Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

35. Wyjątkowo pechowy spacerek...


Yyy... Cześć? Pamięta mnie ktoś jeszcze?
Nie wiem, co powiedzieć.. To była najdłuższa przerwa w mojej karierze -.- Rozdział pisało mi się fatalnie.. Brakowało mi weny, motywacji i czasu.. Jak nie zadania domowe, to przygotowania do konkursu ze Zwiadowców (W którym, tak na marginesie zajęłam całkiem niezłe miejsce :D Warto było!).. Ogółem, miałam sporo na głowie.. Mam nadzieję jednak, że mnie nie zlinczujecie..
Dobra, głowa mnie boli, spać mi się chce.. Nie będę się rozpisywać :) Dedykacja dla... wielbicieli wiewiórek, gołębi i skowronków, bo.. to fajne stworzenia :D
Na koniec obrazki z Renem, a w rozdziale 36 spodziewajcie się Nichroma (nazbierałam na tę okazję dość dużo obrazków ^^) Czekam na zamówienia odnośnie 37 :)

35. Wyjątkowo pechowy spacerek...

- Ile tu jeszcze będzie tego paskudztwa?!
- Hao! Uważaj, za tobą! – krzyknął Yoh ze strachem w oczach, pokazując palcem na stworzenia latające koło prawego ucha długowłosego.
- To nie jest śmieszne – odparł Hao, podpalając kolejną setkę komarów, które jak na złość musiały się go uczepić. Oczywiście braciszek miał z tego niezły ubaw.
- Moim zdaniem jest – wyszczerzył się krótkowłosy.
- Jak to możliwe, że po mojej stronie jest jakaś setka jezior i jedno wielkie bagno, a ty sobie spokojnie idziesz po lesie?
           Młodszy z bliźniaków tylko wzruszył ramionami i rozejrzał się.
           Od kilkunastu godzin szli wzdłuż oddzielającej ich od siebie poświaty. Jak do tej pory, Hao miał wyjątkowego pecha. Zaczęło się od ataku wściekłego szopa, a skończyło na brodzeniu po kolana w błocie z armią krwiożerczych komarów dookoła. Yoh zaś cały czas szedł sobie spacerkiem po lesie, raz po raz natykając się na krzaki malin czy jagód. Jedynymi zwierzętami, jakie do tej pory spotkał na swojej trasie, były dwie wiewiórki, przyglądające się mu z zainteresowaniem z drzewa oraz kilka skowronków, umilających mu podróż swoim śpiewem.
- Wiesz, powinieneś zacząć dostrzegać przyjemniejsze aspekty… Przynajmniej nie pada deszcz…
           Wtedy, jak na zawołanie, część nieba nad głową Hao pokryła się ciemnymi chmurami. Silny wiatr zwiał nieostrożne komary, ku lekkiej uldze długowłosego. Zadowolenie to nie trwało jednak długo, gdyż zaraz potem zaczął padać deszcz tak ulewny, jakby ktoś co chwila wylewał na jego głowę wiadra zimnej wody.
           Ognisty szaman wycelował palec w brata, który przyglądał mu się z głupkowatą miną.
- Powiedz jedno słowo, a… - zaczął, jednak dokończenie uniemożliwił mu pewien odruch bezwarunkowy. - Aaaa… Psik!
- Na zdrowie!
           Władca płomieni mruknął tylko w odpowiedzi i szepnął coś do unoszącego się nad jego głową Ducha Ognia (oczywiście w formie zielonookiego płomyczka ^^). Stworzonko zamrugało tylko w odpowiedzi. W tym momencie w miejscu deszczu zaczęło pojawiać się coraz więcej pary, zmieniając otoczenie Hao w coś w rodzaju niezbyt ciepłej sauny parowej. Chłopak uśmiechnął się z pewną satysfakcją do bliźniaka.
- Jesteś pewien, że to był dobry pomysł? – spytał po kilku krokach Yoh. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
- Tak… A co?
- Nic… - odpowiedział niewinnie właściciel pomarańczowych słuchawek.
           Zachowanie wielbiciela cheeseburgerów niezbyt spodobało się ognistemu szamanowi. Czyżby o czymś zapomniał? Ledwo co o tym pomyślał, zapadł się po pas w błotnistej kałuży. Nie widział jej wcześniej, gdyż pole widzenia zostało bardzo zmniejszone przez białą mgłę.
           Hao spojrzał na uśmiechającego się brata.
- Nic już nie mów…

♥♥♥

           Tymczasem przed siedzibą rady zebrał się całkiem spory tłum ludzi, niezadowolonych z braku możliwości obserwowania finału. Nie po to w końcu zostawali w Patch tak długo, by czekać bezczynnie na wynik!
           Wśród nich znaleźli się także Manta oraz Faust. Właściwie to nekromanta nie wyglądał na zbyt przejętego całą sprawą. Był tu z prośby Silvy, któremu zależało na zapewnieniu opieki medycznej w razie ewentualnych zamieszek. Tak, przyznać trzeba, że sytuacja stała się naprawdę groźna…
- Pokażcie nam finał! – krzyczało kilka osób.
- Chcemy zobaczyć walkę! – wołały inne.
- Żądamy zwrotu pieniędzy! – wrzeszczał jakiś wysoki szaman, nie do końca wiadomo czemu.
- Jakich pieniędzy? – zdziwił się Manta. – Przecież nikt nie płacił nic za oglądanie finału…
- Jakich…? – mężczyzna ewidentnie się zmieszał. – W sumie… Nie wiem… Wkręciłem się – wzruszył ramionami i wrócił do nawoływania. Na wszelki wypadek, Manta wycofał się na bezpieczną odległość.
           On sam też bardzo chciał zobaczyć zmagania Hao i Yoh w finale. Mimo, że nie wyobrażał sobie, jak miałaby wyglądać ich walka. Bądź, co bądź, nie stanęli przeciw sobie w pojedynku od czasu pamiętnego dnia, kiedy X-laws zabrali ognistego szamana.
- Yyy… Przepraszam…! – odezwał się ktoś z tyłu, jednak nikt go nie słuchał.  
- To członkowie rady mogą sobie oglądać finał, a my mamy tu czekać bezczynnie!? – wrzasnął mężczyzna stojący bardziej z przodu.
- Nie! – odpowiedział tłum.
- Chodźcie ludzie! – zawołał znowu. – Zobaczymy finał na telewizorze rady!
- Tak! – zgodzili się z nim szamani, po czym cała grupa, licząca sobie jakieś kilkadziesiąt osób, ruszyła w stronę siedziby Patch Tribe.
           Manta nie wyobrażał sobie, jak cały ten tłum miałby zmieścić się przed tym niewielkim, wiecznie psującym się telewizorkiem. Po wymienieniu porozumiewawczego spojrzenia z Faustem, obaj ostrożnie poczęli się wycofywać.
           Widok tych wszystkich szamanów, próbujących się wcisnąć przez niewielkie drzwiczki był dość… interesujący. Oyamada zastanawiał się, jak muszą się czuć osoby przyciśnięte przypadkiem do chropowatej ściany…
- Przepraszam! – zawołał ktoś z tyłu, jednak ponownie nikt nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Tylko nekromanta zdał sobie sprawę, że jakiś metr za nimi stoi wystraszony całym zamieszaniem Tallim. Wyglądało na to, że był tam już od pewnego czasu.
- Coś się stało? – spytał beznamiętnym głosem Niemiec.
- Ja chciałem tylko powiedzieć, że telebim jest na arenie… I że nie trzeba się…
           Urwał, bo w tym momencie jedna z drewnianych kolumn, przytrzymujących daszek nad wejściem do budynku siedziby rady, złamała się, przez co na tłum spadła dość duża płachta materiału. Chwilę potem, z zawiasów wypadły drzwi. O okiennicach nie było już nawet sensu wspominać, gdyż dawno zniknęły pod nogami wściekłych szamanów. Nie minęła minuta, a na ziemię z brzękiem spadła też tabliczka informująca o przeznaczeniu budynku.
- …pchać… - szepnął Tallim ze strachem, oczami wyobraźni widząc już reakcję Goldvy.

♥♥♥

           Minęło kilka godzin i obaj bracia przeprawiali się teraz przez pustynie. Jednak, o ile w przypadku Hao była to gorąca, piaszczysta pustynia, o tyle Yoh trafiła się pustynia lodowa. Toteż na obecną chwilę każdy z nich marzył, by znaleźć się na miejscu tego drugiego.
- Z-zi-zim-mn-no… - szepnął sam do siebie właściciel pomarańczowych słuchawek, klepiąc się do ramionach, by pobudzić krążenie. Szczękały mu zęby, a każdy wydmuchany przezeń obłoczek pary, niemal natychmiast zamieniał się w lód.
- Za… ciepło… - westchnął tylko ognisty szaman, wycierając pot z czoła. Nie dość, że słońce go oślepiało, to jeszcze musiał uważać by nie stanąć przypadkiem na skorpiona. A pajęczaki te w tym wymiarze osiągały naprawdę sporą wielkość.
           Jednak pomimo gorąca, które tępiło wszystkie zmysły, Hao wciąż przeklinał w duchu tą paskudną ścianę, która nie pozwalała mu pomóc bratu. Przecież wystarczyłaby sama obecność Ducha Ognia, by Yoh zrobiło się cieplej… Przecież jak tak dalej pójdzie, to chłopak odmrozi sobie wszystkie kończyny! Hao tak bardzo chciał go teraz przytulić, pocieszyć, rozgrzać…
- Jak się trzymasz, Hao? – usłyszał nagle głos bliźniaka. Jego twarzyczkę, poza czerwonym nosem i policzkami, zdobił jak zawsze szeroki uśmiech. „Niesamowite…” - pomyślał długowłosy – „Jak on to robi, że zawsze zachowuje spokój i pogodę ducha…?”
- Jakoś leci… - odpowiedział. – Nawet mam nowego przyjaciela… - dodał, wskazując na nietypową, pustynną jaszczurkę, która przyczepiła mu się do pelerynki i jak na złość nie miała zamiaru zejść.
- A mi się trochę za gorąco zrobiło… Nie wiesz może czy gdzieś tu nie sprzedają klimatyzatorów? – Żart nie był może najwyższych lotów, ale mimo to sprawił, że Hao uśmiechnął się lekko.

♥♥♥

- Brr… Aż mi zimno jak na nich patrzę… - powiedziała Pirika, spoglądając na telebim. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, odruchowo pocierała dłońmi o ramiona, tak jakby chciała się rozgrzać.
- Patrząc na Hao, aż mam ochotę wskoczyć do basenu z lodem… - dodała Jun, siedząca tuż obok.
           Na trybunach zebrał się już całkiem spory tłum, który i tak w każdej chwili się powiększał. Ogromny ekran, który mógł mieć spokojnie dwadzieścia metrów kwadratowych powierzchni, podzielony był na dwie połowy. Po lewej stronie pokazywane były zmagania Hao, po prawej Yoh. Momentami, kiedy silniejszy powiew wiatru wzbijał śnieg lub piasek w powietrze, ciężko było odróżnić, który z Asakurów jest który.
- Jak to możliwe, że jeszcze nie zamarzł? Ja bym już dawno zamieniła się w kostkę lodu… - powiedziała panna Usui. W jej oczach widać było współczucie.
- Myślę, że pomogły treningi Anny… - uśmiechnął się Lyserg. – Skoro wytrzymał to, wytrzyma wszystko.
- A zdaje się panna Anabelle też nie pozwalała Hao się obijać – dodał John.
           Nagle, co najmniej połowa widowni wstrzymała oddech. Yoh w ułamku sekundy zapadł się pod ziemię. I to dosłownie. Wpadł do głębokiej dziury, wcześniej ukrytej pod grubą warstwą śniegu.
- Nie! – pisnęło kilkoro dziewcząt.
- Yoh! – wrzasnęli jak jeden mąż wszyscy przyjaciele Asakury.
           Hao również musiał usłyszeć krzyk brata, gdyż zatrzymał się i z przerażeniem spojrzał w stronę bliźniaka. Zawołał coś do niego, jednak wśród szumu i świstu wiatru, nie dało się rozróżnić słów. Widać było jednak, jak długowłosy usilnie stara się przedostać na drugą stronę „muru”. Niestety, ani podlatywanie bardzo wysoko, ani teleportacja nie dawały oczekujących rezultatów. Wściekły władca płomieni kopnął kamień, chcąc w ten sposób rozładować gniew. Jak na złość niewielka skałka okazała się cięższa niż na pierwszy rzut oka… Nie dość, że starszy z Asakurów dość boleśnie uderzył się w przód stopy (specjalnie na finał ubrał zwykłe adidasy), to jeszcze obudził wygrzewającą się w słońcu kobrę.
           Niezadowolony z pobudki wąż, skoczył do ataku. Hao ocaliła tylko szamańska zręczność, bo kły jadowe ominęły jego ramię o zaledwie kilka centymetrów. Zaraz po wykonaniu uniku, długowłosy odwrócił się. W ostatniej chwili, bo gad zaatakował ponownie. Na szczęście, Duch Ognia czuwał nad swoim szamanem. Gdy kobra wyskoczyła, czerwony potwór zamienił ją w garstkę popiołu.
           Hao, którego oddech gwałtownie przyspieszył podczas krótkiej walki, dopiero teraz odetchnął z ulgą. Zaraz zdał sobie jednak sprawę z niebezpieczeństwa, które groziło Yoh. Odwrócił się w stronę brata w momencie, gdy ten wystrzelił z dziury w lodzie niczym kaskader z armaty w cyrku. Właściciel pomarańczowych słuchawek trzymał w ręku wielkie podwójne medium. Jak widać, nie tylko nad Hao czuwa duch stróż…
- Wszystko gra?! – zapytał Hao, próbując przekrzyczeć odgłosy wiatru, kiedy tylko jego brat wylądował na ziemi.
- Nie! Zarysowały mi się słuchawki… - zapłakał Yoh.
           Szamani, którzy na widok atakującego węża wręcz wstrzymali oddech, teraz tylko westchnęli. Kilka osób dodatkowo przejechało dłonią po twarzy. Miłość młodszego Asakury do jego pomarańczowej ozdoby włosów, była znana w całym Patch.
- To wyglądało groźnie… - szepnęła Tamao. W jej oczach wciąż było widać lekki niepokój.
- Nie martw się o nich – uśmiechnął się do niej Lyserg. – Wiesz, jacy są… Prędzej bałbym się o Króla Duchów…

♥♥♥

           Tę noc bliźniacy spędzili na niewielkiej łączce. Mieli szczęście, że udało im się opuścić niegościnne obszary przed zapadnięciem zmroku.
           Wstali o świcie, po czym zjedli niewielkie śniadanie składające się z dziwnych, aczkolwiek bardzo smacznych różowych owoców, które rosły na krzaczkach dokoła. Miały słodki, momentami kwaskowaty smak, ale wystarczyło zjeść dwa, by być najedzonym. Nie do końca pewni, kiedy znów natrafią na coś równie pożywnego, bracia zabrali po kilka sztuk na zapas.
           Szli teraz już od jakichś dwóch godzin. Słońce nie świeciło zbyt mocno, a na niebie zebrało się trochę chmur. Bliźniaków otaczała też mgła, nieco zmniejszająca pole widzenia. Mimo to, było całkiem ciepło. Otoczenie nad wyraz podejrzane… Pomimo sielankowej atmosfery, żaden z Asakurów nie tracił koncentracji. Wiedzieli już, że nawet chwila nieuwagi może się skończyć tragicznie.
- Hej, Hao! – zawołał Yoh do brata, wskazując niewyraźny kształt przed nimi. – Widzisz to, co ja?
           Długowłosy przyłożył dłoń do czoła, by lepiej widzieć. Jakieś kilkaset metrów przed nimi znajdowała się jakby ciemnoszara skała. Jej nieco zamglony zarys, odcinał się znacząco od białego, pochmurnego nieba.
- Wygląda jak zarys jakiejś góry… - odparł ognisty szaman po chwili obserwacji.
- Chodź, zobaczymy! – zawołał wielbiciel cheeseburgerów i przyspieszył do truchtu.
           Chwilę potem, obaj znaleźli się przed wysoką na kilkanaście metrów ścianą z czarnej skały. Wyglądało to jak koniec trasy.
- Yyy… Co dalej?
- Nie mam pojęcia…
           Rozejrzeli się. Skała była zupełnie gładka, więc wspinaczka odpadała. Czyżby Król Duchów chciał, aby nad nią przelecieli? Ledwo co zadali sobie takie pytanie, jakby znikąd rozległ się głos:
- Bracia Asakura, przed wami przedostatnia próba. Skoro doszliście tutaj, oznacza to, że macie wystarczającą wytrzymałość fizyczną. Teraz sprawdzimy na ile jesteście wytrzymali psychicznie.
           W tym momencie, w ścianie pojawiły się dwa wejścia, po obu stronach świetlistego muru. Wyglądały zupełnie jak…
- Jak Yomi… - powiedział cicho Yoh, spoglądając na nowo powstałą jaskinię.
- Po drugiej stronie czeka na was prastara arena, gdzie stoczycie walkę. Powodzenia – zakończył tajemniczy osobnik.
           Bracia spojrzeli po sobie niepewnie. Yomi była przecież bardzo niebezpiecznym miejscem, gdzie zapominało się o wszystkim…
- To… Do zobaczenia po drugiej stronie… - zaczął Hao, po czym zbliżył się do prawie przezroczystej ściany i położył na niej dłoń. Yoh zrobił to samo z drugiej strony. Niby niepozorny gest, jednak obu dodał sił.
- Tak, na razie – uśmiechnął się krótkowłosy.
           Stali tak jeszcze przez minutę, po czym oddalili się i w tym samym momencie weszli do jaskini. To, co na nich czekało, okazało się być jednak dużo gorsze niż przypuszczali…

 Teraz obrazki z paniczem Tao :D
Uznałam, że tym razem pojawi się w towarzystwie siostrzyczki i.. kogoś jeszcze :D
http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=665198

http://bbznet.pukpik.com/scripts2/view.php?user=sktfcboard&board=3&id=10&c=1&order=numview



http://shaman-king-love.deviantart.com/art/Ryu-and-Len-colour-116739939?q=gallery%3Ashaman-king-love%2F26309629&qo=20

http://hao-hime.deviantart.com/art/Ren-191783690?q=gallery%3Ahao-hime%2F40350679&qo=7

http://www.zerochan.net/876398



 Przypominam jeszcze o działalności Spisu SK, gdzie jestem jedną z autorek :) Jeżeli posiadasz bloga o SK - czynnego lub zakończonego, zgłoś się do nas :D http://sk-spis.blogspot.com/
Przy okazji.. Co sądzicie o nowym wyglądzie bloga? :)

 Bay!

czwartek, 14 marca 2013

Spis Blogów!

Siemka, z góry przepraszam, ale tym razem to nie jest ani rozdział, ani notka :(
Chciałabym w imieniu swoim i całej ekipy poinformować o otwarciu Spisu Blogów SK ^^ 



Mam nadzieję, że wszyscy zaangażujecie się w spis, aby nowi szamani nie mieli już teraz kłopotów z odnajdywaniem opowiadań o naszym ukochanym anime :)

Ach, i jeśli byście mogli.. *słodkie oczka* Zanim zaczniecie zadawać tryliardy pytań, zapoznajcie się z regulaminem, dobzie? 
A żeby nie było tak nudno, to dodam kilka obrazków :D 
Przypominam, kliknij, by powiększyć ^^







Za ten obrazek wielkie podziękowania dla Spokoyoh <3 Wszystkie te heteliowo-szamańskie obrazki są nieziemskie, kochana! :D


Do zobaczenia w spisie :D

sobota, 9 marca 2013

34. Ostatni krok przed finałem



Dobra, dzisiaj wstęp będzie bardzo krótki... 
1. Po pierwsze przepraszam za zwłokę... Jakoś nie miałam weny i motywacji, żeby pisać.. :/
2. Z rozdziału zbyt zadowolona nie jestem... Jakiś taki mdły mi się wydaje...
3. Na koniec obrazki z Horo, po czym spodziewać się możecie Rena i Nichroma. Zamówienia na obrazki pod rozdziałem 37 możecie składać w komentarzach lub na gg ;)
4. Zapraszam do czytania ^^

34. Ostatni krok przed finałem

- Choco! Ruszże się wreszcie, bo się spóźnimy! – mruknął Ren, opierając się o framugę drzwi wejściowych. – Czekamy tu już z dziesięć minut!
- Chwila, chwila! – zawołał z sąsiedniego pomieszczenia komik i po chwili pojawił się w korytarzu niosąc ogromną stertę… różności. Było tam niemalże wszystko: ogromny kubeł popcornu, trzy wielkie, piankowe dłonie (takie jak na meczach baseballu ^^), chorągiewki, proporczyki, czapki z twarzą Yoh, gwizdki, trąbki kibica, a także jakiś poskładany, dziwny materiał.
- Po co ci to? – zdziwił się Horo, w ostatniej chwili ratując przed upadkiem słoik z cukierkami w kształcie dzwonków wyroczni.
- Jak to po co? Kumpel ma walkę, nie? – oznajmił Amerykanin, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
           Fioletowowłosy tylko przejechał dłonią po twarzy. Jednak nie zdążył nawet wygłosić uwagi o minusowym poziomie IQ towarzysza, gdy ten władował mu swój bagaż do rąk. Zanim Ren zdołał cokolwiek zrobić, McDonnel pobiegł do sąsiedniego pokoju po kolejną porcję, którą tym razem władował do rąk niebieskowłosemu. Wśród różnorodnych rodzajów słodyczy, które przypadły Usuiemu do noszenia, wyróżnić się dało trzy torebki jogurtowych cukierków „Smak Króla Duchów”, kilkanaście lizaków w kształcie członków rady, wielką torbę pianek oraz najróżniejsze rodzaje batonów i czekoladek, będące typowymi podróbkami tych, spotykanych ot choćby w naszych sklepach („Prince-Karim”, „Patchers”, „Radimki” ^^).
- To wy już idźcie, a ja dołączę do was za chwilę! – oznajmił komik i wybiegł z pomieszczenia zostawiając kolegów z wielką górą różności do noszenia.
- Nie! Ja nie mam zamiaru tego nosić! – zdenerwował się Ren i cały jego ekwipunek wylądował z głośnym trzaskiem na ziemi.
- A co? – uśmiechnął się wrednie Horo, wyglądając zza swojej sterty. – Jesteś osłabiony i nie możesz nosić ciężarów? – dodał, spoglądając na bandaż, którym owinięty był brzuch towarzysza.
           Fioletowowłosy toczył ze sobą wewnętrzną walkę. Nie mógł przecież przyznać się do słabości! W końcu jest potomkiem rodu Tao! Może i nie wygra turnieju, ale to nie znaczy, że nie jest silniejszy od jakiegoś głupka z północy! Jednak z drugiej strony…
- Tak, ta rana ciągle mi dokucza. Jednak te przedmioty muszą dotrzeć na stadion…
           Snowboardzista nie powiedział już nic, bo w tej chwili jego „ładunek” został podwojony przez bardzo zadowolonego z siebie Tao.

♥♥♥

           Ledwo co drużynie „The Ren” udało się zająć miejsce na trybunach i rozłożyć ze swoim ekwipunkiem (Co, tak na marginesie, nie było wcale łatwe…), Karim ogłosił początek walki. Yoh i Luchist utworzyli kontrole ducha i stanęli naprzeciw siebie, oczekując na pierwszy cios przeciwnika. Wszyscy widzowie wlepili w nich wzrok. No, prawie wszyscy…
- Przepraszam pana – zza pleców Horo odezwał się nieśmiały głosik. Niebieskowłosy odwrócił się, niezadowolony, że ktoś mu przeszkadza. Jednak, gdy zobaczył, z kim ma do czynienia, jego wyraz twarzy złagodniał.
- Tak? – spytał, spoglądając na małą, może pięcioletnią dziewczynkę o dużych, błękitnych oczkach, która patrzyła na niego zawstydzona.
- Czy mógłby pan zdjąć ten hełm…? Trochę mi zasłania…
           Z początku chłopak nie zrozumiał, o co chodzi. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ma założony kask z dwiema puszkami Patch-Coli, który dał mu Choco. Uśmiechnął się przepraszająco do dziecka i zdjął owo nietypowe nakrycie głowy.
- Oczywiście, przepra… - zaczął Usui, gdy nagle cała widownia wydała głośny okrzyk. Niebieskowłosy odwrócił się szybko i zobaczył leżącego na ziemi Yoh, bez kontroli ducha.
           Myślał, że to już koniec. Luchist wygrał, a jego przyjaciel stracił całe foryoku. W tym momencie jednak, właściciel pomarańczowych słuchawek wstał, otrzepał się i ponownie wprowadził Amidamaru do dwóch mieczy. Podwójne medium chwilowo oślepiło wszystkich swoim blaskiem.
- Co do…? – zdziwił się Ren, spoglądając na rozjarzoną broń szatyna. Na jego niedokończone pytania odpowiedziała Anna:
- Poziom foryoku Yoh bardzo wzrósł w ostatnich dniach.
- Ale jak to możliwe? Przecież… - zaczął Lyserg, jednak wtedy siedzący obok niego John dyskretnie wskazał mu Hao. Zielonowłosy potaknął. Wszystko jasne.
           Luchist przyglądał się rywalowi z podziwem. Co prawda wiedział, że brat jego mistrza jest silny, jednak nie sądził, że aż tak. Tymczasem okazało się, że poziom jego energii szamańskiej wciąż jeszcze jest wysoki.
           Lucifer, na którego ramieniu stał dawny członek „Drużyny Gwiazdy”, był już nieco osłabiony. Wcześniej otrzymał dość sporo ciosów, a i kontrola ducha pastora została złamana dwa razy. Właściwie, to mężczyzna sam się zdziwił, że jeszcze nie przegrał. Cóż, najwidoczniej walka u boku Hao Asakury ma więcej zalet niżby się mogło wydawać.  
           Tymczasem, Yoh wzbił się wysoko w powietrze i zadał dobrze wymierzony cios prosto na ramię ducha przeciwnika. Eks-arcyduchowi udało się jednak odeprzeć atak, przez co właściciel pomarańczowych słuchawek odleciał kilkanaście metrów do tyłu.
- Hej! Co się dzieje? Tak nie powinno być! – Sytuacja coraz mniej podobała się Choco. Z emocji, komik wręcz podskakiwał na swoim siedzeniu. – Yoh potrzebuje naszego dopingu! Dalej chłopaki!
           Po tych słowach, Amerykanin sięgnął pod ławkę i wyciągnął jakiś poskładany materiał. Zaraz potem zabrał się do pracy. Rozciągnął płachtę jak najmocniej i nakazał ją przytrzymać czterem szamanom. Na trybunach pojawił się wielki obraz z głową młodego Asakury. Na jego widok, walczący nastolatek uśmiechnął się i z nieco pewniejszą miną przystąpił do kolejnego ataku.
           Niestety, nie wszyscy mieli tu powody do radości…
- CHOCO!!! – zezłościł się Ren, któremu nagle zgasło światło. – Zabierz to natychmiast!!
           McDonnel zignorował „prośbę” towarzysza, co przyczyniło się do jeszcze większego zdenerwowania fioletowowłosego. Czub na głowie Chińczyka zaczął niebezpiecznie drgać, przypadkowo robiąc dziurę w tkaninie. Nikt takiego obrotu sprawy się chyba nie spodziewał. A już tym bardziej ciemnoskóry chłopak…
- Ren! Wiesz ile kasy na to wydałem?! – spytał wielce urażony, lecz widząc niezbyt zadowolone twarze pozostałych kibiców, odpuścił i począł z powrotem zwijać płachtę. W sumie, i tak miał szczęście, że wśród osób, które nagle utraciły widoczność, nie znaleźli się Anna i Hao… To by dopiero była masakra…
           Tymczasem Yoh, z nieco większą pewnością siebie ruszył do kolejnego ataku. Luchist wyglądał na mocno zmęczonego. Odpieranie ciosów Asakury wcale nie było proste. Szatyn wyskoczył wysoko w powietrze i krzyknął:
- Amidamaru! Ostrze aureoli!
           Atak w postaci złotej smugi z ogromną prędkością poszybował na Lucifera. Dawny członek „Drużyny Gwiazdy” nie miał szans się obronić. Łuna foryoku trafiła prosto w „brzuch” jego ducha, przecinając go na pół. Czarnowłosy upadł na ziemię czując, że to koniec. Był wyczerpany i jedyne o czym marzył, to odpoczynek. Walka nie łączyła się bowiem tylko z wysiłkiem fizycznym. To było w tym przypadku najmniej ważne. Opanowanie i silny umysł liczyły się tu najbardziej.
- Zwycięża Yoh Asakura! Mamy pierwszego finalistę! – obwieścił sędzia. Publiczność wręcz oszalała. Głośne wiwaty odbijały się echem po stadionie, jakby widzów było co najmniej pięć razy więcej.
           Hao przyglądał się temu z ogromną dumą. Yoh, jego mały braciszek dostał się do finału wielkiego turnieju szamanów… Władca płomieni nie potrafił wyrazić swojego szczęścia słowami. Tak bardzo zależało mu, by jego bliźniak spełnił swoje marzenie. Nic inne nie liczyło się dla niego bardziej niż ten radosny uśmiech na twarzy właściciela pomarańczowych słuchawek.
- Brawo Yoh! – darł się ognisty szaman. Miał właśnie teleportować się na arenę, gdy zobaczył coś dziwnego.
           Tuż za krótkowłosym pojawiła się dziwna postać, otoczona jakby złotą poświatą. Kształtem przypominała nieco olbrzymiego ptaka. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, zwierzę rozłożyło ogromne skrzydła i otoczyło nimi zaskoczonego zwycięzcę walki. Zaraz potem zniknęło wraz z nim, pozostawiając po sobie tylko złoty pył. Całe zdarzenie trwało zaledwie kilka sekund.
           Hao stał zszokowany na trybunach, opierając się o barierkę, by nie upaść. Minęło kilka minut, jednak prócz coraz większej ilości szeptów na trybunach, nic specjalnego się nie działo. Asakura czuł, jak opuszczają go wszystkie siły. Czym było to dziwne stworzenie? Gdzie jest Yoh?!
- Zamknij buzię, bo ci mucha wleci – próbował rozśmieszyć go Choco, jednak nie poskutkowało to niczym poza wściekłym spojrzeniem rzuconym w jego stronę przez władcę płomieni.
- Czy ty nie widzisz nic dziwnego w tym, że Yoh nagle zniknął?! – zdenerwował się Hao i chwycił komika za jego wisiorek, przyciągając go bliżej do siebie. Amerykanin przestraszył się. Ostatni raz widział płomienie w oczach Hao, kiedy próbował obciąć mu włosy…
- Hao. Spokojnie. – Anna położyła uspokajająco dłoń na ramieniu długowłosego. Ten, odwrócił się w jej stronę, już nieco bardziej opanowany.
- Ale Anno… - zaczął. – Yoh został zabrany przez to dziwne stworzenie. Czy nie powinniśmy się martwić?!
           Blondynka westchnęła. Dla niej również zniknięcie narzeczonego było wielkim szokiem. Jednak, gdy władca płomieni stał jak sparaliżowany, ona zdążyła już dorwać w tym czasie jednego z członków rady.
- Hao, kiedy ty gapiłeś się tępo na pustą arenę jak sroka w gnat, ja zorientowałam się u Silvy, co i jak.
- I…?
- Ten dziwny ptak to wysłannik Króla Duchów. Zabrał Yoh do miejsca, gdzie odbędzie się finał.
- To znaczy?
- Zaraz sędzia wszystko ogłosi…
           I rzeczywiście, ledwie Kyoyama wypowiedziała te słowa, na arenę wyszli Karim, Radim i Silva. Zaczął właściciel restauracji:
- Szanowni widzowie, nie ma powodów do obaw! Zwycięzca półfinału, Yoh Asakura został zabrany do wymiaru Króla Duchów, gdzie będzie czekać na drugiego finalistę.
           Ludzie na trybunach natychmiast zaczęli rozmawiać o nietypowej formie ostatniej walki turnieju. Bądź co bądź, istniała niewielka szansa by ktoś mógł ją w takim razie zobaczyć. Dla wielu było to bardzo niesprawiedliwe.
           Jednak pośród niezadowolonych, z takiego przebiegu spraw, widzów, jedna osoba nie wyrzekła ani słowa. Hao odetchnął tylko z ulgą i szepnął:
- Yoh… Do zobaczenia niedługo…

♥♥♥

           Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Ptaszki śpiewały, dzieci bawiły się na ulicach, a Patchowcy zarabiali krocie na sprzedaży akcesoriów dla kibica. Wszyscy byli bardzo podekscytowani nadchodzącą walką. Kwoty obstawiane w zakładach mogły się wydawać kosmiczne. Rzecz jasna wszystko dotyczyło teraz tylko samego finału, gdyż niewielu było takich, którzy by wierzyli, że Faust ma jakieś szanse z Hao.
           Jedyną osobą, która wydawała się zupełnie nie interesować turniejem był sam ognisty szaman. Chłopak od czasu zniknięcia Yoh niewiele się odzywał. Dzień przed własną walką opuścił domek już o świcie, nie mówiąc nikomu, dokąd się udaje.
           Sam do końca nie wiedział, gdzie biegnie. Po prostu wysiłek fizyczny pozwalał mu się oderwać od męczących go ostatnimi czasy myśli. Długowłosy nawet przed samym sobą nie chciał się przyznać, że w głębi serca bardzo się boi. Boi się, że powróci jego dawne życie, że znów zacznie zabijać. Jedyną osobą, która – bezwiednie zresztą – pomagała mu zapomnieć o obawach, był Yoh. Kiedy go zabrakło, władca płomieni poczuł się naprawdę samotny.
           Pogrążony we własnych myślach, nie zauważył nawet, kiedy dotarł do niewielkiego zagajnika. Nieco zdyszany, usiadł pod jednym z drzew i oparł głowę o jego pień. Przez chwilę tylko rozkoszował się przebywaniem na łonie natury. Zawsze kochał miejsca takie jak to – nieskażone przez ludzi, po prostu piękne... Wsłuchiwał się w odgłosy zwierząt buszujących wśród jedynych w okolicy krzewów.
- A więc to tutaj jesteś – usłyszał nagle czyjś głos. Otworzył oczy i ujrzał stojącą nad nim postać w szarozielonej pelerynie z kapturem.
- Anabelle! – zawołał zaskoczony. Nie miał pojęcia jak udało się jej podejść do niego tak blisko nie wydając właściwie żadnych dźwięków.
           Szatynka jak zawsze miała na sobie szaro-zielono-brązowy zwiadowczy strój. Do jej paska przytroczona była podwójna pochwa z nożami, a przez plecy przewieszone kołczan oraz łuk. Właściwie, to Nowozelandka wyglądała jak żywcem wyrwana ze średniowiecza.
- Nie chciałam Ci przeszkadzać, ale… - zaczęła dziewczyna, wyciągając coś z kieszeni – Anna zastanawiała się, gdzie jesteś…
- Błagam, powiedz, że nie masz dla mnie dwudziestu tysięcy pompek i czterystu brzuszków… - odparł na to Hao, żartobliwie udając płacz.
           Ku jego zdumieniu, panna Wilson speszyła się nieco i szybko ukryła coś za plecami.
- Właściwie to mam… - szepnęła, uśmiechając się przepraszająco. – Ale nie musisz ich wykonywać. Widzę, że teraz potrzebujesz raczej odpoczynku. Jutro ważny dzień.
           Zdumiony chłopak podniósł na nią spojrzenie swoich dużych, czarnych oczu. Rzadko kiedy spotykało się osoby, które odważyłyby się podważać rozkazy Kyoyamy.
- Dzięki, to miło z twojej strony – uśmiechnął się do niej. – Dosiądziesz się?
           Dziewczyna uniosła lekko kąciki ust i zajęła miejsce obok długowłosego. Podobnie jak on oparła się o drzewo i zamknęła oczy, wsłuchując się w śpiew, nielicznych w tej okolicy, ptaków.
- Tęsknisz za nim? – spytała po pewnym czasie. Hao spojrzał na nią zaskoczony.
- Cóż… Tak, to prawda… - powiedział cicho, nie patrząc w jej stronę.
- Nie smuć się – uśmiechnęła się do niego dziewczyna. – Jutro go spotkasz.
- Niekoniecznie… Jeżeli przegram walkę…
- Taa, jasne – przerwała mu szatynka, śmiejąc się. – A ja jestem królowa Bona.
- Szalenie mi miło, wasza wysokość – Asakura skłonił się przez towarzyszką, po czym oboje zaczęli się śmiać.
           Niestety, w tym momencie Nowozelandka przypadkowo zahaczyła o mrowisko… Niezadowolone z tego robaczki całą armią ruszyły w stronę dwójki szamanów. Jako pierwszego, zaatakowały Asakurę. Długowłosy aż podskoczył, gdy poczuł, że mrówki wspinają się po jego ręce. Zamachnął się ręką i zrzucił z niej wredne owady. Niestety, poleciały one prosto na głowę Nowozelandki. Dziewczyna krzyknęła, próbują pozbyć się insektów z kaptura, by nie przeszły przypadkiem na jej włosy. Potrząsnęła głową, przez co robaczki zostały wysłane w swój, jak się okazało, wcale nie dziewiczy lot. Dwoje szamanów stanęło niczym sparaliżowani, gdy mrówki zatrzymały się w powietrzu, uwalniając niewielkie skrzydełka. Teraz niepotrzebne były już nawet zalecenia Anny. Anabelle i Hao w mgnieniu oka wstali i wybiegli z lasku. Takiej prędkości nie powstydziłby się i kierowca rajdowy. Zatrzymali się dopiero na skraju.
- Nienawidzę mrówek – powiedzieli chórem.
           Panna Wilson po raz kolejny się zaśmiała. Twarzyczkę władcy płomieni zdobił szeroki uśmiech.
- Dziękuję, Anabelle – powiedział, ku zdumieniu dziewczyny.
- Za co? Za nasłanie na nas armii rządnych krwi mrówek?
- Nie – zaśmiał się chłopak. – Dzięki tobie, po raz pierwszy się dzisiaj uśmiecham. No i nadal nie podziękowałem Ci za uratowanie mi życia… - dodał po chwili. – Gdyby nie twoja roślina…
- Cieszę się, że mogłam pomóc – odparła szatynka, spoglądając na zegarek na dzwonku wyroczni. – Ale przepraszam cię teraz… Do Cassie przyjechał chłopak i chciałabym się z nim spotkać. Do zobaczenia!
           Pomachała mu i pobiegła w stronę miasta. Szarozielona peleryna powiewała za nią niczym skrzydła. Hao spoglądał na nią przez jakiś czas, a następnie przeniósł wzrok na niebo. Wnioskując po pozycji słońca, dochodziło południe.
- Mam ochotę na cheeseburgera… - powiedział sam do siebie, a następnie z uśmiechem ruszył w kierunku dobrze nam wszystkim znanej knajpki.

♥♥♥

           Na rozległej równinie, pokrytej bujną wysoką trawą stał sobie całkiem spory namiot. Obok niego, przy ognisku siedział brązowowłosy chłopak i wpatrywał się we wschodzące nad horyzont słońce. Niby nie było w nim nic szczególnego, ale jednak… Chłopak tęsknił za domem, a na tym pustkowiu nie było właściwie nic do roboty.
           Wysłannik Króla Duchów, który go tu zabrał, wyjaśnił mu tylko, że ma tu czekać, aż przybędzie jego przeciwnik. Nie wolno mu było oddalać się od namiotu bardziej niż na sto metrów. Jedzenia i wody miał pod dostatkiem, ale musiał przyznać, że koszmarnie się tutaj nudził. Na szczęście miał ze sobą Amidamaru. Nie czuł się dzięki niemu samotny.
- Ile czasu już minęło, odkąd tu przybyliśmy? – spytał, przenosząc wzrok na swojego stróża.
- Trzy dni, z tego co mi się wydaje. Ale nie wiemy, czy czas w tym wymiarze płynie tak samo jak w naszym – odpowiedział mu duch.
           Yoh rozejrzał się po otaczającej go, monotonnej przestrzeni. Wszędzie tylko trawa i trawa oraz wyrastające gdzieniegdzie niewysokie drzewa. Daleko na horyzoncie widać zarys gór. Jednak najważniejszym „elementem krajobrazu”, jeżeli można tak to nazwać, był oczywiście Król Duchów, wznoszący się w niebo i jarzący się dużo mocniejszym blaskiem niż w Patch.
           Asakura zastanawiał się, co teraz może robić jego brat i kiedy przybędzie. Bądź co bądź, był pewien jego zwycięstwa. Ledwie wymówił w myślach imię Hao, tuż obok niego pojawił się znany nam złocisty ptak w towarzystwie długowłosego szamana.
- Hao! – zawołał Yoh i rzucił się bliźniakowi na szyję. – Tęskniłem za tobą!
- Dobrze cię znowu widzieć, braciszku – uśmiechnął się władca płomieni przytulając mocno wielbiciela cheeseburgerów.
           Dopiero po kilku minutach, chłopcy odsunęli się od siebie. Tak bardzo im siebie brakowało… W tej chwili, jakaś dziwna siła odrzuciła ich obu do tyłu. Zaskoczeni, spojrzeli na dziwną ścianę, stworzoną jakby z bardzo słabej mgły, która ich rozdzieliła. Wydawała się ciągnąć w nieskończoność, aż po horyzont.
- Rozpoczyna się finał turnieju szamanów. Asakura Yoh, Asakura Hao: oto wasze zadanie. Musicie dotrzeć do Króla Duchów, który będzie czekał na was w kręgu totemów. Po drodze dowiecie się więcej o waszej misji – poinformował ich złoty ptak, po czym zniknął, jakby rozpływając się w powietrzu.
           Ledwo wysłannik Króla Duchów zakończył swoją wypowiedź, ziemia przed Asakurami zaczęła się gwałtownie zmieniać. Z ziemi wyrosły wysokie drzewa, tworząc gęsty las, a za nim jakby znikąd pojawiła się dziwna góra.
- To wygląda jak tor przeszkód… - powiedział cicho Hao.
- Ścigamy się? – wyszczerzył się do brata Yoh.
- Tak bardzo chcesz przegrać?
- Nie, tak bardzo chcę wygrać – właściciel pomarańczowych słuchawek pokazał bliźniakowi język i pobiegł przed siebie.
           Finalistom przyglądał się z pewnej odległości złoty ptak.
- Jesteś pewien, panie, że to oni są tymi najlepszymi z najlepszych? – spytał z niepewnością w głosie.
- Tak… Tylko ta dwójka może zmienić losy tej ziemi… - odpowiedział swoim głębokim głosem Król Duchów. W tym momencie bliźniacy zaczęli śmiać się w najlepsze z sobie tylko znanego powodu.
           Na „czole” ptaka oraz gdzieś wśród całego jogurtowego jestestwa Króla Duchów, pojawiły się charakterystyczne kropelki…

A teraz przed państwem... HORO HORO :D
http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=2171849


http://www.deviantart.com/art/Fire-and-Ice-9727112


http://vb.arabseyes.com/t251185.html


http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=23315204


http://colart-bloch.deviantart.com/art/End-of-the-world-334781033?q=gallery%3Aadvertise-your-art%2F40110690&qo=19


http://www.pixiv.net/member_illust.php?mode=medium&illust_id=15374001


http://www.animepaper.net/art/25550/ihoro

Dobranoc ^^