie na stadion wbiegł zdyszany Asakura. Wyglądało, że odległość z domu na arenę przebył sprintem. A znając treningi Anny, biegu tego nie powstydziłby się i sam Usain Bolt.
- Jestem! – zawołał chłopak. – Przepraszam za spóźnienie… Możemy zaczynać.
- Nic się nie stało. Dobrze, że jesteś – uśmiechnął się do niego członek rady.
           Zaraz potem nakazał przeciwnikom ustawić się na pozycjach. Zaledwie kilka sekund później wykrzyknął:
-  Walczcie!
           Natalie, tak jak ostatnim razem od razu utworzyła wielką kontrolę ducha i stanęła na grzbiecie swojego smoka. W tym samym czasie, Yoh wprowadził Amidamaru do harusame i Futsunomitama no Tsurugi (szkarłatnego ostrza dla niezorientowanych ^^). Ledwie w jego dłoniach pojawił się świetlisty miecz, przeciwniczka zaatakowała. Asakura odskoczył nieco do tyłu, gdy tuż obok jego uszu przeleciały dwa jasnoniebieskie promienie. Następne, aczkolwiek niezbyt potężne ataki były już bardziej celne. Właściciel pomarańczowych słuchawek nie miał jednak żadnego problemu z odparciem ich. Wiedział już, że blondynka ma zamiar użyć podobnej taktyki jak w przypadku Ryu.
- Amidamaru! Ostrze Aureoli! – krzyknął chłopak i posłał ku dziewczynie potężną dawkę foryoku. Ta, przyzwyczajona raczej do atakowania niż obrony, w ostatniej chwili wzniosła się wyżej na grzbiecie swojego ducha. Jednak mimo to, tylne nogi smoka zostały dość mocno uszkodzone. Wielki potwór stracił na moment koncentrację i ryknął wściekle. W jego oczach pojawiły się płomienie.
           Na ten widok, nastolatek wytworzył przed sobą tarczę. Miał szczęście, gdyż w tym momencie oberwał naprawdę silnym strumieniem ognia, wydobywającym się z paszczy bestii.
- Amidamaru… Nie poddawaj się… - szepnął do swojego stróża, zapierając się mocno nogami, aby nie odlecieć do tyłu. Po obu stronach chłopaka znajdowały się teraz płomienie.
- Yoh, musimy uwolnić się z tej pułapki, inaczej ona nas pokona – ostrzegł przyjaciela samuraj. Szatyn skinął głową. Wiedział o tym bardzo dobrze, a lekkie oparzenia na jego przedramionach i łydkach, były tego doskonałym dowodem.
- No to na trzy… Raz… dwa… trzy! – krzyknął chłopak i nagle wzbił się wysoko w powietrze. Dzięki pomocy Amidamaru, udało mu się wznieść na ponad dwadzieścia metrów i chwilowo zniknąć smokowi z pola widzenia.
- Co do…? – zaczęła Angielka, jednak nie zdążyła skończyć, gdyż tuż obok niej wylądował przeciwnik.
- Cześć Nat! – zawołał z rozbrajającym uśmiechem. – Sorry, że tak wpadam bez zapowiedzi. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?
           Natalie spoglądała na przeciwnika w osłupieniu. Właśnie znalazła się w dość nieciekawej sytuacji. Musiała coś jednak zrobić. Zebrała się w sobie i pewnie patrząc w oczy Yoh, zawołała do ducha:
- Late! Atak ogonem!
           Szatyn w jednej chwili został zmieciony z grzbietu potwora. Niestety, zręczność smoka w tym przypadku niewiele dała. Razem z chłopakiem, na ziemię spadła też panna Russo. To zaś poskutkowało zniszczeniem wielkiej kontroli ducha i zarazem utratą większości foryoku przez jasnowłosą.
- Nie mogę przegrać… - szepnęła do siebie Nat, myśląc o przyjaciółkach. Obie niestety nie zwyciężyły w swoich pojedynkach. – Dla Was, dziewczyny…
           W związku z niewielką ilością mocy szamańskiej, jaka jej pozostała, blondynka musiała ograniczyć się do zwykłej kontroli ducha. Wprowadziła smoka do wachlarza i od razu posłała ku Yoh silny atak.
           Asakura obronił go, jednak siła ciosu popchnęła go nieco w tył. Pora skończyć z obroną. Teraz moja kolej – pomyślał chłopak i krzyknął:
- Amidamaru! Niebiańskie cięcie!!
           To już był koniec walki. Natalie wykorzystała resztę foryoku do utworzenia słabej tarczy, jednak ta rozpłynęła się w kontakcie z silnym atakiem i niebieskooka odleciała jeszcze jakieś pięć metrów w tył.
- Wygrywa Yoh Asakura! – ogłosił Silva, a tłumy na widowni wręcz wstały z miejsc wiwatując. Nie to, że nikt nie kibicował Natalie. Po prostu wielbiciel cheeseburgerów w ciągu turnieju zdołał już zdobyć w wiosce niemałą sławę.
           Szatyn podszedł do leżącej na ziemi koleżanki. Bał się, czy przypadkiem nie zrobił jej krzywdy. Na szczęście, poza niewielkim guzem na głowie i kilkoma zadrapaniami, dziewczynie nic się nie stało.
- Świetna walka – powiedział właściciel pomarańczowych słuchawek pomagając jej wstać. – Serio, momentami byłem pewien, że przegram.
- Dzięki… - ku zdumieniu chłopaka, na twarzy tej wiecznie uśmiechniętej i wyluzowanej blondynki, pojawił się lekki rumieniec. Więcej nie zdołał już zaobserwować, bo pannę Russo dopadły przyjaciółki.
           Asakura wycofał się nieco, nie chcąc przeszkadzać członkiniom dawnej „The oak leaf team”. Odwrócił się i począł kierować ku wyjściu z areny.
- Ech… Szkoda, że cię tu nie ma… - westchnął Yoh, myśląc o swoim bracie. Jednak w tym momencie zobaczył, że ktoś czeka na niego przy brzegu areny. I nie, nie byli to Marco i jego „ekipa”…
- Hao! – zawołał uradowany chłopak i pobiegł w stronę bliźniaka, który podpierał się na ramieniu Lyserga. Zaraz potem rzucił się ognistemu szamanowi na szyję. No, może nie tak całkiem dosłownie, bo osłabiony Haoś takiego ciężaru mógłby nie udźwignąć… - Jak długo tu jesteś?
- Mniej więcej od połowy walki. Nie wiem co wydarzyło się na początku, ale jeśli było choć w połowie tak ciekawie jak później, nie mam żadnych zastrzeżeń – władca płomieni zdobył się na lekki uśmiech. – Gratuluję przejścia do półfinału.
- Brawo mistrzu! – rozległ się nagle głos Ryu. Cała NWG wkroczyła na arenę, chcąc pogratulować przyjacielowi zwycięstwa. Yoh uśmiechnął się. Tu, przy boku brata, w otoczeniu najważniejszych dla niego osób, czuł się niemalże tak szczęśliwy, jakby już wygrał cały turniej. Nie wiedział jednak, że wkrótce jego życie może się bardzo zmienić...

Przetrwaliście do końca? Szacun :D
Teraz pozostaje mi tylko spamik obrazkowy! Zdaje się, że tym razem większość osób wyraziła chęć zobaczenia Choco.. Z czego bardzo się cieszę, gdyż nasz komik zbyt często jest osobą pomijaną... ^^























Od razu uprzedzę, że w dwóch następnych notkach pojawią się pozostali członkowie drużyny "The Ren". Nie pomijajmy nikogo :D
Do następnego razu i jak to mówią we Francji, 
A plus!

piątek, 11 stycznia 2013

28. Jego prawdziwe oblicze

Ohayo! 
Na początku chciałabym od razu przeprosić za karygodne spóźnienie... Jednak w zeszłą środę, a także w następny poniedziałek i środę była (i będzie) rejonowa olimpiada. Więc nauka, zmęczenie.. Wszystko się kumuluje. Ale mogę obiecać, że postaram się poprawić w ciągu ferii zimowych.. Szkoda tylko, że będą one dla mnie dopiero od 11.02..:(
Dobra, nie zanudzam. Co do notki... Jestem w miarę zadowolona z końcówki, ale początek... Szkoda gadać.. Jednak chciałabym zadedykować ten rozdział kilku osobom... Po pierwsze wszystkim, którzy mieli ochotę zająć się Aku... W ten dobry i nieco gorszy sposób ^^ A także osóbkom, z którymi piszę na gg. Nawet nie wiecie jak bardzo poprawia mi to humor :D
Gomen'nasai, że zapomniałam o ankiecie.. Dlatego też mam dla Was kilka obrazków z całą naszą gromadką. Mam nadzieję, że znajdziecie wśród nich swoje... zamównienia xD

28. Jego prawdziwe oblicze


Manta biegł najszybciej jak potrafił, co rusz omijając nieco zdziwionych szamanów. Nie oglądając się za siebie, robił wszystko, aby jak najprędzej przekazać wiadomość Hao. Obejrzał się za siebie, jednak nikogo nie zobaczył. Czy możliwe, że nikt go nie ściga? Niezależnie od tego, nie miał zamiaru zwolnić. Omijał zaskoczonych pieszych, czasem nawet przebiegając im między nogami.
Był już bardzo blisko domu, gdy nagle, tuż przed nim, jak spod ziemi wyrosła jasnowłosa Szwedka z drużyny „€2”. Miała w rękach całkiem sporą sieć, otoczoną nieco bladoniebieską mgiełką foryoku. Uśmiechnęła się z tryumfem i rzuciła na chłopaka trzymany w rękach przedmiot do masowego połowu ryb (dzięki Spokoyoh za poetycki synonim xD). A przynajmniej miała taki zamiar.
Niespodziewanie, tuż przy jej nogach przeleciała jakaś brązowo-kremowa postać. Ciężko było od razu określić coś więcej, gdyż prędkość sprawiła, że kolory zupełnie się ze sobą pomieszały. W każdym razie, w efekcie, sieć upadła sobie spokojnie na piasek, a Manta znajdował się teraz kilka metrów dalej, razem ze swoim wybawicielem.
- Hao! – zawołał jasnowłosy, gdy po kilku sekundach otrząsnął się z zaskoczenia. Asakura jednak nie odpowiedział mu, tylko wstał i z pewnym zainteresowaniem począł przyglądać się zszokowanej dziewczynie, która gapiła się na leżący u jej stóp przedmiot jak kosmita na kapustę.
         Na widok ognistego szamana, Agnes nieco się przeraziła. Jednak zanim długowłosy zdążył cokolwiek powiedzieć, puściła się pędem z powrotem w kierunku swojej drużyny. Władca płomieni patrzył przez chwilę na uciekającą Szwedkę, po czym odwrócił się do Manty.
- Dlaczego ona cię goniła? – spytał.
- Ja… Hao, jest bardzo źle! Aku… On pertraktuje z tymi „Euro”! Widziałem jak ze sobą rozmawiali! No i jeszcze jego strój! Przecież ma te same kolory, co ich mundury! – wypowiedział szybko Oyamada.
- Co!? – zdenerwował się szatyn, po czym na jego twarzy pojawił się lekki strach. – Muszę jak najszybciej powiedzieć o tym Yoh!
         Zaraz po tych słowach, odsunął się nieco od Manty i zniknął w płomieniach.

♥♥♥

         Yoh siedział sobie nad stawem i czekał na przyjaciela. Aku obiecał mu, że załatwi coś w mieście i zaraz wróci. Spoglądając na spokojną wodę jeziorka, słuchawkowy rozmyślał o ostatnich wydarzeniach. W ciągu zaledwie kilku dni, Onaji stał się jego najlepszym przyjacielem. Ufali sobie bezgranicznie, byli jak bracia… No właśnie, bracia… Hao ostatnio jakoś inaczej się zachowuje. Aku sam zwrócił na to uwagę młodego Asakury. Wyraźnie widać, że coś się zmieniło. Dlaczego ognisty szaman nie jest taki jak dawniej…?
         W tym momencie, dał się słyszeć szelest krzaków za plecami wielbiciela cheeseburgerów.
- Spóźniłeś się nieco, Aku – zaśmiał się Yoh, odwracając głowę. Jednak, ku jego zdumieniu, osobą, którą zobaczył wcale nie był Onaji. – H-Hao…? – zdziwił się.
- Yoh, musisz mnie posłuchać, to bardzo ważne – powiedział poważnym tonem długowłosy i podbiegł do siedzącego bliźniaka. – Chodzi o Aku… On… nie jest z tobą do końca szczery.
- Co ty mówisz? – zdziwił się słuchawkowy, jednak w jego głosie słychać było lekkie rozdrażnienie.
- Powiedział ci może, że współpracuje z drużyną „Euro”?
- C-co…?
- To, co słyszałeś.
         Krótkowłosy zaniemówił. Spoglądał na brata z nieobecnym wyrazem twarzy. Musiał przemyśleć to, czego się dowiedział. I może nawet wyciągnąłby z tego jakieś wnioski, gdyby nie nagłe pojawienie się blondwłosego klona Hao na polance.
- Cześć Yoh! – zawołał z uśmiechem właściciel czarnej pelerynki, jednak wesołość wyparowała z niego w chwili, gdy zobaczył władcę płomieni.
- Aku… Ja… - zaczął niepewnie słuchawkowy, jednak po krótkiej chwili spiął się w sobie i na jednym wdechu powiedział – Hao mówi, że współpracujesz z drużyną Euro. To prawda?
- Że co? – „zdziwił” się Onaji, a następnie roześmiał. – Co to za bzdury? Ja z nimi?
- Manta widział, jak rozmawiałeś z ich przywódcą – wypowiedział oskarżycielskim tonem ognisty szaman.
- Chyba coś mu się przewidziało. Przecież to bez sensu! Ja miałbym z nimi współpracować?
- Wiedziałem, że mnie nie oszukujesz – uśmiechnął się Yoh. To było dla starszego Asakury za dużo.
- Yoh?! Wierzysz temu zakłamanemu oszustowi, a nie własnemu bratu!?
         Jego bliźniak trochę się zawstydził. Popatrzył na stojących obok, niemal identycznych szamanów. Spojrzał na chwilę w oczy Hao, wypełnione wściekłością i lekką goryczą. Zaraz potem chwycił za rękę blondwłosego towarzysza i rzekł:
- Chodźmy stąd, Aku. Chyba nie jesteśmy tu mile widziani.
         Władca płomieni stał jak sparaliżowany i nieobecnym wzrokiem patrzył na oddalającego się brata. Po kilku minutach po jego policzku spłynęła samotna łza.

♥♥♥

         Minęły trzy dni. Yoh zupełnie odłączył się od naszej gromadki. Wracał do domu jeszcze później, a wychodził zaledwie po kilku godzinach krótkiego snu. Anna przeprowadziła z nim jedną rozmowę, jednak po niej nie odzywała się właściwie ani słowem. W domu panowała jakaś dziwna, nieprzyjemna atmosfera. Horo stracił apetyt, Ryu zaczął przypalać jedzenie, Choco nie rzucał już głupimi żartami i chyba nawet Renowi zbrzydło mleko. Ucichły rozmowy i przyjacielskie kłótnie. Wszyscy byli w kiepskim nastroju, mimo że o treści rozmowy z młodym Asakurą dowiedzieli się tylko Manta i Anna.
         Hao zupełnie oderwał się od rzeczywistości. Cały czas miał nieprzytomne spojrzenie, prawie nic nie jadł i właściwie cały czas spędzał sam. Nikt nie wiedział, jak do niego dotrzeć. Nawet Oyamada, który ostatnio naprawdę zaprzyjaźnił się z długowłosym, nie miał pojęcia, co robić. Zwłaszcza, że tego dnia miała się odbyć walka „Drużyny Gwiazdy” z „€1”…

♥♥♥

- Nie! Opacho! – krzyknął Manta, obserwując z trybun jak Fernando Banavidez przymierza się do ostatecznego ciosu. Murzynek dotychczas uciekał przed potężnymi atakami Hiszpana, jednak teraz został otoczony przez całą zgraję małych byków.
         Wiele widzów wręcz wstało ze swoich miejsc. Chyba wszyscy zgodzimy się, że torturowanie małego chłopczyka nie jest czymś, na co można patrzeć obojętnym wzrokiem. Matki-szamanki pozasłaniały swoim dzieciom oczy, nie chcąc, aby widziały tak drastyczną scenę. Kilkaset par oczu skierowanych było teraz na osobę wysokiego bruneta, trzymającego w rękach czerwoną płachtę.
- Opacho… - szepnął ze strachem Hao, obserwując nieuniknioną klęskę swojego małego przyjaciela. Wiedział już wcześniej, że Opacho przegra. Nie miał szans z dorosłym, dobrze wyszkolonym szamanem. Pytanie brzmiało tylko „Czy przeżyje?”.
         Fernando zbliżał się z wrednym uśmiechem do przerażonej owieczki. W pewnym momencie rzucił okiem w stronę ognistego szamana. Widząc strach na twarzy Asakury, poczuł w sobie pewien tryumf. Zrobi to raz, a dobrze. Uniósł wysoko rękę, w której zmaterializował się czarny miecz z rogami zamiast tradycyjnego jelca.
- Opacho! Poddaj się póki możesz! – krzyknął w pewnym momencie Luchist, za co Hao w głębi duszy dozgonnie mu podziękował.
         Malec popatrzył pytająco na swojego mistrza, a gdy władca płomieni lekko skinął mu głową, cicho powiedział:
- J-ja… Poddaję się…
         Banavidez w ostatniej chwili wstrzymał atak tak, że ostrze znajdowało się zaledwie kilka centymetrów od główki murzynka. Był, delikatnie mówiąc, niezadowolony. Popatrzył wściekle na stojących przy brzegu areny członków „Drużyny Gwiazdy”, do których zdążył już dołączyć zapłakany Opacho. Mogło się wydawać, że Fernando zaraz pobiegnie tam, aby, nie zważając na przepisy turnieju, dobić swojego małego rywala. Jednak, gdy Silva (A co mi tam xD Dawno facet nie miał nic do roboty ^^) oznajmił zwycięstwo „€1”, Hiszpan odpuścił. Wzruszył tylko ramionami i ruszył do czekających na niego Antonia i Björna. Niedługo jednak miał okazję „cieszyć się” towarzystwem blondyna, gdyż zaledwie chwilę później sędzia wywołał następnych szamanów do pojedynku.

♥♥♥

         Yoh siedział na trybunach razem z Aku i z przejęciem przyglądał się walce. Znaleźli sobie miejsca w najwyżej położonym rzędzie. Wszystkie siedzenia tam oraz nieco niżej, były wolne, co szczerze mówiąc mogło niektórych zdziwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę świetną widoczność.
 Björn był bardzo silnym szamanem, jednak lata treningu u boku Hao sprawiały, że Luchist w niczym mu nie ustępował. Asakura oglądał niezwykle szybką wymianę ciosów. Cóż, tym razem Norweg nie trafił na łatwego przeciwnika.
- Myślisz, że uda mu się wygrać? – spytał szatyn.
- Gdyby mu się nie udało, „Drużyna Gwiazdy” odpadłaby z turnieju… - powiedział tylko blondyn, a na jego twarzy pojawił się przez krótką chwilę mściwy uśmiech. Słuchawkowy jednak tego nie zauważył, gdyż ani na moment nie przestawał obserwować pojedynku.
         Z każdą chwilą tempo ataków zwiększało się, jednak żaden z przeciwników nawet na sekundę nie zamierzał stracić panowania nad sobą. W pewnej chwili pastor przerwał grad strzałów, którymi dotychczas zasypywał wroga i w zamian za to utworzył wielką kontrolę ducha. Larsen, widząc przed sobą ogromną postać Lucifera, również postanowił wykorzystać nieco więcej foryoku. Po widowni aż przeszedł szum, gdy Björn stanął na ramieniu ogromnego wikinga, którego topór mógł mieć spokojnie kilkanaście metrów.
         Na chwilę wszystko ucichło. Przeciwnicy wpatrywali się w siebie bez mrugnięcia okiem. I nagle obaj zaatakowali. Po arenie rozszedł się przeraźliwy zgrzyt, gdy bronie obu duchów skrzyżowały się, blokując wzajemnie. Wszystko było już przesądzone – ten, który pierwszy opuści oręż lub popełni najmniejszy błąd, przegra. Używając całej swojej mocy, Luchist i Björn naparli na siebie. Przepychanka trwała już dość długo, a na twarzach obu szamanów pojawiły się kropelki potu. Żaden nie chciał ustępować, lecz w pewnym momencie… Trzask! Oślepiająco białe światło na kilka sekund oślepiło wszystkich widzów.
- Co tam się dzieje…? – spytał nieco wystraszony Yoh, zakrywając oczy dłonią, aby osłonić się przed blaskiem.
- Któryś z nich przegrał… - odparł Aku, który o dziwo w żaden sposób nie próbował się bronić przed utratą wzroku.
- Ktoś tam stoi – powiedział po chwili Asakura, gdy dało się już w miarę normalnie oglądać wydarzenia na arenie. – To… Luchist!
         Na te słowa, Onaji skrzywił się niezadowolony i burknął pod nosem coś, czego kulturalny szaman raczej by nie powiedział. Jednak i tym razem słuchawkowy nie zwrócił na to uwagi.
         Rzeczywiście, gdy światło zniknęło, dało się zobaczyć pastora stojącego na środku stadionu i leżącego tuż obok Norwega.
- Zwycięża Luchist Lasso z „Drużyny Gwiazdy” – oznajmił Silva, a identyczny komunikat pojawił się na ekranie. – W finałowej walce zmierzą się Hao Asakura i Antonio Pessimo!
         Na dźwięk imienia Hao, Yoh zasmucił się nieco. Każda myśl o bracie sprawiała mu ból. Dlaczego ognisty szaman tak chciał skłócić go z Aku…? Przecież niemożliwe, aby…
         Spojrzał na siedzącego obok blondyna. Ten odwzajemnił gest, po czym rzucił na moment okiem w stronę przygotowujących się do pojedynku szamanów i uśmiechnął się. Jednak coś było nie tak. To był przebiegły uśmiech.
- Królu Duchów… Co ja zrobiłem… - Zdążył tylko szepnąć ze strachem Yoh.

♥♥♥

         W tym samym momencie Hao i Antonio ustawili się na pozycjach. Kilka sekund później Silva krzyknął „Start!”. Władca płomieni nie miał zamiaru patyczkować się z przeciwnikiem i od razu utworzył w dłoni ognisty miecz. Jednak Pessimo nie ruszył się ani o milimetr. Nigdzie też nie było widać jego ducha stróża. Asakura, mimo iż z całego serca pragnął zwyciężyć Włocha, nie miał zamiaru atakować bezbronnego.
- Co jest, Hao? – zakpił brunet. – Boisz się mnie zaatakować?
- Nie masz nawet broni w ręce. A ja mam swój honor. Gdzie twój duch?
- Dobre pytanie… - przywódca grupy „Euro” uśmiechnął się tajemniczo. – Ale ja mam jeszcze lepsze. Gdzie jest twój braciszek…?
         To zupełnie zaskoczyło długowłosego. O co może chodzić? Antonio odwrócił głowę i spojrzał w górę trybun. Hao podążył za jego spojrzeniem. I nagle zamarł. Onaji trzymał Yoh i jedną ręką przykładał mu nóż do gardła.
- Hao Asakura, poznaj Aku. Jest moim duchem stróżem.

Wiem, wiem. Przerwałam w ciekawym momencie ;) Ale trzeba budować napięcie, prawda? ^^
Mam dla Was pewien bonus... Powiedzmy, że to alternatywna wersja pewnej sceny, która zrodziła się w mojej głowie i... troszkę namieszała... Chodzi konkretnie o scenę walki Bjorna i Luchista...
Na chwilę wszystko ucichło. Przeciwnicy wpatrywali się w siebie bez mrugnięcia okiem. I nagle... oba duchy niemal w tym samym momencie wysunęły swoje prawe ręce przed siebie.  Lucifer zacisnął swoje szpony w pięść, a wiking pokazał tylko wskazujący i środkowy palec.
- Kamień tępi nożyczki. Wygrałem - uśmiechnął się Luchist.

Wiem, scena jest co najmniej dziwna... Teraz obrazki






I to tyle :D Życzę miłego spędzenia ferii, niezależnie czy zaczynają się teraz czy dopiero za kilka tygodni :D
PS: Będę pracować w spisie blogów SK, który startuje mniej więcej w połowie lutego. Zainteresowani wstawieniem swojego bloga do spisu, będą już wkrótce mogli kontaktować się z wykonawcami ^^