Kilka słów o blogu + regulamin

Blog przedstawia moją wersję wydarzeń w anime Shaman King ("Król Szamanów") poczynając od trzeciej rundy.

Obecnie blog uznać można za zakończony. Oficjalne zakończenie ma miejsce w rozdziale 37. Pozostałe uznać można za dodatkowe. Nie mają one większego wpływu na fabułę.

niedziela, 10 lutego 2013

32. Ciężka sprawa...


Witajcie Kochani! :D
Z góry przepraszam za zwłokę.. Jakoś tak źle mi się tą notkę pisało... I przyznać muszę, że wyszła chyba najgorzej ze wszystkich dotychczasowych.. Mówiłam już kiedyś, że nie lubię notek przejściowych? Ehh.. Chyba tak...
Nevermind, nie będę się rozpisywać. Powiem tylko, że w przyszłym tygodniu będzie lepiej ^^ A,  i że planuję niespodziankę na 14.02 ^^ Ale to niespodzianka, więc ćśś!

32. Ciężka sprawa... (wymyśl tu tytuł jak Ci weny brakuje.. -.-)


Minęło kilka tygodni. Tygodni, w trakcie których bliźniacy ponownie stawali się sobie coraz bliżsi. Ich obietnica, złożona w dniu uratowania Hao, była dla nich świętością. Nikt, absolutnie nikt nie miał prawa rozdzielać braci. No, oczywiście w granicach rozsądku…
           Do naszej gromadki z czasem dołączyła trójka dziewcząt: Anabelle, Cassandra i Natalie. Przyjaciółki powoli przyzwyczajały się do wszechobecnego śmiechu oraz nietypowych kłótni w tej niezwykłej „rodzince”. W pewnym momencie zdały sobie sprawę, że nie potrafiłyby już z tego zrezygnować. Za bardzo przywiązały się do Asakurów i ich wesołych towarzyszy.
           W ostatnich dniach odbyło się dość sporo walk. Drużyna „The Ren” pokonała z radością „€2”, a „Drużyna Asakury” w przyjacielskiej potyczce zwyciężyła „Believers”. Asakurowie mieli też okazję zobaczyć jak walczą ich nowe znajome. Ku wielkiemu zdumieniu Hao, udało im się pobić „Hanagumi”. Jednak w jeszcze większy szok wprawiła bliźniaków nazwa ich zespołu. Nazywały się bowiem „The oak leaf team”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Drużynę Dębowego Liścia”. Przy wypowiadaniu tej nazwy, Silva, pełniący rolę sędziego, rzucił naszym braciom spojrzenie pod tytułem „Mówiłem, że znam taką drużynę” (dla zapominalskich odsyłam do rozdziału 20 ^^).
           Obecnie liczba szamanów pozostałych w turnieju była naprawdę nieliczna i oczywistością było, że już wkrótce rozpocznie się ostatnia runda. A to oznaczało zmierzenie się z najsilniejszymi zawodnikami. Dojście aż tutaj naprawdę nie było łatwe. Pozostali najlepsi, można by powiedzieć „elita”.
           I rzeczywiście, tak długo wyczekiwany przez wszystkich komunikat, pewnego słonecznego popołudnia rozległ się po Patch. Nasi szamani byli wtedy w trakcie spożywania smacznego obiadku u Karima.
- Uwaga szamani – usłyszeli głos Goldvy, nieco zmieniony przez głośniki. – Gratulujemy wszystkim, którzy nadal nie odpadli w turnieju! Została Was zaledwie osiemnastka… - W tym momencie dało się słyszeć jakieś trzaski i niewyraźne szepty. Po krótkich zakłóceniach, przewodnicząca rady kontynuowała: - Znaczy się… szesnastka… Szesnaścioro najlepszych wojowników reprezentujących tu najwyższy poziom. Możemy zatem ogłosić początek finałowej rundy! Teraz każdy walczy na swoją kartę. Walki jeden na jednego w najróżniejszych miejscach i warunkach. A następnie finał. Dokładnie za dziesięć dni. Powodzenia i niech Król Duchów wam sprzyja!
           Wszyscy spojrzeli po sobie z zaskoczeniem. Dotychczas, mimo iż wiedzieli, że szamanów pozostałych w turnieju jest niewielu, nie myśleli na poważnie o finale. A tu dowiadują się, że odbędzie się on za dziesięć dni! Szamani potrzebowali kilku chwil, aby na spokojnie przyswoić sobie informacje.
- Zaraz… Szesnastu uczestników? – zdziwił się Manta. – Jak to możliwe? Przecież…
- Opacho zrezygnował – poinformował go Hao. – Sam powiedział, że nie chce, a ja do niczego nie mam zamiaru go zmuszać.
- A ta druga osoba? – zainteresowała się Cassandra, podnosząc wzrok znad książki o aniołach i demonach, w którą zawzięcie zaczytywała się w każdej możliwej chwili, ku niezadowoleniu znudzonych towarzyszek.
- Nie wiem – wzruszył ramionami szatyn.
- A ja chyba tak… - powiedział Lyserg, przerywając na chwilę jedzenie ryby z frytkami (jest się rodowitym Anglikiem, nie? ^^) – Pamiętacie tę drużynę, której lider zwyciężył walkę, ale został ciężko ranny? Jak oni się nazywali…?
- Bodajże „Regenval – podpowiedziała mu Meene.
- To możliwe… - włączył się do dyskusji Ryu.
           W tym momencie rozdzwoniły się dzwonki wyroczni na przedramionach drużyn „The Ren”, „Asakury”, „The oak leaf…” i „Gwiazdy”.
- Walki? Już? – zdziwił się John, podnosząc wzrok  znad gazety „The Patch Times”.
- Hmm… „Gratulacje z okazji przejścia do finałowej rundy turnieju…” - zaczął czytać Yoh. – „Twoim pierwszym przeciwnikiem będzie…” – w tym miejscu zamarł, po czym odwrócił głowę w kierunku chłopaków i napotkał równie niepewne spojrzenie przyjaciela.
- No kto?? – dopytywał się Ryu.
- Horo Horo Usui… - szepnął cicho słuchawkowy.

♥♥♥

Patch Village, 133 dzień  Turnieju Szamanów

Pogoda: żar się z nieba leje
Najbliższa walka kogoś z drużyny: nadmiar informacji

         To zdarzyło się tak strasznie szybko… Zaledwie dowiedzieliśmy się o finałowej rundzie, a każdy, kto pozostał w turnieju otrzymał już swojego przeciwnika. Chyba zapiszę tutaj wszystkich, bo ciężko będzie się potem połapać…
Kalendarium walk:
Jutro: Faust vs K. Leo (dawniej drużyna „Sondag”); Natalie vs Ryu
Pojutrze: Luchist vs Choco, Hao vs L. Vens („Sondag”)
Środa: Piątek: Ren vs B. Retgt („Regenval”); Cassandra vs A. Merizzo („Sondag”)
Czwartek: Anabelle vs G. Fietz (drużyna „Regenval”), Yoh vs Horo.


         Anna zarządziła wielki trening dla Yoh, Hao, Fausta oraz Ryu. Mam wrażenie jednak, że oni sami zbytnio nie narzekają. Wszyscy wzięli się za trenowanie. Ostatnia runda to nie byle co. Ren już zupełnie zwariował. Nawet Jun nie może odciągnąć go od biegania, rozciągania i innych, nietypowych ćwiczeń.
         Niestety, skoro aż cztery znajome nam drużyny przeszły do finału, czeka nas teraz sporo walk między przyjaciółmi. Najbardziej przeżywają to chyba Yoh i Hao. O ile tylko któryś z nich nie przegra w pojedynku (chociaż na to raczej się nie zapowiada), będą musieli ze sobą walczyć. Mam cichą nadzieję, że tak szybko do tego nie dojdzie.

            Manta

♥♥♥

           Czas mijał niesłychanie szybko. Wydawało się, że ledwo co nasi szamani otrzymali informacje o walkach, a już musieli stawać na arenie. Pierwszy pojedynek w finałowej rundzie stoczyli z samego rana Faust oraz pewien Arab o nazwisku Leo. Po zaciętej wymianie ciosów, która trwała około dwudziestu minut, Tallim ogłosił zwycięstwo nekromanty. Zanim jednak nasi przyjaciele zdążyli się nacieszyć wygraną, przeciwko sobie stanęli Ryu i Natalie. W tym momencie kibicowanie stało się nieco kłopotliwe.
           Blondynka zaraz po rozpoczęciu utworzyła wielką kontrolę ducha. Tuż za nią wyrósł ogromny smok. Widać było, że dziewczynie zależy na wygranej.
- Błąd – szepnął Hao obserwując walkę. – Ona ma za mało foryoku, żeby już na wstępie je wykorzystywać…
           Tymczasem szaman-motocyklista również wytworzył kontrolę ducha. Gdy tylko stanął na swoim wielkim pojeździe, zasypał go grad ciosów zadawanych przez rywalkę. Brunet odparł je, nie przemęczając się przy tym zbytnio. Wyglądało na to, że był pewny siebie. Zdał sobie bowiem sprawę, że te drobne ataki nie stanowią dlań żadnego zagrożenia. Niestety, ignorancja nie popłaca. Natalie w pewnym momencie zamiast kilku drobnych, posłała na Ryu jeden, potężny cios. Nieprzygotowany na to Tokageroh, nie zdołał się obronić.
           Zaskoczony Ryu przez chwilę zawisł w powietrzu (Tak jak w kreskówkach ^^ Rozgląda się zaskoczony, potem patrzy w dół i leci xD). Zaraz potem upadł z hukiem na ziemię, wbijając się swoją fryzurką głęboko w piasek. Przez kilka sekund miał problem, by oderwać głowę od podłoża. Gdy jednak mu się to udało spostrzegł, iż przypadkowo zabrał pasażera na gapę. I to nie byle jakiego…
- Aaaa! – krzyknął na widok zwisającego z jego czuba skorpiona. Wystraszony zapomniał nieco o walce i zaczął wymachiwać rękami oraz biegać w kółko wołając „Zabierzcie to ode mnie!!”.
           Widownia tylko westchnęła. Kilka osób przejechało dłonią po twarzy. Tymczasem Natalie zrezygnowała z wielkiej kontroli ducha, umieszczając swojego smoka w wachlarzu. Stała przez chwilę przyglądając się zdezorientowanemu Ryu. Gdy brunetowi udało się w końcu pozbyć natręta, blondynka zaatakowała z pełną mocą. Ta walka trwała już zdecydowanie za długo, a w końcu za niecałe pół godziny Karim zamknie bar. I gdzie potem zjeść kolację?
           Nieprzygotowany na odparcie ataku Ryu poleciał kilka metrów w tył, tracąc przy tym resztę foryoku.
- Wygrywa Natalie Russo! – ogłosił Radim, po czym jak najszybciej ulotnił się z areny (biedakowi też zależało na kolacji ^^).
           Blondynka zaś uśmiechnęła się niewinnie i podbiegła uradowana do swoich przyjaciółek.

♥♥♥

- Wygrywa Yoh Asakura z drużyny… yyy… nieważne… - Tallim ogłosił wynik walki, nieco się pod koniec zapominając. – To była ostatnia walka 1/8 finału. Zostało już tylko ośmioro zawodników. I tylko jeden z nich zostanie królem szamanów – członek rady nie mógł się powstrzymać przed dodaniem „tego czegoś” do swojej wypowiedzi. Zapewne mówiłby jeszcze długo, lecz jak zdał sobie sprawę, nikt za bardzo go nie słuchał.
           Słuchawkowy stał nad leżącym na ziemi Horo Horo. Niebieskowłosy był wbrew pozorom silnym przeciwnikiem, toteż młodszy Asakura przez jakiś czas musiał naprawdę zacięcie walczyć. Jednak, wynik walki był jaki był. A Usui musiał po prostu się z tym pogodzić.
- To była dobra walka, stary – uśmiechnął się snowboardzista, podnosząc się z ziemi.
- Przykro mi, że Ci się nie udało… - zaczął Yoh. – Wiem, że zależało Ci na ocaleniu drobiażdżków…
- Prawda… - humor szamana z północy nieco się pogorszył.
- Nie łam się. Jak mój braciszek wygra turniej, już ja przypilnuję, aby pomógł rodzinie Corey – wyszczerzył się Asakura. Przyjaciel odpowiedział mu tym samym. Zaraz potem jednak zauważył zbliżającą się do niego siostrzyczkę, która nie była w najlepszym nastroju…
- To ja spadam! – zawołał Horo i popędził, nie do końca wiadomo gdzie ^^.
- Nie byłbym taki pewien, co do mojego zwycięstwa… - Yoh poczuł nagle czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się i spojrzał w ciemne oczy Hao. – Po tym, co tu widziałem wydaje mi się, że kto inny zasiądzie na tronie… Świetnie się spisałeś.
- Taa… Wiesz, to nie ja pokonałem swojego rywala w dziesięć sekund…- zaczął słuchawkowy, po czym dodał nieco ciszej – Dzięki…
- Nie masz za co dziękować. Naprawdę, to była dobra walka. Jestem z ciebie dumny.
           Słysząc ostatnie zdanie wypowiedziane przez bliźniaka, krótkowłosy poczuł w sercu pewne ciepło. Ciężko sobie nawet wyobrazić, jak ważne były dla niego te słowa. Nie liczyło się zwycięstwo. Tylko to, aby jego braciszek był dumny. „No, braciszek i Anna” – dodał w myślach.
- To ja jestem dumny,  że jestem bratem przyszłego króla szamanów – Yoh wyszczerzył ząbki w lekko złośliwym uśmiechu. Przyjazne kłótnie, o to, który z nich wygra, towarzyszyły Asakurom od początku finałowej rundy. Zwykle zaczynały się od niewinnych słów a kończyły…
- Hej, przestań! – krzyknął Yoh, nie potrafiąc odpędzić się od nagłego ataku łaskotek, zadawanego mu z wielką satysfakcją przez ognistego szamana.
- Już ja ci dam gadanie głupot! – zawołał Hao.
           Anna oraz stojące obok niej dziewczęta z dawnej „The oak leaf team” spojrzały na „walczących” ze sobą braci z pobłażaniem. Fryzury bliźniaków obecnie przypominały skutki romansu błyskawicy i kępy szczypiorku (Arigatou Spokoyoh-san ^^).
- O co poszło tym razem? – spytał zdezorientowany Ren, stając obok Cassandry.
- O to, co zwykle – Anabelle uśmiechnęła się lekko. – O zwycięzcę turnieju.
- Phi! Nie wiem, dlaczego oni robią sobie jakieś nadzieje… Przecież i tak to ja wygram turniej…
           W tym momencie z głośników rozległ się głos. Tym razem jednak, należał on do Silvy.

♥♥♥

- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Nie przeczytam tego… Ja… się wstydzę… - powiedziała Rutherford czerwieniąc się na całej twarzy. Goldva spojrzała na nią z naganą.
- No wiesz! Wystarczy, że nie byłaś ani razu sędzią! Bierz ten mikrofon!
- Proszę dać jej spokój! – wtrącił się Silva, nie mogąc patrzeć na zmuszanie towarzyszki z rady szamanów do wygłoszenia komunikatu.
           Przewodnicząca spojrzała na niego z jadem w oczach. Zaraz potem do głowy wpadł jej pewien pomysł.
- W takim razie ty przeczytasz – oznajmiła, podając mu plik gęsto zapisanych kartek z notatkami.
           Silva spojrzał na nie z szeroko otwartymi oczami. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Ale widząc wdzięczność w oczach Rutherford, powiedział sobie „Raz kozie śmierć” i zaczął przeglądać otrzymane dokumenty.
           W pewnej chwili jego wzrok natrafił na tabelę, przedstawiającą rozkład walk w finale. A także kto z kim mógłby się zmierzyć. Coś przykuło jednak jego uwagę.
- Goldva… Nie sądzisz, że lepiej by było aby Yoh i Hao Asakura stoczyli ze sobą walkę wcześniej? Przecież, jak…
- Taka jest wola Króla Duchów – przerwała mu staruszka.
- Ale gdy oni spotkają się w finale…
- Tego nie wiemy. Przecież przed nimi jeszcze kilka walk. Kto wie, czy któryś z nich nie odpadnie.
           Brunet zamilkł. Wciąż jednak niepewnie przyglądał się kartkom. Przez kilka minut skupiony był na własnych myślach. Na ziemię sprowadził go jednak zniecierpliwiony głos Goldvy.
- Czytasz, czy nie?
- Tak, tak… - odpowiedział szybko zaskoczony, po czym dodał nieco ciszej -  A co?
           Przywódczyni spojrzała na niego jak na jakiś niedorozwój i wyciągnęła mu z dłoni pomarańczowy arkusz papieru z napisem „DO PRZEKAZANIA PRZEZ GŁOŚNIKI”. Nasz ulubiony sędzia zmieszał się trochę, po czym chwycił mikrofon i zaczął czytać.
- Uwaga sza… Co jest do licha z tym mikrofonem?! – zdenerwował się i uderzył nieszczęsnym elektronicznym urządzeniem o ścianę, wywołując tylko nieprzyjemny pisk. – Ekhem… Uwaga szamani! Uroczyście ogłaszamy początek ćwierćfinału! A zmierzą się w nim… Yoh Asakura i Natalie Russo! Luchist Lasso i Cassandra Brooks! Johann Faust VIII i Anabelle Wilson! Ren Tao i Hao Asakura! Wszystkie walki odbędą się na arenie! Możliwość zakupienia rozetek, transparentów oraz czapek z twarzą ćwierćfinalistów oraz członków rady w sklepie u Radima, już od 10$! 

Jeszcze tylko obrazki z Jun ^^







Psychiczne to jakieś... O.o

Na następną notkę... Ktoś z drużyny "The Ren".. Kto? Wy zdecydujcie!
Bay!

sobota, 2 lutego 2013

31. Wołałeś?


Dobry wieczór, szamani!
Nie wierzę, udało mi się napisać notkę :D Co prawda krótsza niż zwykle... Ale mam nadzieję, że zrekompensuję to następną ^^
Rozpisywać się nie będę, bo nie ma sensu. 
Mam jednak jedno dość ważne ogłoszenie. Drodzy fani SK, jeżeli naprawdę kochacie Shaman King i uwielbiacie oglądać to anime, podpisujcie!
http://www.petycjeonline.com/powrot_krola_szamanow
Z góry dziękujemy!! :D
To nie przedłużając, rozdział dedykuję Spokoyoh, Annie Kyoyamie i Kasumi za... między innymi latającego kota xD

31. Wołałeś?


- Uda się?
- Musi się udać. Nie widzę innej możliwości…
         Yoh obudził się gwałtownie otwierając oczy. To dziwne… Nie miał pojęcia, kim były osoby, które tak nagle pojawiły się w jego śnie i zupełnie zmieniły jego treść. Te głosy… Miał wrażenie, że słyszy je z zewnątrz, tak jakby ktoś się nad nim pochylał i coś do niego mówił.
         Anna, nieco zaskoczona nagłym obudzeniem się narzeczonego, spojrzała nań z niepokojem. Tutaj, w przestworzach gdzieś nad Oceanem Spokojnym nie musiała ukrywać swoich uczuć pod maską obojętności i dumy. Przez ostatnia godzinę pełniła funkcję pilota, gdyż zmęczony tym wszystkim Asakura, po prostu zasnął opierając się o nią.
- Wszystko gra? – zapytała.
- C-co…? Och, tak, tak… Po prostu miałem dziwny sen… - odparł na to słuchawkowy szaman.
- Nie wiesz, czyje były te głosy, prawda? – spytała po chwili, ku lekkiemu zaskoczeniu Yoh. Chłopak wiedział co prawda, że Kyoyama ma reishi, jednak blondynka rzadko go używała. Od czasu, gdy nauczyła się je kontrolować, prawie wcale z niego nie korzystała.
- Nie… Ale jeden z nich brzmiał znajomo… - westchnął szatyn. Nie miał Annie za złe, że zaglądnęła do jego umysłu. Wiedział, że dziewczyna po prostu się o niego martwi. Zresztą, i tak niczego przed nią nie ukrywał.
         Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu i spoglądali na chmury leniwie poruszające się po niebie. Słońce, znajdujące się teraz dokładnie przed nimi, nieco ich oślepiało. Raz zdarzyło im się minąć z samolotem, którego pasażerowie na ich widok (nie często spotyka się lewitujących w powietrzu nastolatków xD) przecierali ze zdumienia oczy.
         W pewnym momencie, Duch Ognia sam z siebie zniżył lot, pozwalając naszym szamanom pooglądać maleńkie wysepki rozrzucone po oceanie niczym ziarnka piasku.
         Anna przyjrzała się ukochanemu. Zauważyła pewną zmianę w jego nastroju. Ten dziwny sen nie dawał mu spokoju. Miało to w sumie nawet dobre strony, bo chłopak przynajmniej nie myślał cały czas o Hao… A ona wręcz nie mogła znieść widoku załamanego Asakury. To samo z siebie brzmiało jak oksymoron. Smutny Yoh? Zdołowany Yoh? Nie, imię słuchawkowego szamana zawsze stanowiło niemalże synonim słów „wyluzowany”, „uśmiechnięty”.
         Nie chcąc mu przeszkadzać, blondynka odwróciła nieco głowę, by spojrzeć na Mantę. Niewysoki chłopak wcale się nie odzywał. Z początku pracował na swoim niezawodnym laptopie, jednak… okazało się, że słowo „niezawodny” nie do końca pasuje do tego elektronicznego urządzenia. Po kilkunastu godzinach z dala od źródła prądu akumulator się zbuntował i Oyamada mógł teraz, co najwyżej użyć notebooka jako krzesełka. Teraz chłopak leżał na brzuchu i nieprzytomnym wzrokiem spoglądał na rozległe błękitne wody stanowiące tu, poza chmurami, jedyny interesujący element krajobrazu.
         Mijały godziny, słońce szybko znalazło się nad głowami naszych szamanów, by potem zacząć coraz bardziej się od nich oddalać. Na twarze Yoh i Anny padł cień. W pewnym momecie, Kyoyama kątem oka spostrzegła, że po policzku Asakury spływa łza. Chłopak nagle odwrócił się w jej stronę.
- Anno… J-ja… Ja się boję… - powiedział cicho. – Jak ja spojrzę im wszystkim w oczy…?
         Był wręcz załamany. Anna zdała sobie sprawę ze swojego błędu. Podczas gdy myślała, że jej narzeczony rozmyśla nad snem, on tak naprawdę nadal obwiniał się o ciężki stan brata. Nie wiedziała już, co robić. Te nagłe zmiany w nastroju słuchawkowego bardzo ją niepokoiły.
- Zrobiłeś wszystko, na co było cię stać. Okrążyłeś całą Ziemię! – usłyszeli nagle głos Manty.
           Yoh westchnął. Jego przyjaciel miał po części rację, jednak… On sam nie czuł, że dał z siebie wszystko. Najbardziej ciążyło mu to, że nie uwierzył bratu, gdy ten ostrzegał go przed Aku. Oyamada przynajmniej był z Hao, kiedy on sam wolał spędzać czas z tym… tym…  @#$!...
           Nie było im jednak dane zbyt długo rozmyślać na ten temat, gdyż w pewnym momencie Duch Ognia oznajmił:
- Za kilka minut będziemy w Patch.
           To sprawiło, że cała trójka jakby wybudziła się z pewnego otępienia. Cóż, tyle godzin monotonnego lotu każdego by chyba znudziło na śmierć. Teraz nie było już odwrotu.
           Po chwili zobaczyli wyłaniające się przed nimi niewielkie miasteczko otoczone wzgórzami. Mimo wszystko dobrze mieć takiego Ducha Ognia… Przynajmniej nie trzeba płynąć kilometrów pod wodą lub też bawić się w śmieszne podchody z niebieską jaskinią etc.…
           Wylądowali nieco na obrzeżach, aby nie powodować jakiejś wielkiej sensacji wśród mieszkańców. Teraz czekał ich tylko krótki spacer do domu. Anna i Manta już kierowali się w stronę „centrum”, gdy zauważyli, że Asakura za nimi nie idzie. Stał przez cały czas w jednym miejscu i spoglądał zmieszany na ziemię.
- Yoh…? Idziesz?
- Ja… Za niedługo przyjdę – oznajmił chłopak.
           Przez chwilę towarzysze chcieli go od razu zabrać ze sobą, obawiając się, co może zrobić. Widząc jednak, że chłopak po prostu chce pobyć chwilę sam, odpuścili.
- Spotkamy się niedługo… - powiedziała blondynka, po czym razem z niewysokim szamanem odwróciła się i odeszła.
           Yoh usiadł na ziemi pod jakimś kamieniem i oparł głowę o kolana. Musiał przygotować się psychicznie. Siedział tak przez jakiś czas, aż w końcu wstał. Wziął głęboki oddech i starł łzę z policzka. Ruszył, pozwalając by nogi same niosły go do celu. Nawet nie zauważył, gdy przyspieszył. Końcówkę trasy przebył wręcz biegiem. W końcu dotarł do frontowych drzwi ich mieszkanka. Miał właśnie chwycić klamkę, gdy otworzył mu Ren. Jego mina nie wyrażała żadnych uczuć.
           Nie pytając o nic, Asakura wbiegł do środka i od razu skierował się do pokoju, gdzie leżał Hao. Po drodze minął kilka osób, jednak wszystkie, tak samo jak Tao, miały poważne miny. W korytarzu minął się z Anną, jednak ona popatrzyła na niego z pewnym…współczuciem?
           To było dla niego za dużo. Jak strzała wparował do pokoju i… zastygł w ogromnym szoku. Tatami było puste. Żadnych śladów, wszystko pięknie wysprzątane, jak gdyby…
- H-Hao…? – wyjąkał, po czym upadł bezwładnie na łóżko brata z twarzą w jego poduszce.


♥♥♥

- To okrutne…
- Tak – uśmiechnął się. – Wiem o tym ^^

♥♥♥

           Yoh czuł, że nie powstrzyma łez napływających mu do oczu. Czy to możliwe? Czy jego brat, jego ukochany nii-chan… nie żyje…? Nie rozumiał tylko, dlaczego nie zostawili go tutaj… Przynajmniej na chwilę…
- N-nie… - szepnął z ogromnym żalem w głosie. – Jak to możliwe…? D-dlaczego…? Dlaczego, Hao…?
           Wtem, usłyszał znajomy głos zza swoich pleców.
- Wołałeś?
           Odwrócił powoli głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszał. Zaledwie dwa metry od niego stał uśmiechnięty Hao. Jego brzuch obwiązany był dość szerokim bandażem, a skóra nieco blada, jednak w tej chwili tylko jedno liczyło się dla młodszego z braci. On żył.
- Hao! – krzyknął i rzucił się bliźniakowi na szyję. Nie powstrzymywał już łez, które w tej chwili wypływały z jego oczu ze szczęścia. – Nii-chan… Tak strasznie, strasznie cię przepraszam. Byłem głupi. Jestem największym idiotą na świecie. Już nigdy, nigdy nie uwierzę nikomu, jeżeli mój braciszek będzie myślał inaczej…
- Yoh…
- Naprawdę, byłem najgorszym bratem na świecie… Ogromnie żałuję, że to się tak potoczyło…
- Yoh…!
- A przecież było tak blisko… Nigdy bym sobie nie wybaczył…
- Yoh! – krzyknął w końcu Hao, chcąc przerwać potok słów brata. Ten odsunął się od niego i spojrzał nań swoimi dużymi, czarnymi oczami, w tej chwili zaszklonymi od łez.
- Kocham cię braciszku… - powiedział po krótkiej chwili słuchawkowy.
- Ja też cię kocham, Yoh… - odparł na to ognisty szaman i po chwili bliźniacy znów tkwili w ciepłym uścisku.
- Obiecuję, że już więcej cię nie zawiodę… Słowo – oświadczył młodszy z nich, na co starszy poczochrał mu fryzurkę, jak to już miał w zwyczaju. Obaj uśmiechnęli się do siebie. Ech, jak im tego brakowało…
           Zaraz potem do pomieszczenia wszedł Faust z Elizą. Oczywiście miał przy sobie swoje nieodłączne akcesoria lekarskie. Polecił Hao usiąść na tatami i wyciągnąć rękę. Z początku chłopak wykonał polecenia bez sprzeciwu, jednak gdy zobaczył strzykawkę w dłoni nekromanty, w jego oczach wymalował się strach.
- C-co t-to jest…? – spytał przerażony. Kto by pomyślał, że wielki władca płomieni boi się takiej malutkiej igły…?
- Dawka wyciągu z pianta medicinale. Już ostatnia – oznajmił Johann, jednak wcale nie uspokoiło to długowłosego Asakury. – Jak ci ją podam, zaśniesz na jakieś dwie godziny, a twój organizm zwalczy truciznę do końca.
           Zanim ognisty szaman zdołał powiedzieć coś więcej, medyk chwycił jego ramię i wprawnym ruchem wbił igłę do żyły. Jakieś dwie minuty od „Au!” – wypowiedzianego z pretensją przez właściciela pelerynki, starszy z bliźniaków zasnął, bezwiednie upadając głową na kolana brata. W tym momencie umysł Yoh zaczął pracować na bardzo wysokich obrotach. Pianta medicinale?! TUTAJ!?
- Ale jak to? –zdziwił się wielbiciel cheeseburgerów. – Skąd macie tę roślinę?!
- Od mojej przyjaciółki – oznajmiła jakaś wysoka brunetka, która w tym momencie weszła do pokoju. Tuż za nią wemknęła się drobna postać w zielonej pelerynie z kapturem. – A tak w ogóle, to jestem Cassandra.
- A ja Anabelle – tajemnicza dziewczyna zdjęła nakrycie głowy i uśmiechnęła się lekko.
- A ja Natalie! – do pokoju wpadła jeszcze jedna osóbka, z nieco naburmuszoną miną. – Nigdy na mnie nie poczekacie -.-.
- Yyy… A ja Yoh – uśmiechnął się w końcu szatyn, nieco zbity z tropu obecnością trójki ładnych dziewcząt w ich mieszkanku. – Ale…? Jak to możliwe, że miałyście pianta medicinale?? Szukałem jej na Capri, potem na Nowej Zelandii, ale…
- Nowej Zelandii? – ożywiła się zielonooka. – To pewnie spotkałeś moją matkę.
- Matkę…? – teraz wszystko ułożyło się w jedną całość. Kobieta mówiła przecież, że jej córka zabrała roślinę. Kto by jednak pomyślał, że oni latali po świecie, podczas gdy to czego szukali, było na wyciągnięcie ręki! – To oznacza, że zawdzięczam ci życie mojego brata. Nie wiem, co powiedzieć… Jakbyście kiedykolwiek czegoś potrzebowały, dajcie znać.
           Szamanki pokiwały tylko głowami i uśmiechnęły się lekko. Anabelle rzuciła okiem na śpiącego Hao, a następnie na odruchowo głaszczącego go po głowie Yoh. Była szczęśliwa, że udało jej się pomóc Asakurom. Znała ich z widzenia od początku jej pobytu w Patch. Zainteresowała się nimi nieco bardziej od czasu ich pojedynku oraz pogodzenia się. Widziała, że naprawdę są świetnymi wojownikami i była niemalże pewna, że jeden z nich zostanie królem szamanów. Nikomu jednak nie zdradzała tych myśli, nawet przyjaciółkom. Wiedziała bowiem, że bardzo zależy im na turnieju.
- To my już nie będziemy przeszkadzać… - powiedziała nieśmiało, a następnie odwróciła się i wyszła za swoimi towarzyszkami z drużyny. W ostatnim momencie zatrzymała się i odwróciła mówiąc cicho – Do zobaczenia…

♥♥♥

Tymczasem, samotny mężczyzna oddalał się od niewielkiego domku stanowiącego tymczasowe lokum „Drużyny Asakury”. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Spoglądał na swoją precyzyjnie obandażowaną rękę z niedowierzaniem.
Zaledwie kilka godzin temu ten nekromanta podał mu odtrutkę. Jak to możliwe, że ją zdobyli? Nie wiedział. W sumie niewiele go to interesowało. Najważniejsze, że go wyleczyli…
Szedł sam, nie spiesząc się donikąd. Wiedział, że nikt już na niego nie czeka. Dla dawnej drużyny nie ma żadnej wartości. Nie dość, że doprowadził ich do porażki, to jeszcze stracił swojego ducha stróża. A także moc siedmiu kryształów.
Kopnął jakiś leżący na ziemi kamyk i znudzony przeleciał wzrokiem po okolicy. Domki na obrzeżach należały do znajomych lub rodzin szamanów. Można tu więc było spotkać całkiem sporo dzieci oraz ludzi starszych… zazwyczaj. Teraz, o dziwo nie widział nikogo. Tak jakby dzielnica zupełnie opustoszała.
Antonio zatrzymał się i rozejrzał. Nie wiadomo dlaczego, ale nagle poczuł niepokój. To miejsce miało jakąś przytłaczającą atmosferę. Było cicho, zdecydowanie za cicho. Włoch miał wrażenie, że słyszy przyspieszone bicie własnego serca. Zamknął oczy i chwycił się za głowę. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Upadł kolanami na ziemię. Chciał krzyczeć, jednak żaden głos nie wydobył się z jego gardła. Zmęczony tym nagłym atakiem, podczołgał się pod ścianę jednego z budynków. Skulił się i… poczuł jak łzy spływają mu po policzku. Nie mógł. Nie potrafił już więcej udawać, że nic się nie stało.
- Ufałem im… Myślałem, że się przyjaźniliśmy… - szlochał.
- Antonio…? To ty kuzynie? – usłyszał czyjś zdziwiony głos. Zaskoczony brunet podniósł głowę. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Tuż nad nim stał jego cioteczny brat razem z jakąś młodą, szarowłosą dziewczyną. Kiedyś, gdy byli jeszcze mali, spotykali się w każde wakacje… Byli najlepszymi przyjaciółmi…
- Marco…? Jak to…?
- Opowiesz wszystko później… - powiedział powoli Lasso, po czym wyciągnął rękę pomagając kuzynowi wstać. – A na razie chodź, pójdziesz z nami…

♥♥♥

           Była noc. Niebo pokryte milionami gwiazd przybierało barwy od ciemnego granatu do najgłębszej czerni. Nieboskłonu nie zasłaniała nawet jedna chmurka. Tarcza księżyca rzucała swój blask na twarze dwóch przytulonych do siebie braci, którzy siedzieli na dachu, tak jak dawniej mieli to w zwyczaju.
- Nawet nie wiesz, jak za tym tęskniłem… - szepnął Hao opierając głowę o ramię bliźniaka.
- Ja też… Jak mogłem być… - zaczął Yoh, jednak przerwał mu ognisty szaman:
- Znowu zaczynasz? – uśmiechnął się, a następnie dodał: – Te wydarzenia mamy już za sobą. Obiecaliśmy do tego nie wracać, tak?
- Tak jest, nii-chan ^^ - odpowiedział słuchawkowy, pozornie poważnym tonem, który wyjątkowo nie zgadzał się z jego wyrazem twarzy.
           Przez resztę nocy siedzieli w milczeniu. Właściwie rozmowy nie były im tak potrzebne. Najważniejsza była obecność brata oraz świadomość, że to, co złe, mają już za sobą. I nic i nikt już tego nie zmieni.


A teraz pora na obrazki z bliźniakami :D Mieli po tyle samo głosów, więc...






Tym razem, jeśli chodzi o obrazki to mam prośbę. Wybierzcie obojętnie którą z dziewcząt z SK ^^ Tylko może niekoniecznie Tamao i Annę, bo były całkiem niedawno :D

Do zobaczenia za tydzień ^^

sobota, 26 stycznia 2013

30. Pianta Medicinale

 Witam ^^
Z początku chciałabym, póki jeszcze pamiętam powiedzieć...
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MEENE!! :D 
Tak, nasza kochana panna Montgomery ma dzisiaj urodzinki :D Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe, jak dodam też obrazek z nią...? 
A skoro jesteśmy już przy obrazkach, tym razem będą Ren i Horo. Mieli podobną liczbę głosów, więc uznałam, że tak będzie najlepiej ^^.
Nie przeciągając, notka długa. Dość sporo dialogów, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Dedyk dla Natishy i Kasumi.. One już wiedzą, dlaczego ;>

30. Pianta Medicinale


Słońce powoli zaczynało kierować się ku spoczynkowi, barwiąc niebo na wspaniały, różowobrzoskwiniowy kolor. Pojedyncze chmury przyozdabiały ten niesamowity widok dodając mu jeszcze pewnego rodzaju magii. Każdy chyba zakochałby się w tej niebiańskiej scenerii, dającej uczucie, iż jest się częścią niesamowitego świata, pełnego tajemnic i czarów. Zapewne niejedna osoba marzyłaby, aby polecieć w stronę tej ognistej kuli i żyć wśród tego malowniczego krajobrazu już zawsze. Tak, zachód słońca był, jest i będzie pięknym zjawiskiem pozwalającym oderwać się od rzeczywistości.
         Były jednak osoby, które nie dały się ponieść urokowi chwili i kierowały się w przeciwną stronę, na wschód. Wiatr rozwiewał ich włosy, gdy z ogromną prędkością przemierzały przestworza na grzbiecie wielkiego, czerwonego potwora.
- Dziękuję ci jeszcze raz, Duchu Ognia, że zgodziłeś się zabrać nas do Włoch – powiedział z wdzięcznością Yoh, pełniący tymczasowo rolę pilota.
- Nie ma sprawy – odpowiedział SoF (Spirit of Fire dla niezorientowanych) swoim przypominającym trzaskanie płomieni głosem. – Bardziej pomogę Hao w ten sposób, niż czuwając przy nim bezczynnie.
- Gdzie właściwie mamy znaleźć tę roślinę, o której mówił Faust? – spytał Manta, podchodząc ostrożnie do siedzącego przyjaciela.
- Z tego, co wiem, to jedynym miejscem, gdzie możemy ją znaleźć jest wyspa Capri, a konkretnie okolice drogi nazywanej Via Krupp.
         Niewysoki szaman spojrzał na towarzysza. Widział w jego oczach ogromny smutek, ale także determinację. Pianta medicinale była ich jedyną nadzieją. Dla Asakury nie istniało w tej chwili pytanie „A co, jeśli jej tam nie będzie?”. Musiała być. W tej chwili przed zupełnym zatraceniem się w rzeczywistości podtrzymywała go tylko nikła nadzieja na cud. Oyamada wolał nawet nie myśleć, co by się mogło stać, gdyby nie znaleźli rośliny lub też nie przybyli na czas.
- Yoh? – odezwał się w pewnej chwili.
- Tak? – odparł szatyn nieco nieobecnym głosem.
- Włochy są pod nami…
- Co?! Och, tak… Rzeczywiście – przyznał mu rację nieco zmieszany, a na jego twarzy na chwilkę pojawił się ten dobrze wszystkim znany zakłopotany uśmiech. – Duchu Ognia! Lądujemy!
        
♥♥♥

                   Obudził się nagle z płytkiego snu bez marzeń. To, co zobaczył, porządnie go zdziwiło. Nie wiadomo, jakim sposobem znalazł się wewnątrz czyjegoś domu. Spojrzał na swoją rękę, niedawno jeszcze krwawiącą dość obficie z zadanej nożem rany. Zaskoczony stwierdził, iż została ona ładnie opatrzona. Mimo wszystko jednak trucizna pozostawała w jego krwi. Można to było poznać choćby po nienaturalnie żółtawym kolorze skóry i lekkim zdrętwieniu palców.
         Uniósł się nieco, aby dokładniej obejrzeć pomieszczenie. Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Obok leżało jeszcze kilka tatami, pod ścianą stała niewielka komoda, a na parapecie stała doniczka z jakąś rośliną o dużych, ciemnozielonych liściach. Spoglądając przez okno, widać było tylko fragment nieba. W sumie nic dziwnego, gdy patrzy się z jego obecnej perspektywy. Chciał właśnie wstać, gdy usłyszał spokojny, melancholijny głos.
- Wybierasz się dokądś? – spytał Faust, stojąc w drzwiach ze swoją nieodłączną torbą lekarską.
- C-co? – zdziwił się Antonio. – Co ja tu robię? Więzicie mnie?! – dodał nieco ostrzejszym tonem. Nie miał zamiaru pokazywać, że zgadza się na obecny stan rzeczy.
- Nie więzimy, tylko przechowujemy – rozległ się młodzieńczy głos i po chwili obok nekromanty pojawił się Ren.
- Mistrz Yoh kazał się tobą zaopiekować, do czasu aż wróci z lekarstwem.
         Pessimo zaniemówił. Spojrzał tylko niezadowolony na przyjaciół Asakury. Chciał coś powiedzieć, jednak żadne inteligentne zdania nie przychodziły mu do głowy. W końcu o czymś sobie przypomniał.
- Co z moją drużyną? – spytał.
         Niemiec i Chińczyk tylko popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami. Faust widząc, że jego pacjent nie potrzebuje na razie opieki, powoli wyszedł z pomieszczenia. Ren nakazał Włochowi nigdzie się nie ruszać, po czym dołączył do towarzysza.
         Gdy odeszli, Antonio chciał z początku wstać z łóżka i wymknąć się. Jednak, gdy próbował się podnieść, spotkał się z ogromnym bólem nóg. „No jasne – trucizna.” - pomyślał i bezwładnie opadł z powrotem na poduszkę. Zastanowił się, co też stało się z innymi członkami drużyny „Euro”. Czemu nie chcieli się nim zająć? Dlaczego zostawili go samego i nie zareagowali, gdy Yoh zmuszał go do wydania nazwy trucizny? Znał odpowiedzi na te pytania. Mimo wszystko, nie chciał ich przyjąć do wiadomości.
         „Fernando… Wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi… To znaczy… Ja sam zapewne w razie niebezpieczeństwa byłbym gotów go zostawić. Ale po nim tego się nie spodziewałem. Sądziłem, że jednak trochę mu na naszej przyjaźni zależy… Björn… On zawsze był dla wszystkich oziębły i raczej z nikim się nie spoufalał. Nie myślałem jednak, że tak po prostu mnie zostawi. Po tym wszystkim, co przeżyliśmy szukając kryształów. A pozostali? Martin, Leonidas, Agnes… No nawet ta wariatka Helga! Myślałem, że są inni. Nikomu nie można ufać. Byli ze mną do czasu, aż przegraliśmy. A teraz odwrócili się plecami…”
         Czuł jak z każdą myślą jego przygnębienie rośnie, a on sam traci siły. Nie, nie ma sensu teraz o tym myśleć. Później się z nimi rozprawi. Później, to znaczy…
         W tym momencie zdał sobie sprawę, że jego „później” zależy w tej chwili już tylko od jednego, czternastoletniego szamana, który w tej chwili właśnie zbliżał się do pewnej wyspy na Morzu Tyrreńskim…

♥♥♥

- Witamy na Capri – powiedział Duch Ognia sadzając trójkę nastolatków na skalnym wybrzeżu.
- Jeszcze raz bardzo dziękujemy – odparł Yoh i zwrócił się w stronę bardzo stromego zbocza, na którym znajdowała się droga Via Krupp.
         To był niesamowity widok. Wbudowana niemalże w skalną ścianę ścieżka, obecnie oświetlona tylko blaskiem księżyca robiła ogromne wrażenie. Łączyła ona tzw. „mały port” Marina Piccola z ogrodami Augusta znajdującymi się około stu metrów wyżej. Wybrukowana dróżka wiła się serpentynowo przez dwa kilometry.
- Czeka nas długi spacerek – mruknął Yoh, po czym przeskoczył przez betonową barierkę by znaleźć się na uliczce. Chwilę potem dołączyli do niego Anna i Manta. Z początku szli dość szybkim marszem, pokonując w ciszy pierwszą połowę trasy. Niestety, mimo iż był środek nocy, temperatura jak na złość nie chciała zejść poniżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza. Z czasem tempo naszych przyjaciół zmalało. Na samą górę dotarli dopiero godzinę później. Zmęczeni ciepłem oraz brakiem jakiegokolwiek orzeźwiającego podmuchu usiedli na niewielkiej ławeczce. W tym momencie usłyszeli z oddali jak dzwon na jakimś kościele wybija godzinę czwartą nad ranem.
- Minęło już piętnaście godzin… - powiedział Yoh z nieobecnym wzrokiem.
         Manta i Anna popatrzyli po sobie. Mimo iż oboje byli ogromnie smutni z powodu ciężkiego stanu Hao, ich uczucia nie mogły równać się z bólem, którego doświadczał Asakura. Świadomość, że jego brat może umrzeć i to z jego winy, nie dawała mu spokoju.
- Chodźmy – powiedziała nagle blondynka, chcąc wyrwać ukochanego z nieprzyjemnych myśli. – Ogrody Augusta są już blisko.
         Szatyn posłusznie wstał, po czym cała trójka udała się w stronę wspaniale prezentującego się parku. Po jakimś czasie stanęli przed nieco wyblakłą tablicą informacyjną. Niestety, z powodu ciemności trudno było cokolwiek z niej odczytać.
- Nie macie przypadkiem latarki? – spytał Manta, jednak jego towarzysze tylko przecząco pokręcili głowami. Yoh nie miał zamiaru się poddawać. Brak latarki nie przeszkodzi mu w zdobyciu, bądź co bądź, ważnych informacji.
- Amidamaru, zbliż się – polecił swojemu duchowi. – Posłużysz nam za latarkę.
         Duch, niezbyt szczęśliwy z powodu zdegradowania jego roli do zwykłej lampy, z niezadowoloną miną podleciał nieco bliżej, rzucając światło na litery układające się w napis „Ogrody Augusta”. Słuchawkowy szaman zaczął czytać odruchowo przejeżdżając palcem po tekście.
- Ogrody Augusta… Historia… Cośtamcośtam… Flora… Blablabla… Ogrody słyną też z bardzo trującej rośliny o nazwie pianta velenosa… blabla… A także leczniczego kwiatu zwanego pianta medicinale! To tutaj! – ucieszył się chłopak, mając teraz pewność, że znaleźli się w odpowiednim miejscu.
- Jest też rysunek – powiedziała Anna, pokazując na obrazek przedstawiający kwiat o dużych jasnozielonych liściach i ciemnoróżowych płatkach.
- Rozdzielmy się i poszukajmy. Musi gdzieś być… - zaproponował Manta, co spotkało się z aprobatą pozostałych.
         Każdy ruszył w inną stronę. W ciemnościach zadanie nie było zbyt proste, zwłaszcza, że gęste korony drzew nie przepuszczały blasku księżyca. Z początku wypatrywali kwiatu idąc po wyznaczonych ścieżkach, jednak widząc, że nie daje to zbytniego efektu, przeszli na trawę przekraczając niewysoki „murek” z krzewów.
- Hmm…  Tu coś jest… - mruknął do siebie Asakura zaglądając pod jeden z krzaków. – Gdyby tylko nie było tu tak ciemno…
         W tym momencie, jak na zawołanie miejsce przed nim zostało oświetlone przez latarkę.
- O, teraz lep… - zaczął, po czym zamilkł sparaliżowany. Powoli odwrócił głowę, aby zobaczyć, co było źródłem światła.
- Stop! Che cosa stai cercando? – spytał wysoki mężczyzna w szarozielonym mundurze.
- Ja… Nie znam włoskiego… - Yoh nie wiedział za bardzo, co powiedzieć.
- Dość tego. Idziesz ze mną – rozkazał strażnik i chwytając szatyna za ramię, poprowadził go do niewielkiego budynku.
         Było to właściwie jedno pomieszczenie, którego główne wyposażenie stanowiły biurko, komputer, dwa krzesła oraz mnóstwo zdjęć przedstawiających miejsca w Ogrodach. Krótko mówiąc – biuro strażników parku.
- Ponawiam pytanie. Czego tu szukasz? – odezwał się mężczyzna, nakazując chłopakowi, by usiadł na krześle.
         Yoh uznał, że nie ma sensu wymyślać niestworzonych historii, które mogłyby wytłumaczyć jego pobyt w tym miejscu o tak nietypowej porze.
- Mój brat zatruł się sokiem z pianta velenosa… Przybyliśmy tu, aby odnaleźć pianta medicinale… Z tego, co wiem to jedyna odtrutka.
- Cóż, to prawda. Jednak muszę cię zmartwić. Pianta medicinale to roślina chroniona i nikt nie może jej zabrać.
- Ale tu chodzi o życie mojego brata! – powiedział Yoh, niemalże krzycząc.
- Przykro mi. Pomógłbym ci, gdybym mógł. Ba! Pewnie dałbym ci ten kwiat, nawet skoro jest chroniony… Wierz mi, moja młodsza siostra też kiedyś się zatruła. Znam doskonale twój ból.
- To dlaczego…? – zaczął nastolatek, ale strażnik znakiem ręki nakazał mi milczenie.
- Ponieważ pianta medicinale nie rośnie tu od jakichś trzech lat.
- Co…? – Asakura nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Jeszcze przed czterema laty, ciemnoróżowe kwiaty można było zobaczyć niemalże wszędzie. Nikt nie myślał wtedy o ich ochronie. Pamiętam nawet turystkę, która zabrała je w doniczce do domu. Jednak zaledwie rok później mieliśmy tutaj wypadek. Zamiast nawozu, ktoś rozpylił nad roślinami trutkę na chwasty, przez co ogród wyglądał przez kilka miesięcy jak pobojowisko. Udało nam się uratować część gatunków roślin, jednak pianta medicinale zniknęła na zawsze.
- To znaczy, że nigdzie już jej nie ma? – głos wielbiciela cheeseburgerów zadrżał.
- Pewnie jest. Ale tylko w doniczce u tej turystki sprzed czterech lat. Ale raczej nie wierzę, by udało jej się utrzymać swoje kwiaty w dobrym stanie przez ten czas. Naprawdę, ogromnie mi przykro, ale nie mogę pomóc.
         Szatyn nie mógł uwierzyć, w to co usłyszał. Przez chwilę wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą. W tym momencie, do budynku weszli Anna z Mantą, którzy widzieli jak Yoh jest prowadzony przez mężczyznę w mundurze.
- Co się stało? – spytał Manta, widząc w jakim stanie jest jego przyjaciel.
- Pianta medicinale wyginęła – powiedział beznamiętnie chłopak.
         To był cios także dla jego przyjaciół. Do tej pory wierzyli szczerze, że odnajdą odtrutkę, podadzą ją Hao i wszystko skończy się dobrze. A teraz… Cała ich nadzieja stracona. Oyamada chciał w jakiś sposób pocieszyć Asakurę, jednak gdy się do niego zbliżył, ten wstał i nic nie mówiąc wyszedł z pomieszczenia. Kyoyama wymieniła krótkie spojrzenie ze strażnikiem, po czym razem z niewysokim szamanem pobiegła za ukochanym.
         Kiedy ich oczy ponownie przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczyli, że Asakura jest już przy Via Krupp i zaczyna dość szybkim krokiem iść z powrotem w kierunku brzegu. Podążyli za nim, jednak, mimo iż biegli, ciężko było im go dogonić. Gdy znaleźli się na ostatnim zakręcie, zdali sobie sprawę, że Yoh gdzieś zniknął. A przynajmniej tak się wydawało. Powoli wschodzące słońce oświetliło niewielką postać siedzącą na skale i patrzącą na uderzające o brzeg fale. Chłopak podkurczył nogi i oparł głowę o kolana. Gdy blondynka podeszła bliżej, usłyszała ciche łkanie.
- Yoh… - szepnęła siadając obok. Ukochany zwrócił w jej stronę zaszklone oczy.
- Anno… On może umrzeć… I to wszystko moja wina… Jak mogłem być tak głupi i zaufać jakiemuś duchowi zamiast własnemu bratu? – Z jego oczu popłynęło kilka łez. Kyoyama pocałowała go delikatnie w czoło, po czym pozwoliła, by szatyn się do niej przytulił.  Siedzieli tak przez dość czas, aż w końcu oboje zmorzył sen.
Gdy się obudzili, słońce zdążyło już zupełnie wstać nad horyzont. Kilkadziesiąt metrów od brzegu przepłynął pierwszy statek wycieczkowy.  
- Która godzina? – spytał w końcu Asakura unosząc nieco głowę.
- Jest dziewiąta – odpowiedział mu Manta, który nie do końca wiadomo kiedy przysiadł obok i pracował zawzięcie na swoim laptopie. Po jego podkrążonych oczach można było wywnioskować, że wcale nie spał.
- Czego tam szukasz? – zainteresował się szatyn, patrząc na przeglądającego jakąś długą listę przyjaciela.
- Mam tu listę urlopów pracowników Instytutu Botaniki i Zoologii sprzed czterech lat.
         Słuchawkowy nie wiedział zbytnio, po co Oyamadzie takie informacje. Widząc niezrozumienie na twarzy przyjaciela, niewysoki szaman wyjaśnił:
- Kiedy spaliście, wróciłem na górę i wypytałem strażnika dokładniej o tą osobę, która wzięła pianta medicinale do siebie. Powiedział mi, że była to chyba kobieta z jakiegoś instytutu botaniki w Nowej Zelandii. No i przeszukałem listę osób, które wzięły urlop w tamtym czasie. Znalazłem dwie kobiety, które mogłyby być szukanymi przez nas właścicielkami prawdopodobnie ostatniego kwiatu.
- Skąd miałeś taką listę? – zdziwił się Yoh, na co Manta jakby nieco się speszył.
- Ma się swoje sposoby – powiedział cicho.
- Jesteś niesamowity… Wiesz, gdzie te kobiety mieszkają? – spytał słuchawkowy, ożywiając się. Jego przyjaciel potwierdził skinieniem głowy.
- W takim razie… Duchu Ognia! – zawołał szaman i przed nimi wyrósł wielki czerwony potwór. – Jak najszybciej zabierz nas na Nową Zelandię!

♥♥♥

         Tego samego ranka, w niewielkiej miejscowości na Zachodniej Pustyni, cała nasza gromadka, z wyjątkiem Hao i Fausta siedziała przy stoliku przed restauracją Karima i kończyła drugie śniadanie. Dziewczęta jak zwykle plotkowały o wszystkim i o niczym, jednak dało się wyczuć w ich głosach, że coś jest nie tak. Chłopcy natomiast jedli w ciszy, myślami będąc razem z Yoh, Anną i Mantą na Capri. Zastanawiali się, co teraz mogą robić ich przyjaciele i czy odnaleźli leczniczą roślinę.
         Ren dopijał akurat czwartą szklankę mleka (jego foch skończył się tak szybko jak się zaczął :D), gdy z zamyślenia wyrwał go głos siostry.
- Patrzcie, jakie ciacho! – zawołała do przyjaciółek pokazując stojącego w cieniu po drugiej stronie ulicy chłopaka w ciemnozielonym płaszczu z kapturem. Obok niego, tyłem do naszej gromadki stała jeszcze jedna zakapturzona postać.
- Zaklepuję! – krzyknęła Pirika, z uwielbieniem wpatrując się w tajemniczego młodzieńca.
- Ej! Nie ma tak! Pierwsza go zobaczyłam! – oburzyła się Chinka, na co jej brat przejechał dłonią po twarzy.
- Spokojnie, obok jest jeszcze jeden – powiedziała nieśmiało Tamao. Czuła się nieco dziwnie w takim towarzystwie. Zdecydowanie nie należała do dziewcząt myślących tylko o chłopakach i modzie.
- Mój! – krzyknęła nieco za głośno panna Tao.
         Zaraz potem niebiesko- i zielonowłosa wstały i ruszyły w stronę swoich nowych obiektów westchnień. Gdy od chłopaka dzieliły ich już tylko cztery metry, druga, dotąd stojąca tyłem osoba, odwróciła się. Nie wyobrażacie sobie, jaki był zawód Jun, gdy owa osoba okazała się być… dziewczyną. A konkretnie średniego wzrostu szatynką o włosach niemalże identycznych jak u Hao oraz dużych, ciemnozielonych oczach.
-  Yyy… Cześć… - zaczęła niepewnie Tao. – Yyy… Jestem Jun, a to moja przyjaciółka Pirika…
- Cześć – uśmiechnęła się nowa znajoma. – Ja jestem Anabelle, a to mój duch stróż, Gilan.
- D-duch? – wyszeptała panna Usui, po czym wybuchnęła płaczem. – Nieee… Życie jest niesprawiedliwe…
         Anabelle spojrzała na niebieskowłosą pytająco, jednak nie otrzymując żadnej odpowiedzi zwróciła się do Jun:
- Wy jesteście przyjaciółkami Hao Asakury, prawda? Oglądałam wczorajszą walkę… To było naprawdę okrutne. Cieszę się, że tamci szamani pozbyli się tego blondyna. Sama bym do nich dołączyła, ale siedziałam po drugiej stronie stadionu…
- Tak, jesteśmy… Jak chcesz, dołącz do nas. Będzie nam bardzo miło – zielonowłosa wskazała na stolik, gdzie było jeszcze kilka wolnych siedzeń.
- Chętnie – uśmiechnęła się szatynka. – Tylko, że ja jestem tutaj z przyjaciółkami z drużyny… - wskazała na wychodzące ze sklepu nastolatki. Pierwsza z nich była dość wysoka i miała długie, ciemne włosy z prostą grzywką, Druga natomiast, nieco niższa była blondynką o dużych, niebieskich oczach.
- Zabierz je ze sobą. Miejsca nie braknie – powiedziała Pirika, której już zakończył się chwilowy kryzys.
- W takim razie, przedstawiam Cassandrę i Natalie.
         Dziewczęta, nie do końca wiedząc, o co chodzi, tylko uśmiechnęły się i pomachały łapkami. Zaraz potem cała piątka usiadła z powrotem przy stoliku. Po krótkiej prezentacji, Anabelle zapytała:
- Co tak właściwie stało się z Hao? Widziałam jak ten… nie powiem kto dźgnął go nożem…
- W tej chwili jest nieprzytomny – odpowiedział Ren. - Na tym nożu była trucizna. Jego brat, Yoh poleciał do Włoch po odtrutkę.
- Trucizna? – zainteresowała się Cassandra. – Można wiedzieć, jaka? Interesuję się trochę alchemią.
- Zaraz… Jak to mówił Faust…? – spytał Horo, który miał drobne problemy z zapamiętywaniem długich nazw.
- Pianta velenosa – pomógł mu Lyserg, który jak dotąd wcale się nie odzywał.
- Właśnie. Pianta gile z nosa – powtórzył niezbyt dokładnie Usui, przez co oberwał w tył głowy od fioletowowłosego (ciekawe czemu, nie?).
         Cassandra zaśmiała się, po czym zamyśliła na moment.
- Znam tą roślinę. Odtrutką na nią jest pianta medicinale, prawda?
- Tak. Tylko, że rośnie ona tylko i wyłącznie we Włoszech – mruknął niezadowolony Ryu.
         Na te słowa Brunetka wymieniła z Anabelle porozumiewawcze spojrzenie.

♥♥♥

         Minęły kolejne godziny. Mimo, iż Duch Ognia starał się jak mógł, podróż na wyspę zajęła im ponad sześć godzin. Licząc ze zmianą czasu, była teraz druga w nocy. Kiepska pora na odwiedziny, nie? Jednak nie mieli czasu, aby czekać do rana. Zostało im już tylko około dwudziestu godzin, a liczyć trzeba jeszcze powrót do Patch… Nie do końca pewni, zadzwonili do drzwi niezbyt dużego domu.
         Z początku nikt nie otwierał. Czekali ponad dziesięć minut. Mieli właśnie odwrócić się i pójść, gdy w drzwiach stanęła zaspana kobieta. Widać było po niej, że ubierała się na szybko. Jej brązowe włosy były w dość fatalnym stanie, a bluzka założona tył na przód.
- Czego chcecie!? Nie widać, która godzina? – ofuknęła nowo przybyłych. Widząc jednak nietypowy smutek w oczach całej trójki, nieco złagodniała. – Co się dzieje?
- Przepraszamy, że niepokoimy o takiej godzinie, ale to sprawa życia i śmierci. Czy jest pani pracownicą Instytutu Botaniki i Zoologii?
         Kobieta, nieco zaskoczona pytaniem z początku nie odpowiedziała. Po chwili jednak zreflektowała się.
- Tak, owszem. Ale nie stójmy w progu. Wejdźcie – powiedziała, otwierając szerzej drzwi i wpuszczając trójkę szamanów do środka.
- Mamy do pani pytanie. Czy była pani może na wycieczce we Włoszech cztery lata temu?
         Coraz bardziej zdziwiona Nowozelandka przytaknęła tylko głową.
- A czy wzięła pani może roślinę pianta medicinale do domu z Ogrodów Augusta z Capri?? – zapytał Yoh z wielką nadzieją w oczach.
- Owszem, wzięłam… Nie wiem jednak, po co wam takie informacje...
- Chodzi o mojego brata. Został otruty podczas walki, a pianta medicinale jest jedyną odtrutką. Czy jest szansa, abyśmy dostali tę roślinę…? Możemy zapłacić.
- Nie będziecie za nic płacić. Dlatego, że nie mam przy sobie tej rośliny, a nawet gdybym miała to i tak nie wzięłabym od was pieniędzy.
- Nie ma pani? – spytała Anna, gdyż jej narzeczony nie był w stanie nic rzec. Jego ledwo co odbudowana nadzieja, znów legła w gruzach.
- Oddałam ją córce, gdy wyjeżdżała. Nie wiem niestety, czy ten kwiat może przetrwać podróż – odrzekła kobieta smutno. Naprawdę było jej szkoda tego chłopaka. Nic jednak nie mogła zrobić.
         Szamani nie prosili już o nic więcej. Przeprosili za nachodzenie w nocy i wyszli, pożegnani przez profesorkę. Yoh niemal od razu przywołał Ducha Ognia.
- Co teraz? – spytał Manta wdrapując się na „grzbiet” czerwonego potwora. – Szukamy tej dziewczyny?
- Nie, Manta. Już nie ma szans, aby ją znaleźć. Wracamy do Patch. Ja… Chcę być przy nim, kiedy… - nie dokończył. Nie mógł, bo w jego oczach natychmiast pojawiły się łzy. I już nikt nie potrafił go pocieszyć.
         Stróż Hao, nie czekając nawet na komendę, wzniósł się w powietrze, kierując w stronę Ameryki Południowej.
         Tymczasem, kobieta obserwowała to zdarzenie z okna sypialni.
- Biedni młodzi szamani… - powiedziała pani profesor obserwując wzbijającego się w powietrze DO. Stojący obok niej duch młodego rycerza nic nie odpowiedział.

I to na tyle :D
Zapraszam na spamik ^^
Szkoda tylko, że Cebin a nie John... Obrazek od http://marcomaxwell.deviantart.com/ 



I teraz to już wszystko. Jeśli chodzi o przyszłą notkę, będę wredna..
a) Yoh
b) Hao
Pozdrawiam :*